105. Kryształowe majtki demonicy, czyli kto wrobił króliczkę Lolę? (Obsydianowa twierdza, cz. 3)

Drodzy czytelnicy!

Kończymy dziś naszą przygodę w świecie obsydianu, aka skomplikowaną sesję RPG. Bohaterowie nie wydają się być ani o krok bliżej celu – jakiegokolwiek celu. Zapewne osiągną go dopiero w piątym tomie. My tymczasem obejrzymy kilka pojedynków, rozwiążemy zagadkę kryminalną i ponownie spotkamy się z alternatywną fizyką. Indżojcie!

 

Filip Rewakowicz: Obsydianowa twierdza, wyd. Bookzwami, 2022

Analizują: Kura, Sineira i ML

część 1

część 2

 

Pamiętacie Katrinę, teściową Marty? No to teraz fragment z jej perspektywy.

Obudziła się nagle, jakby z powodu poczucia zagrożenia. Otworzyła się na otoczenie, wzywając kryształowych strażników, jednak nie otworzyła oczu. Coś się do niej zbliżało, jednak nie wyczuwała morderczych zamiarów. Miała przeczucie, że to, co się zbliża, ma charakter demoniczny. W jednej chwili otworzyła oczy, na których miała kryształowe soczewki.

Śpi w kontaktach? To niezdrowe!

 

Od razu uruchomiła w nich portal, aby widzieć wszystko, co ukryte.

Przez portal natychmiast wlazło mroczne szujstwo z innego wymiaru i wyżarło jej mózg.

Nic nie zobaczyła, a może… Na jakiś ułamek sekundy ruch tuż przed nią. Rozejrzała się, ale pokój był pusty. Cokolwiek tu było, już tego nie ma. Przez drzwi z hukiem wpadł doskonały wojownik. Twór, który stanowił swoistą mieszankę zaklęcia klon oraz golema wojownika.

Mieszanka golema z zaklęciem musi być dość niejednorodna.

 

Nie posiadały za wiele inteligencji, z trudem wykonywały proste polecenia, ale w walce nie miały sobie równych.

Kiedy już po ciężkim wysiłku zdołały zrozumieć rozkaz “Do ataku!”.

Każdy z nich dorównywał jej siłą i szybkością. Do tego wzmocniła je malgamatem i lonksdaleitem, dzięki czemu byli trudni do uszkodzenia zarówno magią, jak i fizycznym atakiem. Mogli też rzucić bardzo proste zaklęcia „pocisku włóczni” i nie wymagało to od nich nawet poruszania rękoma. To był odnawialny czar, umieszczony w jednym z ich źródeł zasilania. W czasie walki nad doskonałym wojownikiem krążyły trzy szmaragdowe włócznie w formie wirującego okręgu.

A jak cisnął którąś, to wtedy krążyły dwie, póki zielony pasek się nie zregenerował.

No i tak o. Bohaterka budzi się, czując przy sobie jakąś demoniczną obecność, ale autor uznał, że to akurat będzie doskonałe miejsce na szczegółową specyfikację techniczną jej wojownika. I cały nastrój zagrożenia poszedł się gzić w krzaki.

Poszedł od razu, skoro powiedziano, że to demoniczne coś nie miało morderczych zamiarów. A w dodatku pitło gdzieś w maliny, zanim bohaterka otworzyła oczy.

Mogło nie mieć morderczych zamiarów, ale chcieć zrobić inną krzywdę.

 

Jednak największą zaletą była ich liczba. Katrina nie musiała się ograniczać, mogła stworzyć ich całą armię, jeśli tylko chciała, choć na pewno zajęłoby jej to dużo czasu. Stworzenie jednego wymagało użycia sporej ilości różnych kryształów oraz trzech kamieni przechowalni pierwszego poziomu i dwóch mistrzowskich.

A także stołu do craftingu. Aby wykonać stół rzemieślniczy, należy otworzyć ekwipunek klawiszem E.

 

Miały dodatkowe serce, nauczyła się tego od Pallasa. Sama sobie też takie sprawiła, ale z doskonałego kryształu przechowalni. Gdyby tylko znalazła ich więcej, umieściłaby w sobie nawet dziesięć na wszelki wypadek. Jednak doskonały kryształ nie był czymś dostępnym ani łatwym do stworzenia. Samo serce działało jak dodatkowa kotwica duszy, a także regenerowało właściwe. (…)

 

A jak się to pisze? Ja piszę jak słyszę!

 

Do tego wzmocniła je malgamatem i lonksdaleitem…

Czy to jest longsdalit strukturalny z pasami malgamatu?

rękojeść z lonsdaleitu, czyli czarnego kryształu.

 

Za trzecim razem autorowi udało się trafić, brawo! Lonsdaleit, od nazwiska Lonsdale. Natomiast nie mam pojęcia, czym miałby być “malgamat” (nazywany też “złotym kryształem”), jakieś pomysły?

Amalgamat, w tym przypadku złoto rozpuszczone w rtęci?

 

Ina spotyka się z demonicą Apoptozą; ta proponuje jej zawarcie paktu, na mocy którego Apoptoza nie mogłaby Iny skrzywdzić, a Ina jej okłamać. Inie udaje się wytargować jeszcze, że demonica również nie może jej okłamać, ale jak to z demonami, trzeba uważać na słówka.

BTW za Wkipedią: Apoptoza (z starogr. ἀπό [apó, „od”] + πτῶσις [ptôsis, „padanie”]) – jeden z naturalnych procesów biologicznych zaprogramowanej i podlegającej kontroli destrukcji własnych komórek w organizmie wielokomórkowym.

Czyżby któreś z graczy studiowało medycynę?

 

No to jak to działa?

Normalnie byłoby to skomplikowane, ale w naszym przypadku wystarczy zmieszać trochę naszej krwi, dodać proste zaklęcie i małe piętno. Ot, cała robota.

Prościzna i absolutnie niczym nie grozi, żadnych skutków ubocznych, słowo demonicy!

 

(…)

Apoptoza zaczęła zdejmować z siebie pancerz. Najpierw nagolenniki, potem naramienniki, a na koniec został jej tylko tors. (…)

Torsu już nie zdjęła, a szkoda, byłoby zabawnie.

 

Wstała i odwróciła się w jej stronę. Była równie wysoka jak Ina, a może nawet trochę wyższa.

No to duża nie była, bo Ina przecież jest opisywana jako mała i drobna.

 

Gdy stanęła bez zbroi, jej gęste, proste włosy spłynęły po jej obłędnym ciele niczym piękna smolistoczarna fala. Teraz jej dwa rogi wyraźnie wystawały na kilka centymetrów nad jej głową, zwrócone w stronę frontu niczym u byka, choć może nie tak grube jak u zwierzęcia. Miała na sobie czerwoną suknię ze skóry gada, która kończyła się doczepionymi kryształowymi płytkami na wysokości jej ud.

I tę kieckę nosiła pod zbroją?

Może miała demoniczną odporność na obtarcia.

 

Przed nami kolejny niezweryfikowany relikt zapisków z czasów mocno nastoletnich:

 

Była zdecydowanie bardziej kobieca od Iny. Jeśli 90/60/90 uchodziło kiedyś za idealny kształt, to jej niewiele brakowało, na oko dałaby jej 85/55/95, czy coś takiego. Sama mogła zaś mieć 80/55/75: mniejsze piersi i zdecydowanie bardziej płaską dupę. Kozackie jędrne jabłuszko, chociaż u Iny też nie była to gruszka (nieprawda, przy tych wymiarach obie mają gynoidalny typ, czyli gruszkę), ale w tym porównaniu wygrywała Apoptoza. Ina była atletycznie zbudowana (No nie, przy tych wymiarach z pewnością nie była zbudowana “atletycznie”.) i po prostu ładna, a demonica wyglądała jak namalowana, jakby dosłownie sama sobie ciało wyrzeźbiła wedle własnego uznania. Lustrowała ją, porównując ich tyły, aż w pewnym momencie wyczuła wzrok na sobie. Demonica widziała ją i doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co robi. Dziewczyna zrobiła się czerwona jak burak.

Nie krępuj się – powiedziała i wypięła swój tyłek, odsłaniając kryształowe bokserki z matowofioletowego kryształu.

I pomyśleć, że ludzie natrząsali się z Sapkowskiego za batystowe majtki Renfri…

Bokserki w każdym uniwersum, odhaczyć. Po za tym, kurde, ależ to musi być niewygodne! I lepiej nie siadać zbyt energicznie, bo się potłuką…

 

zastanawiam się, jakim rodzajem materiału jest według autora kryształ, skoro można z niego wykonywać miecze, zbroje i majtki.

 

Apoptoza, widząc skrępowanie dziewczyny, podśmiewywała się z niej. – Poczekaj, zdejmę tę sukienką [co ona zdejmie sukienką?], to zmierzysz rozmiar sutków.

To folgowanie sobie trwało jeszcze chwilę, ale wbrew pozorom demonica się nie rozebrała.

Nie jestem pewna, co autor rozumie przez „folgowanie sobie”, ale wygodniej jest bez ciuchów 😉

 

Skończyłaś już? – zapytała oburzona Ina, której czerwień nie opuszczała twarzy. – Ile tej krwi potrzeba?

Kilka kropel wystarczy, a gdzie chcesz mieć piętno?

A jak to będzie wyglądało?

Dla oka śmiertelnika mała blizna, a przez na przykład kryształowe okulary, to będzie tatuaż w kształcie mojego ciała.

Nagiego? – zapytała naiwnie.

Jak na miecz prawych, nadzieję ludzi, mistrza walki i spadkobiercę Aleksandra to jesteś bardzo niemądra.

Niemądra? – powtórzyła z miną karconego dziecka.

No jest to mały pakt, ale dość osobisty, więc spodziewałabym się, że będzie to moja głowa, ewentualnie z torsem, ale wbrew pozorom to zależy bardziej od twojej podświadomości (czyli może się też zdarzyć, że będzie to wizerunek dupy)mówiąc to, zdjęła swoją sukienkę przez głowę. – Zresztą, zobacz sama.

Pierwszym, na co spojrzała Ina, były jej piersi, bo Apoptoza nie nosiła stanika. Megajędrne i dość duże, no tak… po co takiej stanik, jak ma wiecznie młode ciało.

