99. Robota Chrobota, czyli Pani na Ruinach (Ciotka Zgryzotka, cz. 1)

Szczęśliwego Nowego Roku, Drodzy Czytelnicy!

Wracamy dziś do Was z… hm, w sumie można to nazwać klasyką 😉 A mianowicie z ostatnią (póki co) częścią Jeżycjady pt. “Ciotka Zgryzotka”.

Ale zanim przejdziemy do omówienia tej części, trzeba nieco przybliżyć sytuację tym z Was, którzy nie są na bieżąco z cyklem. Po McDusi bowiem, którą analizowaliśmy [tutaj] wydane zostały jeszcze dwie kolejne powieści, w których działo się, a działo. Są to:

– “Wnuczka do orzechów” – w której Józef Pałys poznaje swą ukochaną, Dorotę Rumianek. Dorota jest hożym blond dziewczęciem, mieszkającym na wsi z dwiema babciami (tzn. babcią właściwą i jej siostrą; nie podejrzewajmy Musierowicz o próbę opisu jakiejś tęczowej rodziny); jej matka pracuje jako pielęgniarka w Norwegii, a ojciec odszedł w siną dal. Zaradna, bystra i śliczna Dorotka w mig zdobywa serce mrukliwego Józwy, a rzecz cała kończy się (nieoficjalnymi) zaręczynami, mimo że przez całą książkę bohaterowie zamienili ze sobą może ze dwa zdania (ale może to i lepiej, pamiętajmy, że słowa są źródłem nieporozumień).

– “Feblik” – gdzie z kolei ukochaną poznaje Ignacy Grzegorz Stryba. Tak, niestety, frytkożerna McDusia okazała się Złą Kobietą i związek uświęcony kłódką zapiętą na moście nie przetrwał. Jednak los zsyła Ignacemu pocieszenie w postaci wiotkiej i skłonnej do omdleń artystki Agnieszki; miłość jak zwykle uderza jak grom z jasnego nieba i nie jest w stanie jej zniszczyć nawet agresywna i nienawidząca mężczyzn matka Agnieszki oraz jej równie nieprzyjemna siostra. I tu także dochodzi do zaręczyn, po trzech dniach – i tym razem oficjalnych, IGS przedstawia Agnieszkę jako narzeczoną…

W międzyczasie dorosło młodsze rodzeństwo naszych bohaterów: Łusia i Ania wybierają się na studia, Ziutek ma już dziewięć lat, a Nora – młodsza córka Patrycji i Floriana – szesnaście i właśnie zaczyna liceum.

W życiu rodziny Borejków też zaszły duże zmiany: w związku z uciążliwym remontem okolic kamienicy przy Roosevelta seniorzy ostatecznie przeprowadzili się na wieś do Patrycji, a w dawnym gnieździe klanu pozostali Gaba z Grzegorzem oraz Ignaś z Agnieszką, po ślubie, oczekujący właśnie swego pierwszego dziecka.

Ida otrzymała w prezencie(!) od przyszłej synowej malowniczą, acz zrujnowaną i prymitywną chałupkę, którą właśnie z zapałem remontuje, zamierzając chyba przeprowadzić się na stałe. Co na to Marek, który został w Poznaniu?

Dodam jeszcze dla porządku, że jak w przypadku wielu, a właściwie niemal wszystkich książek po “Kalamburce”, tytuł wykazuje niewielkie i bardzo luźne związki z treścią – ot, gdzieś tam zdawkowo “ciotką zgryzotką” zostaje nazwana Ida, i tyle.

Gaya: Na początku pragnę tylko zaznaczyć, że moje komentarze nie mają na celu polemiki z autorką. Małgorzata Musierowicz ma 76 lat i szczęśliwie żyje z pisania dłużej niż ja chodzę po tym świecie. Jestem za to zainteresowania polemiką z pozostałymi jej czytelnikami, z ciekawości, jaki był ich odbiór lektury.

Za zdjęcia ilustracji dziękujemy Joannie B.

 

Małgorzata Musierowicz: Ciotka Zgryzotka, Akapit Press 2018

 

Analizują: Kura, Dzidka, Sineira, Gaya i Królowa Matka.

 

1 WRZEŚNIA 2017

PIĄTEK

 

Wymarzony Dom ciotki Idy stał na zboczu, pod sosnami.

Zapachniało Lucy Maud Montgomery.

Dworek pani Małgorzaty Linde stał w tym właśnie miejscu, gdzie wielki gościniec, prowadzący do Avonlea, opadał w dolinę otoczoną olchami i porosłą paprociami, poprzez którą przerzynał się strumyk mający swe źródło het, daleko w lasach otaczających dwór starego Cuthberta.

[LMM, “Ania z Zielonego Wzgórza”]

 

Co prawda w pełni zasługiwał na nazywanie go Ruinką, lecz miał też zaletę: rozsypywał się w idealnym punkcie widokowym.

Tu opis Ruinki z “Feblika”, tak jak ją Ida zobaczyła pierwszy raz:

I na wzniesieniu, pod jednym z takich leśnych pagórków, stoi nieduży ceglany dom, na podbudówce z polnych kamieni, dom oczywiście bez okien i drzwi (…). Dachówki ma zielonkawe od mchu i porostów, nawet rośnie między nimi brzózka-samosiejka.”

I w innym miejscu:

Burza nas oczywiście złapała nad naszym jeziorkiem. Przeczekaliśmy ją w naszym Domu i jak tylko Marek zobaczył, że dach przecieka w straszny sposób (przedtem tego nie było widać, sama rozumiesz dlaczego), zaczął mnie po swojemu odwodzić od pomysłu kupna. Wiesz, jacy są mężczyźni. Strasznie uparci. Ale się nie dałam.”

Nie jestem upartym mężczyzną, ale też bym wolała nie kupować ruiny bez okien i drzwi, w dodatku z dachem przeciekającym na potęgę, bo wystarczy mieć dwie szare komórki żeby wiedzieć, że prawdopodobnie trzeba będzie wydać miliony monet, by wymienić cały dach, strop pod tym dachem, tynki, podłogi i Bór wie, co jeszcze.

 

(…)

Za chwilę oderwał się od gałązki pożółkły liść i z wolna sfrunął po spirali. Wylądował na głowie dobrze odżywionej dzieweczki, która leżakowała gniewnie pośród zielska, utrwalając swą opaleniznę.

Jak się leżakuje gniewnie? Wierciła się, uderzała w leżak pięściami, mamrocząc przy tym brzydkie słowa?