Oesuuuuu, następny… Weź ty se chłopie uwieś na klatce piersiowej dwa balony wypełnione żelem balistycznym i spróbuj z tym biegać albo jeździć konno, to może zrozumiesz.

 

(…)

 

Ingo pertraktuje z królem diabłów pustkowi, Heronimem.

 

No i jeszcze jest jedna kwestia.

Och, niech zgadnę: bardziej osobista.

Postawię na to swoją wypłatę, że wasza wysokość nie zgadnie.

To takie polskie powiedzonko czy chodzi o zakład?

Jedno i drugie, jeśli wasza wysokość zgadnie, to odpowiem zgodnie z prawdą na jedno dowolne pytanie, nawet jeśli jest to tajemnica.

A jak nie zgadnę?

To wasza wysokość powie mi, jak najłatwiej mogę przeciągnąć sojusz na swoją stronę. (…)

Przepraszam, czy inni też mogą obstawiać? – wtrącił nieśmiało Lipiński. (…)

Jedno pytanie – wtrącił Lipiński. – Jeśli oczywiście mi wolno. Jak dokładnie musi wasza wysokość odpowiedzieć. Chodzi mi o to, żeby nie było niedomówień. Co, jeśli będzie naprawdę bardzo blisko?

Bla, bla, wszyscy ustalają – co za wygraną, co za przegraną, co za remis, co uznajemy za remis itd. itp. Ta scenka ciągnie się przez dobre cztery strony, a w dodatku nie jest jedyną w tym stylu. Rozumiem, że tego rodzaju zakłady i zgadywanki stanowiły miłe urozmaicenie sesji, ale naprawdę nie trzeba ich w całości przepisywać.

 

Marta spotyka się w tajemnicy z księciem Ramandesem.

 

Kochasz Malaresa, prawda? – wypaliła niespodziewanie.

Co! No, ja, chyba, nie wiem czy – książę niczym rażony piorunem zaczął się dziwnie zachowywać – on jest, to jest, on mnie teraz słyszy, prawda?

(…)

Kawa na ławę – mówiąc to, Marta zdała sobie sprawę, jak bardzo jej brakuje tego czarnego płynu do papierosa po obiedzie. – Kochasz go czy nie?

Tak.

Nie można powiedzieć, żeby książę się zaczerwienił, bo jego oblicze jest zupełnie czerwone naturalnie, ale na pewno się zawstydził.

Aż mu się z tego zawstydzenia czasy w narracji pomieszały (dotąd cała była w przeszłym).

 

To dobrze – skomentowała, spokojnie gasząc papierosa. – Nie możesz z nim być, bo gdyby ktokolwiek się o tym dowiedział, straciłbyś dziedzictwo tronu, a może nawet życie?

Jest tak, jak mówisz.

Gdyż albowiem w całym Wszechświecie obowiązują nasze, ziemskie polskie uprzedzenia. Wzdech.

 

No więc, stąd moje pytanie: co by sądzili twoi krajanie, gdybyś miał za kochankę ludzką kobietę?

Na pewno by gadali za moimi plecami, ale ponieważ krążą na mój temat pewne plotki, to wizerunkowo mogłoby wyjść mi nawet na dobre.

Lepiej być alienfuckerem niż gejem?

 

No widzisz, więc moim prezentem będzie moja ręka.

Co? – Książę potrzebował chwili, żeby przetrawić tą informację. – Po pierwsze nie gustuję w kobietach, po drugie jesteś mężatką i w ogóle co to za idiotyczny pomysł?!

Po trzecie, nawet małe, czerwone jaszczurki z innego świata znają wyrażenie “oddać komuś rękę” i rozumieją je tak samo jak my.

 

Bla, bla, Marta odcina sobie rękę, a potem swą mocą regeneracji sprawia, że z odciętej kończyny odrasta całe nowe ciało; do niego przenosi się dusza Malaresa. Ustalają, że Malares będzie uchodził za siostrę Marty. Ta ma jeszcze jedną prośbę: aby Pallas, jej dżin z pierścienia, wyruszył na poszukiwanie Astelii w towarzystwie jednego z magów księcia. Niestety, Pallasowi potrzebne jest w tym celu jakieś ciało.

 

Marta w jednej chwili wybiegła z pomieszczenia z maksymalną szybkością, z jaką mogła, chwyciła dwóch podsłuchiwaczy, wyrwała im serca i wchłonęła dusze. Ledwie chwilę później zjawiła się z powrotem w pokoju, trzymając ich w rękach.

Wolisz elfa czy zrodzonego?

Wolałbym takiego, który ma wszystkie organy wewnętrzne na swoim miejscu…

 

(…)

 

Tymczasem Astelia udaje zagubioną wiejską dziewczynę, przybiera nawet imię Zguba. Napotyka na swej drodze bandę rozbójników, którymi – co za przypadek – dowodzi Orin, ten, który ją sprzedał w niewolę. Zostaje przez niego rozpoznana, dowiaduje się, że cała jej rodzina została ścięta, gdy elfy przejęły władzę w jej krainie, a za jej głowę, jako ostatniej z rodu, wyznaczono nagrodę. Orin zabija ją i ścina jej głowę… ale pamiętamy, że Astelia jest teraz nieśmiertelnym feniksem? Odradza się i postanawia iść po swoje.

 

Odzyskam swoje dziedzictwo i doprowadzę do sojuszu między krajem wróżów a Polską.

Kraj wróżów nie ma żadnej nazwy (choćby wziętej od alkoholu) i nawet na wielką literę nie zasłużył? Leń z tego MG, tabele losowe do łapy i nazwy generować, a nie taką manianę odwalać!

Za namową Apoptozy Ina udaje się do świata demonów, aby odszukać pamiętniki swojego ojca.

 

Apoptoza zdjęła swoje miecze i odłożyła w jedno miejsce.

Zanim wejdziemy, daj mi swoją broń – powiedziała, wyciągając rękę.

Będzie tu bezpieczna? – zapytała, podając jej oręż.

Nikt mi jej nie ukradnie, jeśli się o to martwisz.

(…)

 

Gdy szła po pustkowiach Emaru, w ubraniu, które mogło spokojnie uchodzić za dresy, zastanawiała się, jak bardzo groteskowo wygląda.

Oczywiście, to z pewnością jest pierwsza rzecz, o której myśli baba, wędrując przez piekielne krainy.

 

Zobaczyła w końcu jakąś postać, dość daleko, może ze trzysta metrów od niej. Najwyraźniej był to demon, wzrostem dorównywał dustanom, ale był chudy jak patyk. Przypominał tyranozaura, przynajmniej z tej odległości. Chociaż chyba nie był dość duży. (…)

Mały i chudy jak patyk, ale przypominał T-Rexa. Tak, to się trzyma kupy.

 

Poruszał się na dwóch nogach lekko pochylony, co faktycznie sprawiało, że był podobny do dinozaura. Błyskawiczny jak gepard, a może nawet jak Marta.

Albo jak zamek błyskawiczny.

 

Stwór przeskoczył dokładnie nad nią, po czym obiegł ją kilka razy dookoła. Na koniec wydał z siebie głośny ryk i zamarł.

No cześć – powiedziała niepewnie. – Czy ty może strzeżesz pamiętników mojego ojca?

Demon szczerzył w jej stronę kły. Wyglądały na ostre, jak u rekina. Jego cztery małe całkowicie czerwone oczy kontrastowały z atramentową skórą. Z bliska też zauważyła, że zamiast łap miał coś, co przypominało bardzo długie węże.

Tak, wygląda totalnie jak T-Rex. Bez dwóch zdań.

 

Gdy teraz stał naprzeciwko niej, one zawisły nad nią w powietrzu, grożąc jej atakiem, który mógł nastąpić w każdej chwili. Głowy płazopodobnych rąk tylko z pozoru przypominały kobrę, tak naprawdę były to same szczęki, stworzone do chwytania ofiar w uścisku. Ciekawe, czy faktycznie miały jad w kłach?

Zastanawiam się, co Ina miała w głowie, oddając tak beztrosko swoją broń. Spodziewała się miłej przechadzki po zielonej łące?

 

Czy rozumiesz, co do ciebie mówię? – Ina próbowała pytać w rożnych językach, a stwór ją obchodził i tylko warczał. – Widzę, że chyba nie osiągniemy porozumienia.

Stwór zachowywał się jak dzikie zwierzę, więc i ona zachowała się, jakby z takim miała do czynienia. Przysiadła i wystawiła w jego stronę dłoń, żeby mógł ją powąchać.

Brat już stracił rękę, ona chyba też chce.

 

Zbliżył się niepewnie, warcząc przy tym cały czas.

No już, już, dobry piesek. Siad!

 

Być może czytelnik mógłby się w tym momencie nieco zaniepokoić, ale na szczęście czujny autor znów robi wszystko, żeby pozbawić scenę choćby śladu napięcia – tym razem wciskając informacje o słodkim dzieciństwie bohaterki:

 

Co by było, gdybyś tylko wiedział, jak ja się ciebie boję? – rzuciła retorycznym pytaniem, widząc jego zachowanie.

To nie tak, że Ina nie czuła grozy. Ona była wręcz przerażona! Potrafiła jednak kontrolować swój organizm w stopniu niemal doskonałym.

Potrafiła nakazać swoim nadnerczom, żeby nie wytwarzały adrenaliny, a co!

 

Strach stanowił dla niej tylko informację, nie dominował nad nią, jak przystało na uczennicę legendarnego mistrza miecza. Gdy miała pięć lat, wujek Quentin kazał jej wziąć w ręce jadowitą kobrę, a Ina uciekła i poskarżyła się mamie. Jednak Elifame wcale nie pochwaliła jej zachowania. Powiedziała tylko, że Ingo robił to, jak miał trzy lata, a skarżypytów nikt nie lubi. Wtedy też zaczęła trening ponad siły, aby prześcignąć swojego brata. W pewnym sensie to jej się udało, ale on tak naprawdę nigdy nie traktował Iny jako swojego rywala.

Tym oto sposobem cały suspens poszedł tam, gdzie russkij wojennyj karabl.