No tak właśnie:

https://c.tenor.com/vlTkeEnyUW8AAAAd/ah-pronto-pingu.gif

 

To była Nora, młodsza z dwu córek Patrycji i Floriana Górskich. Skądinąd obdarzona urodą aniołka i sporym urokiem osobistym, miała ostatnio trwałego pecha i ciasny aparat korekcyjny na zębach, ponadto zmuszono ją do odbywania w czasie wakacji nadmiernej doprawdy pokuty, a wreszcie w poważnym stopniu znużyło ją życie rodzinne.

Zaiste styl autorki wielkimi krokami zmierza ku jakże nieznośnej autoparodii.

 

Wszyscy ją denerwowali. Z tych przyczyn była obecnie w nieprzychylnym nastroju, a jej myśl snuła się wokół spraw raczej niemiłych.

Miast z młodzieńczą beztroską pławić się w słońcu i napawać życiem jako takim, Nora ubolewała nad tym, że lato wolności znów się kończyło. Tym razem było to szczególnie dotkliwe, bo przeszła do pierwszej klasy LO. Czuła, że stoi przed niebotyczną górą, i to w dodatku całkiem sama, bo najlepsze koleżanki przeniosły się do liceów w Poznaniu, podczas gdy ją woleli rodzice zatrzymać w gminnym zespole szkół, niedaleko domu.

W tej sytuacji raczej trudno oczekiwać pławienia się w młodzieńczej beztrosce. Narrator urodził się jako mentalny starzec?

No ba!

 

Tak zasępiona, Nora nie zwróciła najmniejszej uwagi na liść, który złożył na jej czole ów lekki – i raczej suchy – pocałunek. A przecież w ten symboliczny sposób dawała o sobie znać nadchodząca jesień, brzemienna, jak można było oczekiwać, w rodzinne wydarzenia wielkiej wagi, zaś w skali krajowej i globalnej – w historyczne wręcz przełomy, których, jak zwykle, nikt by się nawet nie spodziewał. Historycznych przełomów zresztą nie da się przewidzieć, z prostej przyczyny: nigdy nie wiadomo, co komu strzeli do głowy, a zwłaszcza – kiedy.

Ponieważ nic nie starzeje się szybciej niż aktualne aluzje, nie mam bladego pojęcia, do czego tu nawiązuje MM.

 

Tym trybem potoczyłaby się być może myśl Nory Górskiej, gdyby zechciała ona zwrócić uwagę w kierunku spraw globalnych.

Nie zechciała jednak, bowiem dla szesnastoletniego umysłu znacznie ważniejsze jest to, że właśnie się dostało esemesa.

To doprawdy straszne, że ludzie się komunikują esemesami, zamiast wygłaszać wzniosłe komunały paszczą.

 

Oto brzdęknął nowiutki smartfon Nory, spoczywający w pełnej gotowości na tak zwanym podorędziu, czyli w możliwie najmniejszym dystansie od jej prawej dłoni (mianowicie na prawym kolanie). Właścicielka tego wszystkiego (czyli dłoni, podorędzia i kolana) natychmiast złapała telefon i chciwie odczytała wiadomość.

WIDZĘ CIĘ!

Tak właśnie brzmiał ów krótki komunikat, wysłany z nieznanego jej numeru.

I to była niespodzianka oraz prawdziwa zagadka.

Nora gapiła się przez chwilę w wyświetlacz. Kto ją widzi na tym odludziu, u licha, i skąd?

Jakaś bujda. Albo pomyłka. Jedyną żywą istotą ludzką w promieniu paru kilometrów jawiła się, widoczna przez otwarte okno, ciotka Ida. Lecz czemuż miałaby ona słać esemesy do siostrzenicy, skoro mogła ją w każdej chwili zawołać do kuchni, gdzie właśnie, stękając znacząco, sama jedna przesuwała lodówkę?

Stękając znacząco. Bo poproszenie o pomoc to zbyt wielki wysiłek, lepiej *znacząco* stękać.

Już pomijam, że dla zdrowej kobiety w sile wieku przesunięcie lodówki to naprawdę żaden wyczyn.

 

Może więc ktoś czai się w krzakach i stamtąd esemesuje?

A numer telefonu skąd wziął?

To się potem wyjaśni 🙂

 

Ale krzaków nie było tu zbyt wiele. Nie miałby gdzie się czaić. Wszędzie rosły strzeliste sosny, gołe od dołu, a rozwichrzone u szczytów. Wokół Ruinki, w niewiarygodnie zachwaszczonym ogrodzie, stało zaledwie kilka nędznych drzew owocowych, a świat krzewów reprezentowany był przez anemiczny agrest, kolczaste jeżyny i przytulony do południowej ściany czarny bez.

Czyli to pomyłka, zdecydowała Nora.

Odłożyła telefon na to samo brązowe kolano i wystawiła twarz do słońca.

No, błogo. Błogo. Co tu kryć.

Dobrze się stało, że ciotka Ida zjechała wreszcie na urlop.

Na pierwszą o nim wieść (przedwczoraj) Nora natychmiast zażądała, by jej pozwolono przenieść się do ciotuni. Choćby na ten ostatni letni weekend. A najlepiej na całe dwa tygodnie. Żądanie podparła argumentem, że osławiona Ruinka położona jest na dzikim odludziu i że ciotka nie będzie tu bezpieczna, samiutka jak ten palec.

W towarzystwie szesnastolatki będzie natomiast tak bezpieczna, jak z oddziałem komandosów.

 

No i ktoś jej musi przecież pomagać w pracach remontowych.

Ten właśnie aspekt najwyraźniej przeważył. W to im graj! Rodzice zadali jej srogą pokutę, zrzucając na nią prace domowe i porządkowe, więc budowlane wydały im się zapewne idealnym uzupełnieniem dotychczasowych udręk. Zgodzili się! I oto dziś, przejechawszy na rowerze ponad dziesięć kilometrów przez upalne pola i lasy, mogła spocona Nora zasiąść – nareszcie bezczynnie! – przed tą stuletnią kupą gruzu.

Swoją drogą, wątek Ruinki przypomina mi sławetną zamianę mieszkań, od której zaczęła się saga rodu Borejków w “Kwiecie kalafiora”. Tam też – w zamian za mieszkanie w bloku, z centralnym i ciepłą wodą, dostali stare, zaniedbane lokum w kamienicy, z piecami węglowymi i “rozmemłanym piecykiem grożącym wybuchem” w łazience, ale byli zachwyceni. Ida to samo, dostała literalnie ruinę bez podstawowych wygód, w którą trzeba włożyć masę pieniędzy, żeby się do czegoś nadawała, ale cieszy się jak dziecko.

Bo będzie mogła epatować szlachetnym ubóstwem.

 

Najpierw jednak zerwała z siebie, niczym kajdany, cywilizowany strój i powiesiła go mściwie na gałęzi, z właściwym sobie bojowym rozmachem pozostając jedynie w minimalistycznej bieliźnie.

Bojowy rozmach” i “minimalistyczna bielizna” w jednym zdaniu kojarzą mi się z jakimiś militarnymi pin-up girls.

No przecież robi za oddział komandosów.

 

Następnie zrzuciła adidasy, znalazła wśród zielska zapomniany leżak i padła nań ciężko, ostatkiem swych młodych sił. Tak oto, nareszcie samotna, mogła sobie cierpliwie czekać na przyjazd ciotki, podziwiając widoki oraz zajadając przygotowane przez mamę kanapki z pyszną pastą tuńczykową.

 

Ida wreszcie przyjeżdża, ze swym najmłodszym synem Ziutkiem oraz panem Chrobotem (miejscowy alkoholik i złota rączka), który pomaga jej wyładować dobytek (starą lodówkę, stare meble i stary materac, a także kubły z farbą i sprzęt do malowania), po czym natychmiast zabiera się do prac remontowych. Ida się zabiera, pan Chrobot odjeżdża.

 

Ale Nory to zawrotne tempo nie obowiązywało! – nareszcie to ona była gościem, cha, cha, cha, i mogła się opalać w ciszy i spokoju.

Co prawda ciotka Ida nie należała do osób bezszmerowych. Była tak dynamiczna, że otaczał ją nieustanny szczęk i przeróżne łoskoty, nie mówiąc o szuraniu. W dodatku wyśpiewywała przy pracy albo dla odmiany zanosiła się gwizdem artystycznym.

Chyba że wykrzykiwała, jak teraz właśnie, głosem oszalałej kozy:

Noo-oo-orka!

O, matko, litości. Norka! Dobrze, że nie tchórzofretka.

Fatalnie. Fatalnie. Nawet samo w sobie, niezdrobnione, imię Nora było już dość odpychające, zaś w połączeniu z nazwiskiem wręcz rozprzestrzeniało zapach zimnej stęchlizny: Nora Górska!

Czy ich zaćmiło, czy co? Równie dobrze mogli byli ją nazwać Grotą Górską. Albo Jaskinią. Albo wręcz Górską Pieczarą.

Och. Czyżby po latach MM, wielbicielka oryginalnych imion, zorientowała się wreszcie, że niektóre zestawienia są dość niefortunne? Bo czym właściwie różni się Nora Górska od Esmeraldy Kopiec-Mrówek, która była swego czasu tak przepysznym Elementem Komicznym?

 

Nigdy mnie nie rozumieli! – wyrzekła gniewnie, trochę do siebie, a trochę w przestrzeń, bo zawsze dobrze jest wyjawić swą boleść światu, a przy tym nawet nieco przesadzić; to przynosi człowiekowi minimalną ulgę.

Och jej, to pobłażliwe kiwanie głową starszej pani: jakie ta młodzież może mieć problemy?

 

Świat jednak zachował swą zwykłą obojętność, a zareagowała wyłącznie ciotunia, która, przebrana już w szorty i stary podkoszulek męża, z zapałem malowała ściany na kolor turkusowy.

Litościwie załóżmy, że ktoś wcześniej zbił spurchlone tynki, położył nowe, zagruntował ścianę…

 

Teraz wychynęła raptownie z okna, a jej autentycznie rude kędziory zajarzyły się w słońcu.

Ha! Jak słyszę takie typowe manifesty, to od razu wiem, że chodzi o rodziców – oznajmiła, ostrożnie opierając upaćkane przedramiona o nowiuteńki parapet.

Teraz to już nowiuteńki i świeżuteńko upaćkany.

 

Na piegowatym policzku miała pręgę emulsji.

Nora uznała, że szkoda gadać. Ziewnęła mimo woli.

To jest jedna z najbardziej rozpowszechnionych skarg w okresie adolescencji, powiedzmy sobie szczerze: czysty banał! – dodała ciotka z niesmakiem, który zawsze odczuwała w obliczu banału.

I dlatego właśnie każda jej wypowiedź musiała być niebanalnie pretensjonalna?

 

Była ona bowiem osobą, delikatnie mówiąc, nietuzinkową. – A więc rodzice nigdy cię nie rozumieli? – ciągnęła z tak charakterystyczną dla niej kąśliwą ironią. – Hu, hu. Pamiętam co innego. Chyba trudno mieć lepszych. Wiedziałaś to zawsze, lecz tylko do momentu, gdy hormony ruszyły na dobre.

Aaa, to TEN gatunek ciotuni. Biedna Nora!

 

Dojrzewanie! – cóż za okropny czas, gdy wszystko się biednemu człowiekowi dokumentnie kićka. Przestań się smażyć na słońcu, bo dostaniesz udaru. A może już dostałaś. Schowaj pod dach ten swój zmoknięty rower, nie po to biedni rodzice kupili ci to cacko, żeby zardzewiało.

Zmoknięty? Dlaczego? Przecież był upalny, słoneczny dzień?

 

Kawał grosza, co tu kryć. Chodź no tu do mnie, pomożesz mi z lodówką – rzekła i znikła.

Ach, Ida, zapomniał wół jak cielęciem był, co? Ida prezentuje tu taki rodzaj betonu, na który osobiście reaguję krzykiem. Kiedy ktoś – a zwłaszcza dziecko – prezentuje ci swój problem czy wniosek, to taka osoba zawsze odpowie “przesadzasz”, “wydaje ci się” “moim zdaniem jest inaczej, więc twoje się nie liczy”, “dzieci nie mają problemów, jakie ty możesz mieć problemy, jak dorośniesz to dopiero zobaczysz”, kompletnie ignorując perspektywę młodego człowieka. Tldr: Ida to wstrętne zakute babiszcze.

 

Norze nie chciało się ruszyć. W rzeczy samej! Kiedy człowiek musi od rana do nocy dojrzewać, bywa niekiedy okropnie zmęczony. Nawet jeśli aktualnie nic nie robi, tylko intensywnie rośnie w absolutnie wszystkich kierunkach.

To jest jeden z tych momentów, kiedy nie wiem, czy autorka ironizuje, czy świadomie pisze z sensem. Tak, dojrzewanie i rośnięcie JEST wysiłkiem dla organizmu.

 

Westchnęła. Ziewnęła. Zebrała siły, żeby wstać z leżaka.

I w tejże chwili telefon znów znacząco brzdęknął.