I mamy ostateczne potwierdzenie, że to faktycznie była bardzo toksyczna rodzinka.

 

Okazuje się, że ten demon nie może jej skrzywdzić, bo jest związany paktem z jej ojcem. Pojawiają się jednak inne, które próbują ją zabić, lecz zostają powstrzymane przez kolejnego – potężnego Beliara, który również jest związany paktem z jej ojcem i udostępnia jej pamiętniki w postaci kryształu z zapisaną wiedzą. Daje jej również fragment swojego rogu, dzięki któremu będzie mogła się z nim skontaktować.

Ach, więc to stąd się wzięła Kostka Przeznaczenia, która trafiła w lepkie łapy chłopaków z Tenacious D!

 

Walka magiczno-niemagiczna (feat. Jon, uczeń Katriny; to poboczny wątek, którym się tu nie zajmujemy).

 

Dobył ognisty oręż w prawą dłoń (dobywa się coś skądś, np. miecz z pochwy) oraz wyciągnął glocka lewą. Strzelał szybko i celnie. Zanim przeciwnicy się zorganizowali i przeszli do kontrataku, postrzelił ośmiu kapłanów. Pył (osłabiający magię) działał na wszystkich włącznie z nim. Katrina jednak wyćwiczyła go na tego typu ataki. (nie po polskiemu to jest, oj, zupełnie nie po polskiemu) Jego zaklęcia osłabły, ale się utrzymały. Kapłani atakowali synchronicznie po kilku naraz. On atakował na zmianę, tnąc ognistym orężem, strzelając i rzucając ogniste podmuchy.

W jednej ręce glock, w drugiej miecz – boję się zapytać, czym on rzuca te podmuchy.

Paszczą.

 

Ta dynamiczna walka została również przedstawiona na ilustracji.

 

Bohater pozuje (i chyba lewituje), a kapłani stoją i się gapią. Jeden z tyłu nawet jakby robił facepalma…

 

Jego czary ochronne także dobrze się sprawdzały. Tarcza z ognia chroniła go przed atakami magicznymi, a ognista aura utrudniała napastnikom zbliżenie się na mniej niż trzy metry. Każdy, kto tego próbował, poparzył się w sekundę.

Po dwóch próbach kapłani pokiwali głowami i sięgnęli po łuki, kusze i noże do rzucania. Jeden, który nie miał przy sobie żadnej z powyższych rzeczy, schylił się po kamień.

Ciągłe walki z Katriną i jej golemami nauczyły go, jak bronić się i atakować wielu przeciwników naraz. Zapewne już dawno skończyłaby mu się moc, gdyby nie czerpał jej bezpośrednio z kilkudziesięciu kryształów wzmacniających, które miał przy sobie.

Pfe, cziter.

Widzę go, obwieszonego tymi kryształami jak choinka.

Ciekawe, czy były tak ostre jak ten, który znalazł wojowniczy górnik ninja z analizy nr 98.

 

Ustawiajcie się czwórkami, to was poetycko wyślę do nieba.

Doceniam aluzję literacką!

 

Był w stanie specyficznej ekscytacji, trochę to przypominało taniec. Taki fokstrot Katriny.

Przyznam, że to porównanie wprawiło mnie w stupor. Dlaczego akurat fokstrot???

Nie wiem, może dlatego, że ma w sobie dużo elegancji?

 

Co, mało wam?

Zaatakował go nowy przeciwnik, jeden z kapłanów w wyraźnie lepszych szatach, zapewne jakiś ważny, ale Jon nie znał się na ich hierarchii, w każdym razie posiadał on więcej mocy magicznej.

Podmiot w tym zdaniu tańczy bardzo dzikiego fokstrota.

Natomiast Jon ma zadatki na projektanta mody czy cuś, skoro nawet w ferworze walki jest w stanie dostrzec jakość szat kapłana.

 

(…)

Przeciwnik został odrzucony, ale skrył się za swoją magiczną tarczą, przez co nie odniósł poważnych obrażeń. (…)

„Przez coś” używamy wtedy, gdy dzieje się coś złego, niekorzystnego. Przez kiepskie wyczucie językowe powstają drewniane zdania, dzięki czemu mamy co analizować.

 

[Przeciwnik] Zaatakował go sztyletem prosto w serce. Trafił, a ono zgasło w sekundzie. Na szczęście Katrina umieściła w nim (w kim lub w czym?) doskonały kryształ przechowalnie, który nie tylko robił za dodatkowe serce, ale także zawierał czar regenerujący pierwsze.

Tak, wiemy, opisywałeś już, jak to działa.

 

To jednorazowy ratunek, ale bardzo skuteczna dywersja, nauczyła się tego od Pallasa.

To też wiemy.

 

Przeciwnik zdziwił się, widząc Jona dobywającego swoją najgroźniejszą broń – sztylet śmierci Mikposei. Korzystając z zamieszania (sic!), zdołał wbić go napastnikowi w pierś, zanim tamten wyrwał swoje ostrze. Napastnik miał na sobie pancerz zapobiegający fizycznemu atakowi, a także niektórym magicznym (domyślam się, że ta informacja widniała na dyndającej u pancerza metce), jednak to ostrze było tylko eteryczne i nie miało fizycznej formy. Weszło w niego jak w masło.

Tu nasuwają się liczne pytania, jak się używa broni, która nie ma żadnej fizycznej formy. No ale to pewnie zaawansowana magia.

 

Ciało przeciwnika upadło w sekundzie.

Każdy autor ma swoje ulubione określenia, ale jednak trzeba uważać, by nie używać ich za gęsto w obrębie jednego akapitu.

(…)

 

Ina zostaje uwięziona w świecie demonów (acz z wszystkimi wygodami, w podziemnym pałacu).

 

Kochana Ingo! Korzystaj z uroków tego miejsca, każdy jego element stworzył twój ojciec. Jedzenia starszy Ci na miesiąc (a picia młodszy na dwa), ale przyślę kogoś po ciebie za dwa tygodnie. Nie zabijaj go, jest zupełnie niewinny, całą winę ponoszę ja. Przepraszam za ten mały podstęp, ale potrzebowałam cię na jakiś czas usunąć z planszy. Nie gniewaj się za miecz, od razu Ci powiem, że już go nie mam. Sprzedałam go Akenbarowi z Zakonu Miecza Prawych, jeśli to cię pocieszy, to była to dobra transakcja.

Ahahahaha, “nikt mi go nie ukradnie, jeśli o to się martwisz”. Mówiłam, uważać na słówka! Podoba mi się ten myk.

(Oraz mam nadzieję, że cały kolejny tom nie zostanie poświęcony poszukiwaniom miecza, który następnie zostanie zwrócony właścicielce za pomocą ordynarnego deus ex machina. Tak, na ciebie patrzę, “Sezonie burz”).

 

Zawsze możesz mu go odebrać, z tego co wiem, zmierza do Twierdzy Kresu. Skoro to czytasz, to zapewne Beliar cię nie pożarł i całe szczęście, bo martwiłam się o wasze spotkanie. Jestem ciekawa, czy dał ci pamiętniki, jeśli tak, to z oczywistych powodów będę cię unikać. Wiedz, że cię obserwuję ukradkiem i nie pozwolę cię skrzywdzić nikomu.

Apoptoza

PS To jest najlepsze imperialne wino, jakie stworzono.

No i tak o. Wszelkie istoty, które teoretycznie mogłyby wyrządzić krzywdę naszej bohaterce, okazują się związane paktami nie do złamania, a moc Tarczy Fabularnej ochrania ją na każdym kroku.

 

(…)

 

Minęły trzy dni, od kiedy utknęła w Emarze. Studiując przeszłość ojca, dowiedziała się wiele o tym, kim jest Katrina. Nie mając nic lepszego do roboty, nauczyła się też kilku czarów magii kryształu. (…)

Od wczoraj chodziła po komnatach nago, jakoś nie chciało jej się ubierać dla samej siebie.

Ujmując rzecz najdelikatniej… Majtki, drogi autorze, prócz walorów estetycznych, mają też pewne walory praktyczne.

(…)

 

A tymczasem MG znudziły się magiczne przygody i postanowił zadać drużynie zagadkę kryminalną.

 

Obudziło go głośne stukanie do drzwi. Wstał i zarzucił na siebie szlafrok, a pukanie przerodziło się w walenie z całej siły.

Panie pułkowniku! – krzyczał szeregowy, bojąc się bez pozwolenia przekręcić klamkę. – Mamy sytuację awaryjną!

Już idę – powiedział, chcąc uspokoić podwładnego, zanim doszedł do drzwi. Otworzył je i zachrypniętym głosem spytał: – pali się czy co?

Panie pułkowniku, jest gorzej. Chodzi o inżyniera Kowalskiego. Coś się stało w jego pokoju.

Nic mu nie jest?

Jemu nie, ale kobieta jest martwa.

Jak to wygląda? – spytał, licząc, że żołnierz od razu go zrozumie.

Ona leży martwa, a on pijany obok niej. Wszystko wskazuje na niego.

Kimijka?

Tak.

(…)

Co robić? – zapytał na głos nostalgicznym tonem.

Znaczy: z uczuciem tęsknoty za minionymi czasami?

 

Zabita należy do rasy kimijków, którzy charakteryzowani są tak:

 

Z tego, co rozumiał, ich gatunek hodowano w Twierdzy Kresu niczym rasowe zwierzęta. Osobniki miały białą, bardzo delikatną w dotyku sierść, niczym u syberyjskiego kota. Idealnie nadawały się na kochanki lub niewolników. Były posłuszne, odporne na choroby, niewiele jadły i miały zawsze chęć na seks, a nie zdarzały się przypadki ich zajścia w ciążę z osobnikiem innego gatunku. To było wpisane w ich naturę, przeciętny osobnik żył dwadzieścia parę lat, a najstarsze dożywały czterdziestki. Zdolność płciową osiągały w wieku dziesięciu lat, a przekwitały około dwudziestego. W tym czasie kobieta mogła mieć nawet szesnaście miotów, po średnio ośmioro dzieci.

To w końcu kimijkowie są istotami inteligentnymi czy zwierzętami, bo albo piszemy o nich jak o ludziach (kobieta) albo jak o zwierzętach (miot).

Po polsku mówi się “dojrzałość płciowa”. “Zdolność płciowa” to niepoprawny zwrot, który po szybkim guglu znajduje prawie wyłącznie na stronach z opisami zwierząt.

 

Chociaż żyły krótko, nic nie wskazywało na to, aby były mniej rozwinięte od innych ras. Niektóre osobniki wydały się doktorowi nad wyraz inteligentne.

Aha. We fragmentach, które wycięłam, jest trochę więcej o kimijkach. Tak, są inteligentni i cywilizowani; tworzą klanowe społeczeństwo i są dobrymi wojownikami. Owszem, dustanie mogą trzymać ich w niewoli i traktować jak zwierzęta, ale najwyraźniej Polacy bezrefleksyjnie podzielają to podejście – a powyższy fragment o tym, do czego kimijkowie najlepiej się nadają, jest po prostu obleśny.

 

Poza tym, hmmm… Kimijkowie są porośnięci sierścią, roślinożerni, w innym miejscu wspomina się o ich długich uszach. Nieustająca chętka na seks i masowe rozmnażanie to sami wiecie, z czym się kojarzą. Czyżby więc kochanka Kowalskiego wyglądała tak?

https://static.wikia.nocookie.net/bohaterowie/images/c/cc/Lola_Bunny_%28Space_Jam%29.png/revision/latest?cb=20211024165111&path-prefix=pl

 

(…)

Zapis z monitoringu:

Około godziny pierwszej, kiedy to wedle zeznań wartownika dochodziły odgłosy, ktoś przebywał na dziedzińcu. Miał na sobie czarny pałasz, wykonywał jakieś gesty dłoni i wypowiadał słowa. Całość trwała ledwie pół minuty, a po tym odszedł spokojnie.

 

Myślałby człowiek, że “pałasz” to literówka, ale…

Gdy wchodziła do lokalu, miała na sobie czerwony pałasz z kapturem

Tylko dla porządku przypomnijmy może, że pałasz to broń biała. Wygląda tak:

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/5/5b/Pallasch_M1808_%284%29_-_no_BG.png/800px-Pallasch_M1808_%284%29_-_no_BG.png

 

Tymczasem Ina…

 

Siedem dni zajęło jej nauczenie się czaru potrzebnego do stworzenia portalu z Emaru do Kesalisis. Nieocenioną pomoc (-ej -ocy) udzieliła jej Apoptoza, która tydzień wcześniej pokazała Inie kryształowe lustro w swoim pokoju. Jednak przełomem okazało się znalezienie zużytej przechowalni magicznej z idealnym czarem. W nim znajdowały się dokładne wymiary w ścieżce sześciowymiarowej. Wystarczało użyć ich odwrotnie, zamieniając miejsce startu z docelowym, oraz napełnić czar ponownie mocą. Nie było to aż tak łatwe, jakby się mogło wydawać, ale ostatecznie udało się i stworzyła aktywny portal, którym wróciła do obsydianowej komnaty w Twierdzy Kresu. Gdy przeszła, miała ze sobą spory zapas kryształów różnego rodzaju.

Graczka na początku sesji: “To ja wydaję punkt szczęścia, żeby wydostać się z więzienia!”

Mistrz gry: “Dobrze, opowiedz, jak to robisz”.

 

(…)

 

Ina próbuje nauczyć pułkownika zaklęcia.

 

Panie pułkowniku, niech pan chwyci ten kryształ. – Ina podała mu mały przedmiot bardzo podobny do tego, którego użyła, aby się tu dostać. – Niech pan, trzymając go w rękach, otworzy się na magię, a to zaklęcie się aktywuje. Ono jest już utkane, gotowe do użycia. To jakbym panu przygotowała kanister z benzyną, teraz potrzebna mu iskra. (…)

To nie brzmi zbyt zachęcająco 😀

 

Pani Ino… – powiedział. Ona, patrząc na niego z bliska swoimi malachitowymi oczami, włożyła mu kamień w dłoń, smyrając ją delikatnie palcami.

Smyrając. Tak, nie macie zwidów, tego właśnie słowa użył autor.

 

Wydało mu się to nieprzyzwoite, mógłby być jej ojcem. No, może trochę przesadził w tej myśli,

Pamiętamy, że dowodzący misją pułkownik Tomasz Tomasz ma osiemnaście lat? To ile starszy od Iny może być ten drugi?

Nie, osiemnaście lat miał Ingo i jakiś randomowy żołnierz z ekspedycji; wiek pułkownika nie był wspomniany.

 

ale na pewno był starszy. – Co pani wyprawia?

A ma pan opinię kobieciarza. – Uśmiechnęła się do niego. – Niech pan chociaż spróbuje. (…)

Niech pan się skoncentruje na tym, co teraz czuje – wyszeptała mu do ucha, a jej usta znalazły się bardzo blisko. – Nieważne jakie uczucia, byle były silne. Teraz niech pan spróbuje sobie wyobrazić, że przelewa je w ten kamień.

Spróbował to zrobić. Ina w międzyczasie dotknęła swoimi młodymi piersiami jego pleców. Prowadziła dłonie z góry do dołu, aż obiekt zaczął się delikatnie świecić.

Khem, khem, jaki obiekt?

Berło.

 

Gdy dotknęła końcówką języka jego ucha, przeszedł go dreszcz.

Dość – powiedział, ale obok niego spłynęło lustro, otwierając portal.

Skoro więc to już pan potrafi, to tu są trzy takie same kryształy. Proszę odpocząć chwilę i się zrelaksować. Ja rozwiążę pana problemy, zanim pan wróci.

I nie minęły nawet trzy pacierze, a już wróciła, meldując: Awans dla pana załatwiony, tamten generał, co kopał pod panem dołki, siedzi za szpiegostwo, a pańska była żona zrzekła się alimentów. Dobrze się spisałam?

 

(…)

Ino – powiedział, chwytając ją ze sporą siłą i przyciągając jej ciało do swojego. Spojrzał jej zuchwale w zdziwione oczy, po czym bezczelnie i bez namysłu ją pocałował. Dłuższą chwilę poruszał głęboko włożonym w jej słodkie usta językiem.

Błeeee. Autorze, miejże litość…

Smyr. Smyr, smyr, smyr. Smyrrrrr!

 

Po czym uwolnił ją z obcięć i zostawił zdezorientowaną.

I poobcinaną.

 

I, podobnie jak w przypadku pałasza, wydawało się, że literówka, ale…

Zderzenie z ziemią nie było nieprzyjemne, raczej jakby wpadał w obcięcia śmierci.

 

[Ina] Nawet nie pamiętała drogi przez międzyświat. Wyszła z szoku, w jakim tkwiła, wraz z wkroczeniem do swojej komnaty.

Wyszła z szoku, weszła do komnaty.

 

Co się właśnie przed chwilą stało? Czy to się wydarzyło naprawdę? To nie był jej pierwszy pocałunek, ale pierwszy taki z doświadczonym mężczyzną, który wiedział, co robi. Sama była sobie winna, rzuciła mu rękawicę, a on ją po prostu podjął. Do tego momentu nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłoby ją cokolwiek połączyć z pułkownikiem.

Nie no, lizała go w ucho wyłącznie z intencją rozbudzenia w nim magii, o nic innego jej nie chodziło, słowo harcerki!

 

Za drzwiami stał Vis, czekający na nią zakochany po uszy dustański następca tronu. Czemu wszystko musiało być tak skomplikowane?

 

Bla, bla, śmierć kimijki okazuje się elementem skomplikowanej intrygi prowadzonej przez jednego z dustan. Inżynier Kowalski jest zrozpaczony, ponieważ kochał ją bardzo i chciał się ożenić. Ina odkrywa jednak, że zginęła nie kochanka Kowalskiego, lecz jej matka, która poświęciła się, żeby ocalić córkę. Doprowadza do spotkania kochanków…

 

Oboje obiecaliście mi wszystko za uratowanie waszej drugiej połowy. Podjęłam decyzję, zrobię, o co mnie prosicie. Mam jednak warunki. Po pierwsze, zanim się z nią ożenisz, zrozumiesz ich kulturę, a mianowicie zaopiekujesz się całą jej rodziną. Musisz zrozumieć, kim są i co jest dla nich ważne. Bafador, ty zaś wyjdziesz za niego w obrządku katolickim, więc, zanim to się stanie, przyjmiesz chrzest i zrozumiesz, co to znaczy dla Polaków.

Polaków, wszystkich? Ma zrobić badania statystyczne na reprezentatywnej próbce?

Ostatnie zdanie bardzo kojarzy się z pewnym starym i brzydkim motywem “biały odkrywca bierze za żonę dzikuskę, nawróciwszy ją najpierw na własną religię”. Autor chyba uważał, że opisuje sytuację równoważną, tj. obie strony mają się czegoś dowiedzieć o sobie nawzajem, ale zwróćmy uwagę, że Kowalski ma tylko “zrozumieć” kulturę wybranki, bez dopełniania żadnych formalności (żadnego robienia rytualnych tatuaży czy czegoś w tym stylu), natomiast dziewczyna ma przejąć jego religię ze wszystkimi jej nakazami i zakazami. I naprawdę nie mam pojęcia, czemu Ina uważa, że ma prawo dyktować, jak powinien wyglądać związek praktycznie obcych ludzi. Gdyby chodziło o to, że Kowalski jest katolikiem i zależy mu na ślubie kościelnym, zakochana dziewczyna pewnie poszłaby mu na rękę nawet bez ględzenia jakiejś losowej baby. I nie, chrzest nie jest do tego konieczny.

 

Co więcej, oboje jesteście od dziś moimi dłużnikami, a nie miejcie złudzeń: przyjdzie kiedyś dzień spłaty. Akceptujecie moje warunki?

Nie brzmi to zachęcająco…

(…)

 

Marta i Ingo wpadają w zasadzkę, zwabieni do jednej ze świątyń. Tam niejaka Kordelia, nowa postać, udaje pobitą i nieprzytomną, a kiedy Marta nachyla się, żeby jej pomóc…

 

Wbiła kobiecie kolec nasączony paraliżującą trucizną w ramię, a ta po prostu padła.