 

MUSISZ ŻŻUCIĆ PARĘ KILO – głosił esemes, z całkowitym bezwstydem eksponując dubeltowy błąd ortograficzny. – PZDR OD DENTYSTY

 

Nora od razu panicznie wyłączyła telefon (zrywając się przy tym na równe nogi, jakby ją coś ugryzło w gołe plecy lub poniżej), odrzuciła go od siebie jak skorpiona, po czym oburącz zasłoniła swe kształty i skoczyła jak kangur ku drzwiom.

Nie wiem, jakiego smyrfona ma Nora, ale tych, które znam, nie da się “panicznie wyłączyć” jednym kliknięciem.

 

Wpadając do ciemnej sieni Nora potrąca drabinę, z której spada komórka Idy – prosto do kubła z wodą. Ida beztrosko stwierdza, że nie szkodzi, kupi sobie drugą – po czym zagania siostrzenicę do pomocy przy przesuwaniu lodówki pod ścianę, do jedynego działającego gniazdka elektrycznego.

Obserwujmy, jak sprawnie autorka pozbawia swych bohaterów telefonów komórkowych – szósta strona, a już dwa padły ofiarą; jeden utopiony, drugi wyłączony i wrzucony w chaszcze.

Lodówka jest przedpotopowa, z Roosevelta, z lat 70, nie chcę myśleć o tym ile będzie żarła prądu i co z freonem. Ale spoko, Ida se kupi nowy telefon, ale lodówki już nie, choć to ta sama półka cenowa.

Deroga Gayu, wszak borejczy potomkowie mają wszystko stare i używane. Nawet kawalerki 😉

(tak, tam dalej padają słowa Gaby, że “pieniędzy starczy tylko na bardzo, bardzo używaną kawalerkę…)

I chce nam autorka wmówić, że ta stara lodówka wytrzymała transport przez wertepy??? Ha, ha, ha. Nope.

 

[Ida częstuje Norę ciastkami upieczonymi przez jej już-niedługo-synową, Dorotę]

Zjadłam już dwa, i to bez cienia obawy, bo spalam tu kolosalne mnóstwo kalorii. Ale trzy to by już chyba było za wiele!

Ach, czym byłby tekst osadzony w polskiej kulturze współczesnej, gdyby pozbawić go Kultu Diety i Nierealnej Sylwetki! Pewnie, niech te nastolatki i osoby dorosłe a nostalgiczne zastanowią się solennie nad każdym spożytym słodyczem, wieloryby jedne.

Lecz niech zarazem nastolatki i osoby dorosłe płci niewieściej nie zapominają o swych polskich powinnościach! Gdyż albowiem, jak się zaraz dowiemy, polska żona musi produkować ciasta, bo tak.

 

Dorota piecze pilnie co drugi dzień, obawiam się, że Józinek zacznie tyć zaraz po ślubie i zgrabny junak, którego tak zdrowo żywiłam i tak starannie hodowałam, zamieni się w jednego z tych zapyziałych mężusiów o zatartych rysach twarzy i oczkach jak dwie porzeczki. Plus oponka.

Ida, masz problem.

Jej otoczenie ma większy. Z nią.

No właśnie! Czegoś tu nie rozumiem.

Pamiętacie reakcje Idy na “frytkożerną” McDusię? Te złośliwości i przytyki? (Zresztą to samo teraz prezentuje wobec Nory). Tymczasem Dorota gotuje tłusto i ciężko (będziemy mieć później opis typowego śniadanka i obiadu u Rumianków), piecze ciasta, zawierające w dużych ilościach masło i cukier, podejrzenie, że utuczy Józka po ślubie, jest całkiem na miejscu. Ida powinna jej nienawidzić! Jednak nie, od chwili, kiedy ją poznała (we “Wnuczce do orzechów”), jest niezmiennie zachwycona Dorotą i przekonana, że będzie ona najwspanialszą żoną i synową.

Być może sekret tkwi w tym, że Dorota, mimo swych upodobań kulinarnych, cały czas jest szczupła i wiotka, a Ida… Idzie nie chodzi o żadne zdrowe żywienie, po prostu jest fatfobką.

 

[Ida]

Roboty tu jest dla całej brygady fachowców, a muszę robić wszystko sama.

Jakbym słyszała typową Matkę Polkę, pławiącą się w blasku własnej martyrologii.

 

Mojemu Markowi jak zwykle nie udało się wyrwać z kliniki. Niewdzięczna ludzkość uparcie zapada na zdrowiu jak zwykle wtedy, gdy pan ordynator ma jechać na zasłużony urlop…

Marek jest neuro-kimśtam (w jednych książkach występuje jako neurolog, w innych jako neurochirurg), więc wizyty i zabiegi u niego raczej są planowane i to z dużym wyprzedzeniem, jak sądzę.

 

(…)

[Tu mamy szybki rzut oka na losy rodziny w przerwie pomiędzy końcówką poprzedniego tomu (lato 2013), a początkiem tego. Dowiadujemy się o ekspresowych planach ślubnych Józka, które obwieścił zaledwie przed wakacjami, podczas gdy ślub ma się odbyć tuż po nich – i nie, to wcale nie to, o czym myślicie!; o ciąży Agnieszki oraz o jakichś życiowych problemach Róży – Gaba, która poleciała do niej z krótką wizytą, została na całe lato i się nie odzywa. Tymczasem Laura-Tygrysek “wypełnia rozliczne zobowiązania zawodowe” jako śpiewaczka – sopran koloraturowy; wiele więcej się o niej nie dowiemy. Tu wspomnę, że zaletą tej książki jest fakt, że nie wspomina się w niej o Januszu Pyziaku oraz o związanym z nim Wiecznym a Nieustającym, acz Dzielnie Znoszonym Cierpieniu Gabrieli.]

Rodzicom Nory Laura podrzuca swe kilkuletnie dziecię, u rodziców Nory z jakiegoś powodu mieszka Łusia, a potem autorka pisze, że Ignaś z ciężarną małżonką też są u rodziców Nory, bo chcieli spędzić wakacje W SPOKOJNYM MIEJSCU.

 

Oto bowiem tego lata starsza siostra Nory, Ania, całkowicie beztroska flirciarka, nieoczekiwanie dostała się (wraz z kuzynką Łusią, którą naśladowała wiernie od urodzenia) na studia (japonistyka na UAM). Po Łucji Pałys spodziewali się tego absolutnie wszyscy, po Ani Górskiej – nikt zgoła.

I tak oto niechcący napisało się pani MM, że Ania musi być Zdolna, Bardzo Zdolna – tak oto, z marszu, nieoczekiwanie, dostać się na studia i to na raczej oblegany kierunek na prestiżowym uniwersytecie! Tylko dlatego, że naśladowała kuzynkę!