Dobrze, WIEM, że narzekałam na to, jaka Marta jest niezwyciężona i odporna na wszystko, i domagałam się kryptonitu dla Supermana. Ale widząc, z jaką łatwością wpada w dość oczywistą pułapkę, wyczuwam tu palec Imperatywu Narracyjnego.

 

Brat Kordelii, nie zwlekając, podbiegł do niej, po czym bez słowa wziął demona na ręce i wszedł w portal do nieznanego świata. Nie wiedziała, co dokładnie obiecał mu za to Morgenstern, ale na pewno miało to jakiś związek z nią lub matką. Portal się zamknął, a kapłani odetchnęli z ulgą.

Teraz tylko poczekać, aż jej mąż się zjawi – skomentowała sama do siebie.

Nie musiała długo czekać, bo przybył dosłownie chwilę później, wpadając jak na złamanie karku. Kordelia, jeszcze zanim to nastąpiło, wróciła do udawania ofiary. Podszedł do niej w dokładnie taki sam sposób jak Marta. Kapłani szykowali się do walki, chociaż nie wyglądali, jakby byli w pełni sił. Przyłożył jej dwa palce do szyi dokładnie w taki sam sposób jak kobieta przed chwilą, więc zrobiła ten sam ruch, otwierając oczy. Jednak on był czujny. Spodziewał się ataku z jej strony. Mimo posiadania tylko jednej ręki, zdążył złapać jej dłoń w locie.

Mam wizję odciętej, fruwającej dłoni.

 

Jedno spojrzenie na ukryte w dłoni małe ostrze i już wiedział wszystko. Podniósł ją za tą rękę i rzucił w róg sali. Zapewne, by ją to zabolało, gdyby nie piła eliksiru Morgensterna. Nic nie czuła. Druga zaatakowała kimijka, a major tylko dobył miecz i ciął ją w pierś. Padła martwa od razu. On nie przebierał w środkach. Kolejno atakowali go inni najpierw (?) kapłani (czekając grzecznie w ogonku). Zdaje się, że nawet się nie spocił, tnąc ich lewą ręką na kawałki.

Autor ma niesamowity talent do opisywania dynamicznych scen w sposób statyczny i nie wywołujący nawet cienia emocji u czytelnika.

Ale akurat ta scena nie wygląda na żywcem przepisaną z sesji. Przecież wiadomo, że (w 90% przypadków) kapłan nie rzuca się do walki wręcz jako pierwszy, bo to jak próbować zabić wroga, waląc go apteczką.

 

Ostatni pokazał się pan Morgenstern, który wydmuchnął strzałkę z rurki. Zawierała dość środka nasennego, żeby powalić olbrzyma, jak się wcześniej wyraził elf.

Ku najszczerszemu zaskoczeniu wszystkich major zdołał uniknąć pocisku. To było niesamowite, jakby magiczny ruch.

Oj, chyba dużo punktów szczęścia na to poszło.

 

Kim jesteś i czego chcesz? – zapytał chłodno jednoręki.

Nazywam się Morgenstern i mam kontrakt, który zobowiązuje mnie do dostarczenia ciebie do pałacu oliwkowych elfów – powiedział, celując do niego z kuszy.

Doceńmy inwencję. Nie jakieś tam mroczne, wysokie czy krwawe, ale oliwkowe. Zapewne śliskie z nich typy.

 

Rzuć broń albo jej poderżnę gardło – powiedziała Kordelia, stając obok związanej, porwanej kapłanki.

Nie mogła zawieść pana, on miał jedyny środek pozwalający na nieodczuwanie tego potwornego bólu, który uderzał ją, gdy tylko dawka się kończyła. Musiała go zażyć w najbliższym czasie, bo inaczej skończy, wijąc się w konwulsjach.

Major na jej słowa wziął głęboki wdech, po czym z niesamowitą lekkością i wręcz gracją, opuścił broń, wypuszczając ją z rąk w pewnym momencie. Jednak miecz nie upadł, tylko pchany siłą odśrodkową poleciał w jej stronę.

Czyli wcale nie opuścił broni, tylko nią rzucił (a skoro pojawiła się siła występująca w obracającym się układzie odniesienia, to musiał rzucać z zamachem, Kordelia miała więcej niż dość czasu na podrzynanie gardła). Widać też, że autor bardzo lubi określenie “siła odśrodkowa”.

W ogóle siła odśrodkowa u tego autora robi magiczne rzeczy, bo to nie pierwszy raz, kiedy puszczony luźno przedmiot (np. pochwa miecza w opisie pojedynku Iny z najemnikami) leci z dużą prędkością i precyzyjnie uderza w cel.

 

Przebił jej dłoń i bark, zespalając je ze sobą. Pęd zaś odrzucił ją na ziemię kilka kroków dalej.

To nie siła odśrodkowa, to jakieś tornado…

 

Przez zakrwawione oczy obserwowała trwający pojedynek.

A przez oderwane uszy słyszała jak Morgenstern oznajmia:

 

Poddaj się! Cała sala jest wypełniona toksyną, która szybko pozbawi cię przytomności.

Mówię ci o tym, żebyś zdążył coś zrobić, zanim padniesz.

 

Major zareagował na te słowa ze spokojem, wyjął małą maskę, którą założył, zasłaniając usta i nos. Oddychał oszczędnie i miarowo, co było wyraźnie słychać w tej przyłbicy.

https://c.tenor.com/I17OGKS6YywAAAAC/darth-vader-smoke.gif

 

Nie zwlekał długo, ruszył w biegu w stronę jej pana. Morgenstern wystrzelił, ale chybił mimo niewielkiej odległości.

Pobierał nauki u szturmowców z Gwiezdnych Wojen?

 

Gdy jednoręki uderzył do pięścią w twarz, dosłownie słyszała trzask łamanej kości. Major usiadł mu na klatce piersiowej i zadał jeszcze kilka ciosów, aż ten stracił przytomność.

 

Niestety, toksyna zaczyna działać i Ingo jednak dostaje się do niewoli. Morgenstern jest sadystą kochającym tortury; najpierw zmusza swą współpracownicę Kordelię, aby obdarła ze skóry swoją matkę, potem opisuje, co zrobi z Ingiem.

 

Co zamierzasz?

Tak się cieszę, że pytasz. – Elf zdecydowanie lubił słuchać dźwięku swojego głosu.

Najbardziej oklepane i zużyte wyjaśnienie tego, dlaczego przeciwnik poświęca czas, żeby wypaplać swój złowieszczy plan. Tak, też na ciebie patrzę “Sezonie burz”.

 

Mam taki plan: będziesz jechał w trumnie, a moje mikstury pozbawią cię wszystkich zmysłów poza słuchem. Nad tobą pieczołowicie przytwierdzę twoją uroczą kapłankę, żałuję tylko, że nie może to być twoja żona. W każdym razie ułożę ją tak, że jej palce będą wystawać poza trumnę. Jej jeszcze dziś wytnę język oraz wyrwę część zębów, zastępując je śrubą zespalającą szczęki. Będzie mogła tylko cicho jęczeć ci do ucha. To też ze względu na twoje bezpieczeństwo, mogłaby cię bowiem, ogłupiała od bólu, pogryźć. Codziennie będę jej zdejmował skórę z dwóch palców. Podzielę dobę tak, aby mniej więcej równomiernie, co jakiś czas zdejmować jej jeden płat skóry. Trudno, poświęcę się i będę wstawał w środku nocy, żeby ujednolicić tą torturę.

Milusi. Czy wozi ze sobą także małe kotki specjalnie po to, żeby je kopać?

 

Wróćmy do Astelii. Mamy tu cały, długi wątek o tym, jak wraca do rodzinnego miasta, chcąc odzyskać w nim władzę, jak szuka sprzymierzeńców i zawiera sojusze. Btw, w ramach poszukiwania tych sojuszników Astelia w przebraniu odwiedza krawcową i zamawia dziesięć kompletów biustonoszy i majtek, serio serio.

Ale! Astelia na początku, przed przemianą (również w jej wspomnieniach z młodości) opisywana jest jako osoba niepotrafiąca nauczyć się nawet najprostszego zaklęcia; wszystko przychodzi jej z wielkim trudem, jakby miała jakąś dysmagię. Ku rozpaczy rodziców zresztą, bo w świecie wróżek to jak kalectwo. Natomiast po przemianie…

 

Jestem potężniejsza niż niegdyś cały królewski ród. Przynajmniej teoretycznie, bo na razie władam samą mocą, brak mi doświadczenia bojowego oraz obycia z zaklęciami. (…)

Władasz wieloma magiami? (…) Tak jak twój ojciec, dla niego nie było granic magii.

(…)

Dziewczyna jakimś cudem zdołała potworzyć potworne cienkie, niczym ostrze szpady, pręty z lodu, które przeszły przez przestrzeń bez magii i przebiły namiestnika oraz dwóch niemagów na wylot. Jak ona to zrobiła? Przecież to było o wiele za daleko. Chyba że od początku oszukiwała. Pozwoliła im sądzić, że jej strefa jest znacznie mniejsza. To by znaczyło, że mają do czynienia z jednym z największych magów wszechczasów. Nikt nigdy nie miał tak wielkiej strefy kontroli.

(…)

Astelia zostaje uwięziona w obsydianowej celi i zakuta w obsydianowy “kaftan bezpieczeństwa”, co ma jej uniemożliwić władanie magią – ale gdzie tam!

zgromadziła całą wilgoć z celi i okolic. Nie było tego wiele, głównie para wodna z jej oddechu. Musiało wystarczyć. Dosłownie rozdarła kaftan od środka tworząc w nim setki rosnących lodowych kolców.

Musiała buchać parą jak lokomotywa!

 

(…)

Jak ci się to udało?

Wszedł w moją strefę kontroli, bo cały czas udawałam, że mam mniejszą.

Nic dziwnego, że uwierzyli. Jeszcze nie widziałem tak wielkiej, a żyję już ponad pięćset lat.

(…)

Dziedziniec był stworzony z ciemnobrązowego drewna twardego jak krasnoludzka stal wzmacniana runami. Dlatego takie wrażenie zrobiła na Miranisie doszczętnie spalona ściana. Jak silna stała się Astelia?