Ale dlaczego Łusia, która od zawsze miała hopla na punkcie języka polskiego i zamęczała wszystkich swoim gramatycznym upierdlistwem, nie poszła na polonistykę – jak każdy by się spodziewał – ale na japonistykę? Cierpliwości, ta zagadka rozwiąże się pod koniec powieści!

 

Tak więc to nie Łusię, lecz właśnie Anię oblała złota poświata zasłużonej chwały, co niestety miało przykre skutki – dla kogo? Dla Nory. Na nią bowiem, oczywiście w ramach pokuty, spadła większość domowych zajęć, które dla intelektualnej triumfatorki były obecnie zbyt uciążliwe.

Widzę tę Anię, jak przechadza się po domu z nosem zadartym do góry. “Co?! Ja zdałam na STUDIA, chyba nie będziecie teraz ode mnie wymagać MYCIA GARÓW?!”

(…)

 

[Ida:]

Jesteś pełna takich gwałtownych, burzliwych wręcz uczuć.

Jak zupełnie nikt dotąd w całej Jeżycjadzie, a już na pewno nie Iduś… oh, wait.

Jestem ekstrawertyczką – oznajmiła bojowym tonem Nora, która niedawno przeczytała artykuł psychologiczny w czasopiśmie dla kobiet.

O, już nie tylko postać literacka upupia Norę, narrator również.

 

Jak połowa ludzkości – uprzytomniła jej ciotka. – Nie przejmuj się tym za bardzo, moje biedne dziecko.

Nie jestem już dzieckiem!

Tak, zauważyłam. Nie ukryjesz tego, robiąc z pleców pałąk. Zwłaszcza w samej bieliźnie.

Hu-hu! – zawrzasnęła wesoło ciotunia i chlasnęła farbą, aż po ścianie bryzgi poszły.

JEZUSMARIA, to jest tak okropne na tylu poziomach

 

Ciociu, a czy ja mam o parę kilo za dużo? – zapytała wbrew swej woli biedna ekstrawertyczka, w zasadzie, niestety, pewna odpowiedzi. (Doktor Ida Pałys miała wieloletnią już obsesję na temat beztłuszczowej figury i takiegoż odżywiania).

Doktor Ida Pałys powinna przeczytać cokolwiek (niechby nawet artykuł w prasie kobiecej) o witaminach A, D, E i K, jak również o kwasach Omega-3 i innych pożytkach z tłuszczu.

 

Tak! – padł oczywiście bezlitosny wyrok. – Jak każdy zresztą.

KAŻDY. Czyżby ideałem Idy była wychudzona anorektyczka? W sumie – już od czasów McDusi Ida robi wszystko, żeby wpędzić całe swe otoczenie w zaburzenia odżywiania…

 

Mimo że się spodziewała takiej riposty, Nora nie umiała ukryć przykrości, co widząc, dobra ciocia pospieszyła ze słowami pociechy:

Wciąż jeszcze jednak nie jest najgorzej – rzekła łaskawie. – Tylko uważaj, co jesz, odstaw definitywnie cukier, tę białą truciznę, i trzymaj się prosto, dziewczyno, bo trwale zdeformujesz sobie kręgosłup, w dodatku na własne życzenie. [a związek trzymania się prosto i zdeformowanego kręgosłupa z kilkoma nadmiarowymi kilogramami jest taki, że…?] Szczęśliwe mrówki! – one nie mają takich problemów. Nie, nie, nie, ja bynajmniej nie stawiam ci mrówek za przykład, ich w ogóle nie da się postawić. Są przysłowiowo ruchliwe, a przy tym nie mają kręgosłupa. Ja tylko mówię, że mrówka nigdy w życiu nie zrobi dzikiej awantury w auli szkolnej i nie spowoduje spięcia w aparaturze nagłaśniającej.

Nie żeby to miało cokolwiek wspólnego z tematem rozmowy, ale każda okazja dobra, żeby wbić szpilę siostrzenicy.

 

Nora, która już zaczynała się załamywać, ożywiła się teraz, by prychnąć ze zniecierpliwieniem, bo tego tematu to już naprawdę miała dość.

Nie prychaj, nigdy nie prychaj, zachowuj się zawsze jak dama – instruowała ją zdyszanym głosem ciotka Ida, nie przerywając swej entuzjastycznej pracy.

Ida. Ida radząca nastolatce żeby zachowywać się jak dama. Wow.

 

Co najwyżej zaklnij w jakiś naprawdę wyszukany sposób, najlepiej w języku obcym. Ja klnę wręcz w języku martwym.

A ja nie klnę. Jak już bardzo muszę, to mówię: „psiakrostka”, jak taki jeden staruszek z parafii.

Jak staruszek?!… Z parafii?!… O, słodkie niebiosa, źle z tobą.

Zgadzam się. Kto jeszcze używa słowa „parafia” w znaczeniu „najbliższa okolica”?

 

Ale w odróżnieniu od niego – po cichu.

To nie może pomóc w rozładowaniu agresji! – mówiąc te słowa, Ida wręczyła siostrzenicy płaski pędzel, po czym dodała od niechcenia: – Masz, to dopiero dobrze ci zrobi, pomaluj tam przy podłodze, pomóż ukochanej ciotce, którą bolą plecy, bo się w twoim wieku garbiła.

Śmiem przypuszczać, że plecy ją bolą nie dlatego, że się za młodu garbiła, ale dlatego, że uwielbia pracować ciężko, a głupio.

 

A biust urósł jej i tak.

A co do tego ma garbienie się lub nie???

Po słodkiej Iduni spodziewałabym się raczej uwagi, że biust to sam… – no, kto zgadnie, co takiego?

 

Maluj, i niech to będzie część twej pokuty.

Nora ujęła pędzel w dwa palce, spojrzała na niego z niechęcią, a następnie odłożyła go między mrówki.

Pokutuję już trzeci miesiąc – zauważyła gorzko. Ciotka Ida z zapałem pokrywała ścianę turkusową emulsją, podczas gdy wałek mlaskał ohydnie.

Bo to była bardzo kosztowna aparatura – sapnęła, docierając do narożnika. – Biedny Florian musiał za wszystko zapłacić. Nie wiem, który jeszcze ojciec rozwiązałby sprawę tak wspaniałomyślnie – od ręki, a przecież bez rękoczynów.

Ja myślę, że w XXI wieku to znalazłoby się co najmniej paru takich ojców.

Łaski nie robił, za szkody wyrządzone przez małoletniego odpowiadają rodzice lub prawni opiekunowie.

 

No i wyjaśniła się sprawa “pokuty”, do której aluzje pojawiały się w tekście od początku. Nie wiem, nie znam się, jednak zrzucenie na Norę wszelkich prac domowych wydaje mi się jakieś mało wychowawcze – a przede wszystkim, mające mało związku z przewiną. Może gdyby musiała to jakoś odpracować społecznie, robiąc coś dla szkoły, albo gdyby Florian potrącał jej z kieszonkowego, miałoby to większy sens w tej sytuacji.

Miałoby, ale to nie jest rodzina, w którym się dzieci wychowuje w jakikolwiek sensowny sposób.

No właśnie, widzę tu takie dość niepokojące podejście do obowiązków domowych. Po pierwsze jest to coś, co się robi za karę, po drugie – zwalnia z nich “triumf intelektualny”. Prosta droga do wyhodowania przekonania, że prace domowe i w ogóle praca fizyczna to coś gorszego, godnego lekceważenia.

 

Wspaniałomyślnie?! On się zemścił, on mi nie pozwolił jechać na festiwal szekspirowski!

Uch, żeby choć na Openera…

 

A dokąd?

Co za różnica? Chodzi o to, że Ania z Łusią sobie pojechały!

Aha. No i słusznie ci nie pozwolił. Złapaliby cię tam zaraz koło głośnika, z wyrwanym kablem w dłoni. Hańba dla rodziny, koszty, Szekspir się w grobie przewraca non stop et cetera. A właściwie dlaczego ty tak lubisz psuć nagłośnienie?

Nora jest chyba masochistką, skoro z własnej woli chce spędzić dwa tygodnie z osobą tak jadowitą.

To jest chyba dobre miejsce, żeby wyjaśnić, co tu jest nie tak. Otóż o Musierowicz pisano już wielokrotnie, że działa jak kamera: pokazuje to, co widzi, ale robi to bezrefleksyjnie. Gdyby na przykład zaznaczyła, że Nora lubiła złośliwostki ciotki, lub przeciwnie – gdyby opisała, jaką przykrość sprawiały Norze te docinki – wszystko byłoby w porządku. Tymczasem widzimy rodzinę, której członkowie co i rusz wygłaszają rzeczy potencjalnie raniące, podłe i wredne, a wszystko to utaplane jest w słodkopierdzącym sosiku, kojarzacym się z Dolores Umbridge – ale narrator nijak tego nie komentuje, jakby w ogóle go nie interesowało, co CZUJĄ bohaterowie.

I to cholernie zgrzyta.

 

Lubię?!… Proszę, zrobili ze mnie maniaczkę! A ile razy już wyjaśniałam!

Mnie – ani razu. Spróbuj! – rzekła ciotka pogodnie.

Nie chciałam ZEPSUĆ, tylko wyłączyć, a wszystko to wina tej Zumbaby.

A kto to?

Baba od zumby. Nienawiść w oczach. Dwa metry ścięgien. Na szyi tatuaż w kształcie pająka. Pajęczyna poniżej.

Och, jaki udany portret słowny. A zumba to jest co? – chciała wiedzieć ciotka, ale przypomniała sobie, że przecież wie. – Ach, prawda. Nowa zbiorowa iluzja.

Aaaaaaaa. Dlaczego sport nie może być po prostu sportem? Co jest złego w tym, że ludzie szukają sobie aktywności, które sprawiają im przyjemność?

 

A zawsze mówię, uważajcie, co jecie! To nie, nikt mnie nie słucha. Kobiety najpierw opychają się chałwą, zagryzają tłustą kiełbasą, zapijają likierem, a dopiero potem puszczają pawia myślą.

Ida, w jakim towarzystwie ty się obracasz, gdzie są te tabuny kobiet o tak egzotycznej diecie?! Ale spoko, już rozumiem, cierpisz na zaostrzenie tego syndromu: gwałtownej potrzeby poczucia się lepszym od innych. Choćby i na tle niepicia likieru. Czy naprawdę masz tak tragicznie niską samoocenę?

 

W efekcie muszą sporo zapłacić, żeby wolno im było się publicznie rozebrać, wymachiwać rękami i trząść tym wszystkim [jakim wszystkim? Muszem to wiedzieć!] na komendę, skacząc w takt ogłuszającej…

Kobiety muszą płacić, żeby wolno im się było publicznie rozebrać? Co?

Przy tym płaceniu, żeby się można było PUBLICZNIE rozebrać to mię tak, wyznam, wrodzona wymowność ciut odbiegła…

Dieta to dobro, sport to zło. Ida, dzwonił twój kręgosłup. Powiedział, że cię nienawidzi.

 

Otóż to!

Aaa! Aaa! Ahaaa! Teraz rozumiem.

Ogłuszająca. Na maksa! Plus wzmacniacze. Głośniej już nie było można. A ja mam wybitną wrażliwość muzyczną.

Skąd wiesz, że wybitną?

Babcia to odkryła.

I co?

I teraz sobie razem słuchamy muzyki. Najbardziej lubię koncerty obojowe Albinoniego.

Ach. Albinoni. No to faktycznie. Różnica musiała być znacząca.

Nie umiem wybrać, czy ten snobizm bardziej mnie śmieszy czy smuci.

Mnie zniesmacza, zwłaszcza że jest napisany w sposób wymuszony i sztuczny.

Dziewczęta z rodu Borejków nie będą przecież słuchać muzyki popularnej, jak jakiś plebs! Jeśli nie Albinoni, to przynajmniej jazz nowoorleański!

 

A jak. A zresztą w sali obok mieliśmy kółko matematyczne. Nauczycielka mnie posłała do auli, żeby Zumbaba ściszyła muzykę, bo nie możemy myśleć. A ona wrzasnęła, że mam się odczepić, bo zumba musi być maksymalnie głośna.

Autorko, bardzo ci współczuję twoich doświadczeń z zumbą, wyczuwam tu jakąś osobistą urazę. Na szczęście nie każde zajęcia tak wyglądają 😀

Dobrze wyczuwasz, ptaszki ćwierkają, że istnieje konflikt na linii pobiedziska zumbaba – pewna pisarka 😉

 

No to trzeba było wrócić do nauczycielki i ją tam posłać.

Ciociu, ja chciałam tak zrobić. Ale zobaczyłam dziecko.

Też podskakiwało?

Właśnie nie. Matka podskakiwała. A biedne dziecko płakało. Siedziało w kąciku i tymi malutkimi rączkami zatykało sobie te malutkie biedne uszka. To był taki straszny ryk, że bębenki pękały. Nie wiem, jak można to wytrzymać, cała szkoła się trzęsła. I cała ulica.

I chodniki, latarnie, domki jednorodzinne, drzewa, krzewy i pobliski supermarket. I ratlerek sąsiadki. I nikt na to cyklicznie się odbywające pandemonium nie reagował, kompletnie nikt.