 

No cóż, niestety trzeba stwierdzić, że Astelia dołączyła do licznie zamieszkującej strony tej powieści populacji marysujek.

 

Walka magiczna (Astelia vs Syzar, mag władający czasem).

Walkę poprzedza opis pałacu z punktu widzenia innej postaci (uwolnionego przez Astelię maga, jej dawnego mistrza) – widzimy liczne zniszczenia, jakich dokonała wróżka idąc jak burza przez pałac i walcząc z kolejnymi przeciwnikami. Następnie narracja cofa się w czasie o kilka chwil i możemy obserwować starcie z finałowym bossem.

 

Zaczynamy zatem? – Jego przygotowania do walki dobiegły końca. Punkt startowy został ustalony, nie pozostawało nic, tylko zaatakować.

https://media0.giphy.com/media/QJvwBSGaoc4eI/200.gif

 

Proszę bardzo – powiedziała, a do pomieszczenie wleciała wielka kula wody.

Syzar, nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, rzucił w nią nożem, który wbił się jej dosłownie o włos od serca.

Łamiesz mi serce! – pisnęła kula i rozbryznęła się z hukiem.

 

Zrobiła unik? Jak? W swoim pięćsetletnim żywocie nie spotkał istoty, która zdołałaby uniknąć jego ostrza. Władał magią czasu, a jego broń była zaklęta czarem przesunięcia w czasie. Dlatego jeśli ofiara była blisko, a on rzucił błyskawicznie, to nóż wbijał się w ciało, zanim został rzucony. Jak w takich okolicznościach mogła zrobić unik?

No raczej nie zrobiła, skoro ma teraz ten nóż w klatce piersiowej!

(to tylko powierzchowna rana…)

 

Możliwe, że zareagowała na jego rozszerzające się źrenice i zmieniła pozycję. Jednak, tak by się zachował wprawny wojownik, a nie mag.

Widzę, że bajeczka o obserwowaniu oczu przeciwnika ma się dobrze. Źrenice są małe, reagują na każdą zmianę oświetlenia, ich obserwacja nie ma większego sensu. Łatwiej zauważyć np. ruch klatki piersiowej, ustawienie stóp, nagłe napięcie mięśni. W walce patrzy się na całe ciało.

 

No cóż, może to ma związek z jej strefą kontroli, ale on miał jeszcze wiele kart do zagrania. Walka dopiero się zaczęła.

Kolejne rzuty nic nie dały, każdy nóż trafiał na jej lodową tarczę. Widać nauczyła się lepiej bronić albo od zawsze to potrafiła, tylko udawała słabszą. Z raportu Cienia wynikało, że jest raczej słaba, ale zdrowy rozsądek podpowiadał co innego, zwłaszcza że to ona go zabiła.

zdrowy rozsądek podpowiadał co innego, zwłaszcza że to ona go zabiła.”

Też lubicie, kiedy tekst analizuje się sam?

 

Na razie badali się nawzajem, on rzucał nożami, a ona odpowiadała soplami lodu.

https://i.pinimg.com/originals/47/91/e7/4791e79bd845379bbbe5f4972cc10174.gif

 

Syzar stworzył sobie temporalną ochronę, która informowała go o nadchodzącym ataku z wyprzedzeniem, a także korzystał z tarczy ognia, którą stworzył dla niego kolega po fachu. Jednak obecność księżniczki w tej komnacie pozwalała mu przypuszczać, że taka sama tarcza nie uratowała samego maga ognia.

Czas użyć bardziej skomplikowanych czarów. Rzuciła strefę spowolnienia oraz przyspieszenie temporalne na siebie.

Czas i przestrzeń tak się zamotały, że czytelnik już całkiem stracił orientację – czy to on, czy to ona…

(Oczywiście powinno być “rzucił”, bo cały czas obserwujemy Syzara. W ogóle przy takiej ilości literówek w tekście to ja naprawdę nie wiem, za co korekta wzięła pieniądze.)

Przyspieszenie temporalne, czyli chyba “czasowe” (w sensie “dotyczące czasu”, a nie “krótkotrwałe”)? A przyspieszenie może być jakieś inne? Ogniste? Maślane?

 

Oba czary choć różne, miały ogólnie ten sam cel: zwiększyć różnicę w postrzeganiu czasu. Syzar w tym momencie dosłownie poruszał się cztery razy szybciej od niej. Tylko jak ją wykończyć? Nie tylko miała na sobie jakąś tarczę, ale także setki ostrych jak szpila lodowych sopli wirujących chaotycznie dookoła niej. Nie miał jak się przebić z atakiem, w takich okolicznościach. W dodatku zdążyła siebie wyleczyć, regenerując magią swoją ranę.

Regeneracja” oznacza “odtwarzanie uszkodzonych lub utraconych części ciała”. Czyli Ina magią odtworzyła sobie ranę (całe szczęście, bo już zaczynała się zasklepiać).

 

Upierdliwy przeciwnik. Władanie taką ilością magii jest niesprawiedliwe.

Syzar strzelił focha i tupnął nóżką.

 

Impas nie trwał długo, mag postanowił użyć pierwszej swojej karty atutowej. Miał na rękach dziesięć pierścieni, po jednym na każdy palec. W każdym z nich ukryto czar. Wiele z nich utkali jego koledzy po fachu, w ten sposób wzajemnie się wspierając, imperialni magowie zyskiwali wielką potęgę. Czary: śmiertelny dotyk oraz ognisty podmuch stanowiły doskonałe połączenie w tej walce.

Słyszę to wypowiadane głosem komentatora sportowego.

 

Ognistym podmuchem zrobił sobie miejsce, topiąc sporą część jej tarczy oraz lodowe sople. Sam zaś błyskawicznie pobiegł do niej, korzystając z przewagi w szybkości. Jego dłoń była dosłownie o włos, gdy dziewczyna zaskakując go, uderzyła w jego stronę takim samym podmuchem gorąca. Z najwyższym trudem porzucił próbę ataku i uniknął spopielenia. Jednak nie wyszedł z tego bez szwanku. Silne poparzenia całej lewej strony ciała dały się we znaki. Jej czar był na wyższym poziomie niż ten mistrzowski, zaklęty w jego pierścieniu.

Ku zdumieniu dokładnie nikogo.

 

Nie tylko przebił się przez jego tarczę, ale spopielił wszystko w pomieszczeniu. Dodatkowym efektem było spalenie całego powietrza.

Serio doceniam, że autor o tym pomyślał.

 

Dlatego oboje zaczęli się dusić, a Astelia zamiast starać się przewietrzyć, jeszcze stworzyła nowe lodowe ściany i zamknęła ich całkowicie. Czy ona planowała zabić ich oboje? Na pewno ma jakiś plan. Naszyjnik doskonałego powrotu zaświecił się na żółto, co oznaczało, że jego czas się zbliżał. Ostatnim desperackim atakiem uwolnił kilka zaklęć z pierścieni i równocześnie rzucił w nią sztyletem. Trafił, ale nie była to śmiertelna rana. Dziewczyna wydawała się nie do pokonania. No cóż będzie próbował do skutku. Cofnął czas do punktu startowego.

Znowu stał naprzeciwko niej, cały i zdrów z wszystkimi czarami w pierścieniach. Mógł skorzystać z powrotu do startu jeszcze trzykrotnie.

😀 😀 😀 <wymyślę lepszy komentarz, jak tylko przestanę się śmiać>

Co rechoczesz, po prostu zostały mu jeszcze trzy życia.

 

Tym razem nie lekceważył przeciwnika i nie badał go. Od razu rzucił na siebie przyspieszenie, a na nią spowolnienie.

Tylko przypomnę, że parę akapitów temu Syzar rzucał “strefę spowolnienia” na siebie, żeby mu się walczyło lepiej (“oba czary […] miały ogólnie ten sam cel: zwiększyć różnicę w postrzeganiu czasu […] w tym momencie poruszał się cztery razy szybciej od niej”). Skoro teraz rzucił przyspieszenie na siebie i spowolnienie na przeciwniczkę, to chyba oboje poruszają się mniej więcej tak samo? Kumie, po co myśmy te żaby jedli.

 

Obserwując, jak ona spokojnie gromadzi wokół siebie wodę, niespiesznie dobył pięć sztyletów.

Dynamiczna ta walka jak nie wiem co.

 

Cztery trzymał w jednej dłoni, a piąty za ostrze w drugiej. Rzucał raz za razem, celując w newralgiczne punkty. Dwa pierwsze pociski doszły celu, wbijając się w oko i w serce. Ku jego zaskoczeniu nawet mimo śmiertelnych ran zdołała postawić tarczę i obronić się przed trzema następnymi.

Widocznie “odniesione rany stanowiły dla niej tylko informację”.

 

Na chwilę czas jakby zwolnił, ale nie był to efekt żadnego zaklęcia. Po prostu obserwował, jak wróżka umiera. Ona desperacko użyła wszystkich swoich sił, aby zregenerował ciało.

Zregenerował? Przeciwnik?

 

Nie do wiary, że zrobiła to, a zaraz po tym dwie wielkie ściany z lodu niczym prasy poleciały w jego kierunku. W ostatniej chwili zdążył ponownie cofnąć czas.

Tak z ciekawości, jak cofnął czas, to ona ożyła?

 

Zrobił trzecie podejście, od razu po rzutach nożem przeszedł do szarży i zanim wróżka zdążyła się zregenerować, ciął jej szyję mieczem z przesunięciem temporalnym.

Świstociął mieczem migbłystalnym

Jebs! Z przesunięciem temporalnym

O wielny dniu! Kalej! Kalu!

 

Chociaż zdążyła postawić obronę, jego upór i liczne ataki uniemożliwiły jej równoczesne regenerowanie się i bronienie. Zanim zmarła, powiedziała coś dziwnego.

Tak to nigdy mi te włosy nie odrosną.

Dosłownie widział, jak uchodzi z niej życie, ale chwilę później zobaczył, jak iskra narodzin ponownie wbija duszę w jej ciało. Coś niesamowitego! To było trochę podobne do jego powrotu do punktu startowego, tyle że na zupełnie innym, niemal boskim, poziomie.

Po prostu laska gra na kodach. Bana jej!