 

A Zumbaba – wszyscy się jej boją! – kazała mi się wynosić, bo ona tu wynajmuje aulę po godzinach i ma prawo robić, co się jej podoba. Więc ja na to się uniosłam…

Jaką AULĘ, na Bora w pierogach! Czy ałtorka wie, co to jest aula?

 

Zamiast się wynieść, ty się uniosłaś. Dama nigdy się nie unosi. Chyba, że masz moje geny. Ja się unoszę.

…i bez namysłu wyrwałam kabel. I coś huknęło, błysnęło i przestało. Aha, i dym się puścił.

To ona, zamiast wyjąć wtyczkę z gniazdka, wyszarpała kabel z urządzenia?

Nie, no, zakładam, że z gniazdka właśnie

Jeśli ciągnęła za kabel, to faktycznie mogła narobić szkody, np. wyrywając przy okazji gniazdko.

 

Ciotka przerwała malowanie i przyjrzała się siostrzenicy z namysłem.

I to wszystko?

Tak – odparła Nora z prostotą.

No wiesz… – rzekła Ida. – Nie wiedziałam o tym biednym dziecku z zatkanymi uszkami. To zmienia postać rzeczy. Chińska tortura!

Nie. Określenie „chińska tortura” dotyczy czegoś okrutnego i wyrafinowanego. Wystawianie dziecka na hałas to po prostu prymitywna głupota.

 

Matka kryminalistka. I potem się dziwią, że rośnie kolejne pokolenie z uszkodzeniami słuchu i mikrourazami mózgu. Czysta zgroza, całe generacje ludzkości będą przygłuche oraz tępawe, i to w skali globalnej. Może już są.

Ten jeden raz muszę się z nią zgodzić.

 

Prawdę mówiąc, jako odpowiedzialny laryngolog też bym postąpiła tak jak ty.

Odpowiedzialny laryngolog chyba jednak nie szarpie za kabelki?

 

Nawet gdybym miała za to pokutować przez całe lato. Działałaś bezinteresownie, działałaś pro publico bono.

 

(…)

 

Hm. No nie wiem. Po namyśle przyznaję mu rację – namyśliła się ciotka. – Działanie pro publico bono na koszt ojca jakoś mniej zachwyca. Że też musiałaś tak się unosić w obronie cudzego potomstwa!

Co innego, gdyby własnego. Ale cudze niech zdycha.

 

Jesteś chwilami silnie nadpobudliwa. Wiesz oczywiście, dlaczego.

Dlaczego?

Mózg ci obrzmiewa.

Nic podobnego!

A jednak. Burza hormonów.

Kurde, Ida, weź ty się rozpędź i walnij łbem o ścianę, zanim coś powiesz.

 

Zatrzymanie wody w organizmie. Obrzęk tkanki mózgowej, powodujący apatię, okresowo przeradzającą się w nagłe przypływy humorów, a nawet szaleństwa. Spytaj wujaszka Marka, on tkankę mózgową ma w małym palcu, on ci potwierdzi. Jedyna rada: spokojnie przeczekać. I ograniczyć spożycie soli, moja Norciu. A najlepiej, żeby i masła.

Obsesja. Kobieto, lecz się.

 

Ciotko!!! – eksplodowała Nora na samą wzmiankę o maśle. – Nie mów do mnie „Norciu”!!! Bo ja cię będę nazywać Zgryzotką! Jak wszyscy!

I tym sposobem MM załatwiła kwestię związku tytułu z treścią.

Jak wszyscy. Czy w poprzednich tomach padło choć raz “Zgryzotka” jako ksywka Idy?

 

Wcale nie jak wszyscy! – odparła z satysfakcją doktor Ida Pałys. – Zresztą jaka tam ze mnie Zgryzotka, jestem wszak wcieleniem pogody ducha i niezachwianego optymizmu.

I samozachwytu.

Gdyby MM zatytułowała książkę “Ciotka Wredotka”, to może bardziej by pasowało, bo Ida zgryzot nie ma żadnych, za to obfite pokłady wredoty.

 

Owszem, ktoś tutaj ma ewidentny zgryz i zarazem cechuje się zgryźliwością. Nie ja. Ja po prostu radośnie czekam na emeryturę i delektuję się życiem.

To rzekłszy, odstawiła wałek, zanurzyła pędzel w turkusowych odmętach i wróciła do pełnego delektowania się życiem. Zawsze uwielbiała chlapanie farbą, wszystko jedno po czym – mogli to być nawet mityczni Lisieccy (stanowiący najbardziej soczyste z jej wspomnień o dawno minionej adolescencji).

Ach, więc sprawa Lisieckich przekształciła się we wspomnieniach Idy tylko w radosne chlapanie farbą…?

(a w sumie można tu było zrobić takie ładne nawiązanie, bo przecież Ida także zniszczyła mienie, za które rodzice musieli zapłacić – działając w obronie kogoś słabszego)

Plus „pieniądze, które wyłożymy na pokrycie kosztów twego odruchu, będziesz oczywiście zwracać nam na raty”. To tak a propos metod wychowawczych innych niż „tatuś cię nie sprał, ale musiał zapłacić, ty myjesz gary przez całe wakacje”, moja Ido.

 

Patrycyo, moja piękna i szczodra siostro!

Dziękuję za malinówki – pyszne! Ładnie, że się z siostrzyczką podzieliłaś – Norcia mówi, że mieliście w tym roku nieurodzaj z powodu wiosennych przymrozków. A szkoda. Jabłka mogłyby być podstawą Waszej diety aż do wiosny.

Kiepski pomysł. Mają w cholerę cukrów!

Jakby mi ktoś tak brzęczał ciągle nad uchem i czepiał się mojego wyglądu, wagi i diety, to skończyłoby się awanturą, a przy recydywie: zerwaniem kontaktów.

 

O, gdybyś tylko odstawiła to masło, ileż byś zyskała! (A ileż – straciła!) Ja masła już w ogóle nie używam – i patrz!

Jedzcie masło! Drodzy Czytelnicy, koniecznie jedzcie masło! Bo skończycie jak Ida!

 

Tak tylko sobie piszę pośród ciemnej, ciemnej nocy, bo choć jedną z pierwszych czynności Twojej (na maśle chowanej!) Córki Zgryzotki było utopienie mi komórki, to przecież laptop mój działa w tej głuszy aż furczy.

Ciekawe, czy chcąc go podładować, musi wyłączać lodówkę z jedynego działającego gniazdka…

No raczej. Jedno gniazdko, a do tego jedna lodówka, laptok i dwa telefony.