 

(…)

Stanął naprzeciw tej bestii czwarty raz i został mu ostatni czar tego typu. Jeśli ona jest feniksem o tym poziomie mocy, to on musi uciekać, a nie walczyć. Zwiększył swoją szybkość, a ją spowolnił. Zużył wszystkie czary niemal na raz, ciskając w nią: podmuchem ognia, kryształową włócznią, powiewem śmierci, cierniami, cienistymi sztyletami, własnymi sztyletami, a na koniec wszystkim, co posiadał.

W stronę Astelii poleciały kolejno: sakiewka, pas, szata, buty, wisiorki i bielizna. Na koniec Syzar użył Broni Ostatecznej Zagłady – cisnął w Astelię przepoconymi skarpetami.

Też mam wizję jak facet leci do wyjścia, rzucając za siebie, co popadnie.

 

Jednak to miało na celu tylko odwrócić jej uwagę, gdy on w tym czasie biegł, czym prędzej, do wyjścia. Za nim niestety zastał litą lodową ścianę. Kiedy ona to zrobiła? Nie pozostawało mu nic innego jak wyskoczyć przez okno. Z tej wysokości nikt normalny by tego nie przeżył, ale on miał jeszcze parę niewykorzystanych atutów.

Był nienormalny.

Dzień dobry, proszę bilet do Krakowa.

Normalny?

Nie – popie*olony.

 

(…)

Cofnął się w czasie i dostrzegł pewien mały detal, który oznaczał, że nie ma najmniejszych szans na ucieczkę przed tym potworem. Nie chodziło o jej uśmieszek, ale o włosy. Miała krótkie włosy, nieco krótsze niż przy pierwszym cofnięciu w czasie. Niby drobiazg, ale to oznaczało, że od kiedy aktywował się jej czar wskrzeszenia, cofnięcia w czasie nie wymazują jej wspomnień. Niby to daleko idący wniosek, wyciągnięty tylko z jej krótszych włosów, ale tak było, nie miał co do tego wątpliwości. Ona wiedziała, co on robi.

Nie rozumiem tej kombinacji.

Jeżeli krótsze włosy oznaczają, że Astelia, odradzając się, cofa się do momentu swej “pierwszej śmierci”, to ja bym właśnie obstawiała, że pamięć, tak samo jak ciało, też jej się resetuje. Znaczy, Syzar oczywiście dobrze zgaduje, że zachowuje ona wszystkie wspomnienia, ale wyprowadza ten wniosek… powiedzmy uprzejmie, że z powietrza.

 

Syzar poddaje się, Astelia przyjmuje jego kapitulację, w zamian chcąc tylko informacji, jak uwolnić Inga. Niestety, okazuje się to niemalże niemożliwe, wobec czego dziewczyna się załamuje. Tu następuje koniec powieści, lecz po nim mamy jeszcze dość długi epilog, ukazujący losy Marty. Została ona wysłana przez portal do innego świata, ale co to za świat…?

 

Walenie do drzwi obudziło go z płytkiego snu.

Co to ma znaczyć, Kołokow? – zapytał, widząc swojego porucznika przy drzwiach.

Towarzyszu majorze – odpowiedział porucznik. – Właśnie dostarczono nam dwoje więźniów i czekają na przesłuchanie.

(…)

Prowadź, opowiesz po drodze.

Nie zdążyli jednak zajść daleko, gdy ich rozmowę przerwało skrajnie dziwne zjawisko, a mianowicie czterej idący w ich stronę agenci KGB, których major znał.

Wzdech. W tym bigosie brakuje już tylko dwóch grzybów z barszczu i hiszpańskiej Inkwizycji.

Pytanie: w którym roku teraz jesteśmy? Bo KGB istniało do 1991, a zwrot “towarzyszu” sugeruje wręcz czasy Związku Radzieckiego.

 

Epilog jest długi, ale nie będziemy już Was nim zanudzać. Marta okazuje się mieć mocne plecy i w KGB – na miejscu pojawia się jej dawna mistrzyni, która rozstawia wszystkich jak chce, a jej samej zapowiada nową misję. Podobno kolejny tom jest już w trakcie pisania, więc kto wie, może kiedyś… 😉

 

Z pałacu demonów w innym wymiarze pozdrawiają kryształowi analizatorzy,

a Maskotek oswoił demonicznego T-Rexa i galopuje na nim, pokrzykując “Uhuuuu!!!”

19 komentarzy do posta “105. Kryształowe majtki demonicy, czyli kto wrobił króliczkę Lolę? (Obsydianowa twierdza, cz. 3)

  1. Jezu, jakie to było męczące, że podziwiam was za analizę tego.

    W pierwszej części było reklamowane, że głównym „atutem” tej książki (kto to wydał?!) jest przenoszenie 1:1 sesji RPG.
    Dla mnie było tu co innego – takiego stężenia merysójek i garystuu dawno nie widziałam. Non stop ktoś jest córką/synem/mężem/żona,/zwierzakiem najprzepotezniejszego uberkoksa uniwersum, po czym okazuje się jeszcze bardziej ope – do tego stopnia, że ma kody na nieśmiertelność. Toż to nawet klasyczne opla z Harim-potem co był ćwierć elfem, wilą i kilkoma innymi rasami aż tak nie przesadzały – tu w tym typie jest cały cast. A boostów początkowych u tej zgrai niewyżytych nastolatków mogłaby im nawet sama Arieśka z mhrocznej tfffierdzy pozazdrościć.

    Świat przedstawiony jest nudny, nie tłumaczony, nielogiczny. Wszystko się miesza. Ino Wielka Imperialna Husarska Katolicka Kosmiczna Polska jest nieustraszonym i niepokonanym Zdobywca Kosmosu i ofk jest najlepsza bo tak. Po prostu XD.

    A te fetysze autora na temat damskiej bielizny, wymiarów (przy MEGA DUŻYCH cyckach śmiechłam fest. Liczyłam jeszcze na MEGA DUPĘ do kompletu MEGADEMONZORDA) tak bardzo kojarzy mi się z tym slapstickowymi „żartami” z animców typu harem-isekai.

    I tak absolutnie na serio – ta cała książka to na poważnie pisana czy celowo to pastisz/parodia wszelakich fantastycznych/sci-fi tropów?

    • „Nie mając nic lepszego do roboty, nauczyła się też kilku czarów magii kryształu.”

      A to zdanie dla mnie wygrywa w kategorii tego jak podsumować to ksioopko. xD

  2. Przez portal natychmiast wlazło mroczne szujstwo z innego wymiaru i wyżarło jej mózg.
    Chyba widziałam to w Creepshow.

    Twór, który stanowił swoistą mieszankę zaklęcia klon oraz golema wojownika.”
    Mieszanka golema z zaklęciem musi być dość niejednorodna.

    Taka człekokształtna kupa gliny poprzetykana iskierkami.

    Za trzecim razem autorowi udało się trafić, brawo!
    Co trafić, pisownię? Bo jeśli opis, to dwóch pierwszych nie da się uznać za te same twory.

    Natomiast nie mam pojęcia, czym miałby być “malgamat” (nazywany też “złotym kryształem”), jakieś pomysły?
    Amalgamat, w tym przypadku złoto rozpuszczone w rtęci?

    Namagnesowana malaga?

    Ina spotyka się z demonicą Apoptozą; ta proponuje jej zawarcie paktu, na mocy którego Apoptoza nie mogłaby Iny skrzywdzić, a Ina jej okłamać. Inie udaje się wytargować jeszcze, że demonica również nie może jej okłamać, ale jak to z demonami, trzeba uważać na słówka.
    Tak tylko zauważę, że Apoptoza nie wynegocjowała nietykalności…

    Czyżby któreś z graczy studiowało medycynę?
    Nie, to szkoła mistrza Marcela – otwórz słownik losowo, i wpisuj do znudzenia.

    Prościzna i absolutnie niczym nie grozi, żadnych skutków ubocznych, słowo demonicy!
    „Przecież nie zauważy, że jeszcze nie obejmuje mnie to prawdomówstwo” – uspokajała samą siebie Apoptoza.

    kryształowe bokserki z matowofioletowego kryształu.
    Trzy w jednym – depilacja okolic bikini, antygwałtki i samoumartwianie! Drogie panie, taka oferta tylko u nas, nie przegapcie!

    …zastanawiam się, jakim rodzajem materiału jest według autora kryształ, skoro można z niego wykonywać miecze, zbroje i majtki.
    Zmieniającym właściwości w razie potrzeby. Mam wrażenie, że on to oparł na jedwabiu – gdzieś mu się o uszy obiło, że jedwab jest i świetny na ubrania, i wytrzymały (na ciągnięcie, na cięcie absolutnie), i można go używać jako broni – w tym przypadku to akurat garoty.

    [co ona zdejmie sukienką?]
    Skórę swoją.

    jak bardzo jej brakuje tego czarnego płynu do papierosa po obiedzie
    Zęby musiała mieć przecudne.

    Lepiej być alienfuckerem niż gejem?
    Z punktu widzenia zeszłowiecznych space oper tym pierwszym.

    Mały i chudy jak patyk, ale przypominał T-Rexa. Tak, to się trzyma kupy.
    Pewnie chodzi o budowę. Znaczy, dromeozaura zobaczyła, po mojemu.

    Tak, wygląda totalnie jak T-Rex. Bez dwóch zdań.
    Tyrannosaurus tunguskensis.

    bardzo długie węże […]Głowy płazopodobnych rąk tylko z pozoru przypominały kobrę”
    I wszystko jasne – zasady wymyślali akurat na biologii.

    Jprdl, kto z dostępem do encyklopedii, internetu i edukacji obowiązkowej uznaje węża za płaza!?

    Zastanawiam się, co Ina miała w głowie, oddając tak beztrosko swoją broń.
    Demonica przyklepała niekłamanie, więc na pewno nie kłamała. Coś takiego, o.

    Potrafiła jednak kontrolować swój organizm w stopniu niemal doskonałym.
    Tak, wiedzieliśmy to w poprzednim odcinku, tyle że nie.

    I mamy ostateczne potwierdzenie, że to faktycznie była bardzo toksyczna rodzinka.
    Gałąź Borejków, ani chybi.

    Widzę go, obwieszonego tymi kryształami jak choinka.
    Jak lingerie Apoptozy.

    Tu nasuwają się liczne pytania, jak się używa broni, która nie ma żadnej fizycznej formy. No ale to pewnie zaawansowana magia.
    Coś jak to zatrzymywanie serca ręką przez Flasha.

    Jedzenia starszy Ci na miesiąc
    Więc jeśli przez miesiąc nie chcesz być pomarszczona i posiwiała – głodówka!

    Znaczy: z uczuciem tęsknoty za minionymi czasami?
    Za pozbywaniem się zwłok prostytutek z sypialni przełożonych.

    albo piszemy o nich jak o ludziach (kobieta) albo jak o zwierzętach (miot).
    Ja u siebie piszę tak akurat dla żartu.

    Kimijkowie są porośnięci sierścią, roślinożerni, w innym miejscu wspomina się o ich długich uszach. Nieustająca chętka na seks i masowe rozmnażanie to sami wiecie, z czym się kojarzą.
    To wina tego spotu TVP, na bank.

    czerwony pałasz z kapturem
    Tak się owinął, awangardowo, kawałkiem żelastwa zamotanym w szmatę.

    To nie brzmi zbyt zachęcająco
    Nie dla podziemnego kręgu.

    Co to znaczy „prowadzić dłonie”?

    Wyszła z szoku, weszła do komnaty.
    Marceloza futrynowa kontratakuje!!!

    Co więcej, oboje jesteście od dziś moimi dłużnikami, a nie miejcie złudzeń: przyjdzie kiedyś dzień spłaty. Akceptujecie moje warunki?
    Gdyby chciała grać Rumpelstilskina, to znają jej imię.

    Zdaje się, że nawet się nie spocił, tnąc ich lewą ręką na kawałki.
    I tak wynalazł styl walki zwany dziś „pijanym windymanem”.

    Nie jakieś tam mroczne, wysokie czy krwawe, ale oliwkowe
    Oliwkowe to cieniasy, ja chcę serowe!

    opuścił broń, wypuszczając ją z rąk w pewnym momencie. Jednak miecz nie upadł, tylko pchany siłą odśrodkową poleciał w jej stronę.
    Próbuję to sobie wyobrazić, i wychodzi mi, że aŁtor pominął odbicie się żelastwa od podłogi jak kauczukowa piłka.

    Pęd zaś odrzucił ją na ziemię kilka kroków dalej.”
    To nie siła odśrodkowa, to jakieś tornado…

    Zaklęcie dla gumowego miecza – jak w coś uderzy, to przyspiesza.

    Morgenstern wystrzelił, ale chybił mimo niewielkiej odległości.
    Baaardzo dużo rzutów szczęścia. Koledzy z sesji musieli go nie cierpieć.

    jednoręki uderzył do pięścią w twarz
    Skrót myślowy od „wbił mu ciosem twarz w czaszkę”?

    Ale dlaczego torturuje kapłankę, a nie Inga? Liczy na jego nadmierną empatię? Już się nasłuchał o problemach w przewodzeniu neuronów u gumisiów?

    W walce patrzy się na całe ciało.
    Widać oczy miał piękne, a resztę szpetną.

    Jak dla mnie czary spowolnienia i przyspieszenia się zerują na tym samym obiekcie. I czemu mieliby się poruszać w tym samym tempie, on był normalnie ślamazarą, a ona speedówą?

    Widocznie “odniesione rany stanowiły dla niej tylko informację”.
    Ojezu, kolejny gumiś.

    Świstociął mieczem migbłystalnym
    Jebs! Z przesunięciem temporalnym
    O wielny dniu! Kalej! Kalu!

    To Dżaberzwłok?

    W stronę Astelii poleciały kolejno: sakiewka, pas, szata, buty, wisiorki i bielizna. Na koniec Syzar użył Broni Ostatecznej Zagłady – cisnął w Astelię przepoconymi skarpetami.
    Made my day!

    Też mam wizję jak facet leci do wyjścia, rzucając za siebie, co popadnie.
    Łóżko, nocnik, garnek, stołek, świece, strażnika w pełnym rynsztunku, kosz z praniem, wielce zaskoczoną kurę, szafę, pomywaczkę…

    Wzdech. W tym bigosie brakuje już tylko dwóch grzybów z barszczu i hiszpańskiej Inkwizycji.
    Halucypków trafiło się za to od groma.

    I podsumowanie:
    – kolonizacji ciąg dalszy, wraz z wchłanianiem jednostek i stwierdzeniem „a, to się poucz, ale nie musisz zdawać testu”
    – magiczną nietykalską rodzinkę, po której nie będzie nikomu żal, bo nie wiadomo, kto jest gorszy – brat-zombie, siostra-wariatka czy żona-furiatka
    – to w tym była korekta!?
    – Astelii też mi absolutnie nie szkoda
    – wszystko napisane tak, że na trzeźwo i z dobrym poziomem cukru tego się nie da ogarnąć
    – aŁtor nie zaglądał na Bikini Armor Battle Damage, względnie nie wyciągnął odpowiednich wniosków
    – na szczęście koniec. Co następne?

    Pokój tej analizatorni!

  3. Kryształowe majtki mnie urzekły, fascynacja autora piersiami też..Dobrze, ze nie ma fetyszu sikania…
    Cytat o czwórkach i niebie jest niezręczny…
    Fajna analiza.

    Chomik

  4. Mała uwaga co do analizy – wymiary 80/55/75 to raczej nie gruszka, skoro biodra węższe od biustu. A określenie „typ gynoidalny” jest zwykle używane co do typu otyłości (pośladkowo-udowej), tutaj co prawda Apoptoza ma figurę gruszki ale zdrową. Swoją drogą uwielbiam jak bohater ma taką dokładną miarkę w oczach… Analiza jak zwykle super. c:

  5. Hej, proszę nie akceptujecie mojego poprzedniego komentarza, bo nie opublikował się cały ;/
    Pisałam, że nie dodam już nic nowego,niż w komentarzach pod poprzednimi częściami. Że to opko, które autor powinien zostawić dla siebie i swoich znajomych z gry. Zimowymi wieczorami mogliby powspominać czasy, jak to miło było grać w RPG za nastoletnich czasów.
    Z drugiej strony to, aż przykro, że istnieją takie wydawnictwa, które wydadzą wszystko za odpowiednią sumę.
    Dzięki za analizę 😁

  6. To są jakieś popłuczyny po równie kiepskich książkach, tych wszystkich “Kryształach czasu” i innych “Pomnikach cesarzowej Achaji”. A oliwkowe elfy pewnie mają oliwkową cerę czy coś.
    Jeżu… Po tym wszystkim zaczynam tęsknić za Michalak.

  7. Przymarłam. IMO jedna z nudniejszych analiz ever; koszmarny materiał źródłowy. Przeczytałam części 2 i 3 prawie jednym cięgiem, a dalej totalnie nie ogarniam „o co chodzi tekst”. Nie wiem, który bohater jest kim, co ich łączy, ani co i w jakim celu robią… Zapamiętałam tylko wyjątkowo niestrawną triadę Polacy-pojedynki-kolonializacja. Nie mówiąc już o tym, że instrukcje składania mebli z IKEI są ciekawsze, napisane mniej drewnianym językiem, no i jest w nich jakikolwiek suspens (czy są wszystkie śrubki? jak złożyć tę półeczkę z resztą?), w przeciwieństwie do tego tutaj dzieła…

  8. Druga część była cudownie głupia, ta poszła już w skalę „to nawet nie jest śmieszne”(pod względem samej książki). Ale nadal lektura była przyjemna.
    Co do „katolickości” tego dzieła sugerowanej w komentarzu nade mną, to prezeentowany w tekście katolicyzm jest taki trochę o kant dupy rozbić (jak wiele rzeczy w tym dziele). Jak widać krwawe podboje i trójkąciki z wróżkami i demonicami są jak najbardziej w porządku, ale ksiądz (ciekawe co on na to) i ślub kościelny muszą być. Gdyby nie uparte wspominanie o tej „katolickości” misji byłabym pewna, że autor i bohaterowie to raczej typ „teraz nasze dobre siły wielkiego rozpierdzielu pokażą głupim klechom kto tu rządzi”. Nie wiem, gdzie jeszcze się uchowało takie podejście, ale mam wrażenie, że osoba je wyznająca niekoniecznie poświęciła w życiu choć minuty na refleksję nad tym, w co właściwie wierzy. Ale może się mylę.
    A tak poza tym to pod komentarzem Elizy mogłabym się podpisać.
    W pewnym momencie, tzn na samym początku, przy dziwnie Rosyjskich imionach gadów pomyślałam sobie „jeszcze tu tylko agentów KGB brakuje”… I proszę, są.
    Generalnie ciekawy materiał badawczy jeśli chodzi o określanie, jakie motywy znajdują się w opowiadaniach pisanych pod własne fantazje. I przestroga, że pisanie pod własne fantazje zwykle nie wychodzi ani w połowie tak fajnie, jak fajnie było sobie wyobrażać stworzoną przez nas postać jako najpotężniejszą we wszechświecie, megaprzystojną ofiarę kolejnych tortur.

  9. Z innej beczki – ta analiza nie powinna mieć numeru 105?

    I jeszcze raz, jakie były te polecanki o kontakcie międzygatunkowym? „Piknik…”, Addams, „Historia twojego życia”? A co ze „Ślepowidzeniem”?

    • Oprócz tego jeszcze Carl Sagan, „Kontakt” (ale najlepiej oryginał, polskie tłumaczenie leży, kwiczy i ssie) i oczywiście Lem, „Solaris” 🙂

      • „Spotkanie z Ramą”, czemu nie, ale tu już obowiązkowo oryginał. Polski przekład jest dramatycznie zły, jeszcze gorszy niż w przypadku „Kontaktu”.

          • Mój egzemplarz był z biblioteki, a przeczytany został prawie dwadzieścia lat temu, więc w tej chwili nie mogę podać za wiele szczegółów poza wrażeniem, że błędów językowych było dużo. Niestety, a może na szczęście, tylko jedno bardzo złe zdanie wypaliło mi się w mózgu na stałe – można było w nim przeczytać, że bohaterka „egzaminowała planety”.

Napisz komentarz