Jako adwokat diabła, które to stanowisko zawłaszczyłam bez pytania z właściwym sobie wdziękiem, jak również osoba mająca za sobą epizod Mieszkania w Ruince napiszę – nic a nic mnie to nie dziwi. Tak albowiem bywa.

Nie wiem, czy te wstawki dotyczące jedzenia miały być zabawne w zamierzeniu – ale nie są. Są raniące, są smutne, są irytujące.

Są po prostu wredne.

 

Chcę Ci powiedzieć, że bynajmniej nie szturchnęłam dziś Nory pod te pulchne żebra, choć przecież utopiła mi (w kuble! – „Doktor przyszedł, wziął dwa ruble i kazał go moczyć w kuble” – Boy-Żeleński) wszystkie me kontakty zawodowe i towarzyskie, nie wspominając już nawet o prywatnym numerze tej fryzjerki w Kostrzynie (cudem go zdobyłam), do której trzeba się umawiać na długo przed przewidywaną potrzebą.

Nie dramatyzuj, tylko wysusz i przełóż kartę sim.

Skarżypyta bez kopyta, język lata jak łopata.

 

Przemilczałam wspaniałomyślnie ten incydent, Pulpecyo luba (i dlatego piszę o nim już piąty raz) , a nawet udałam, że go lekceważę. Ale strata jest.

Jest coś takiego w stylu pisania Idy, że człowiekowi cisną się na usta słowa może prymitywne, ale jakże treściwe: Nie zesraj się!

 

Wspomnę nawiasem, że fryzjerka owa zna się na swojej robocie i ma talent, i bardzo chcę do tej mistrzyni nożyczek ostatecznie pojechać, bo strasznie jestem rozczochrana. Nieustannie. A tu ślub Józka coraz bliżej, i muszę jakoś wyglądać na zdjęciach, one bowiem zostaną dla potomnych, którzy niewątpliwie natychmiast mnie wyhaczą w swoich – tu chciałam napisać: albumach, ale nie, wszak to już anachronizm! (Sama jesteś anachronizm!)w swoich archiwalnych plikach komputerowych i będą wypytywać żyjących jeszcze starców: kimże była niegdyś ta atrakcyjna, lecz jakże zapuszczona kobieta z mopem na tej pięknej głowie?

Śmiem wątpić w istnienie tego mopa na głowie. Przy diecie beztłuszczowej Ida powinna łysieć na potęgę.

 

Wracając do utopionej komórki: może by Florek przy okazji zajrzał jej w bebechy i wydostał stamtąd listę moich kontaktów? On wszystko potrafi.

To mi się od Was należy.

Matko Borsko, co za babiszon.

 

Z drugiej strony: skoro do wieloletniego męża będę teraz pisywać, a nie dzwonić, to kto wie, czy nie będą to wręcz klasyczne listy miłosne. Jest okazja.

A skoro obecnie nie mamy tutaj aż dwóch telefonów, śmiało oczekuję podwójnego spiętrzenia wydarzeń i maksymalnego przyspieszenia akcji.

A’propos, jak tam z dojazdem pogotowia w te dzikie ostępy? A poczta chociaż dociera, czy trzeba się przedzierać przez bagna, by dotrzeć do skrzynek pod wiejskim sklepem?

Jak kiedyś napiszę tę książkę, co to mi Pan Małżonek każe, wiecie, tę pod tytułem “Dom w Dziczy. Początki” to same zobaczycie, że ludzie żyją całe lata w miejscu, gdzie ani pogotowia, ani poczty, bo nie ma adresu, a ewentualnych gości trzyma się na telefonie i nakierowuje tekstami typu: “I teraz kole buczka i dwóch brzózek, widzisz? Taka ścieżka przedeptana przez las, to ją miń i prosto, ale nie do końca, bo wjedziesz do Wisły, tylko przy złamanej sosence odbij w lewo i już nas prawie widać, tylko na korzenie drzew i wyrwy w drodze uważaj…”, tak, tak…

 

Czemuż piszę: dwóch telefonów? – zapytasz niewinnie, jak to Ty. Już wyjaśniam.

Niniejszym uprzejmie donoszę…

 

Otóż Twoja Norcia (dlaczego ona nosi na tych swoich pięknych zębach aparat korekcyjny w kolorze wampirycznie czerwonym? Kiedy otwiera usta, widz doznaje szoku!) spędzała dziś czas raczej leniwie, w charakterystycznym dla jej wieku niechętnym otępieniu, zajęta głównie swoim smartfonem, ale przecież jednak gdzieś go zdołała zagubić i przez następne godziny zajęta była beznadziejnymi poszukiwaniami wśród wybujałych pokrzyw oraz łopianów.

Ten pogardliwy ton, jakim cioteczka obrabia siostrzenicy dupę, jest po prostu obrzydliwy.

Rany, czy ona pirzgnęła tym smartfonem jak dyskobol?

Ten wątek zaginionego smartfona i nastolatki, która szuka go wyjątkowo niemrawo, jest dla mnie chyba najbardziej niewiarygodnym elementem powieści.

 

Potem zrobiło się ciemno, więc odłożyła poszukiwania do jutra i oznajmiła, że jest skonana.

Nie chciałabym krakać, ale ten bezcenny smartfon, jak się zdaje, Nora utraciła na zawsze.

Zwykła nastolatka w tym momencie nie byłaby w stanie chyba myśleć o niczym innym.

Nie byłaby. Oraz nie byłby. Nie wątp w to [rzekła ze znawstwem Królowa Matka].

 

(…)

Teraz Norcia śpi twardo na swojej równie twardej karimatce, obok Ziutka rozwalonego na starym materacu dwuosobowym, który wspólnymi siłami, z przewagą oczywiście moich, przywlekliśmy ze dworu i ułożyliśmy na specjalnie wymytym (przeze mnie) skrawku klepiska, bo przecież nie podłogi.

Jako człowiek bawiący się czasem w urbex wolę sobie nawet nie wyobrażać, co mogło się na tym klepisku znajdować.

 

Podłogi tu nie ma. (Ale będzie. W przyszłym tygodniu sama położę płytki, pan Chrobot mnie nauczy).

Jeżu, jak ja widzę tę podłogę układaną przez ledwie przyuczoną amatorkę bezpośrednio na starym, prawdopodobnie nierównym klepisku. Bez wylewki, izolacji, tych wszystkich prozaicznych budowlanych szczegółów. Jak ja to widzę, to Wy nawet nie. Ranyboskie.

Plus pan Chrobot, ciut podpity, ciut zaniedbany (chyba że od zeszłych części przeszedł Przemianę, a wręcz Przełom Wewnętrzny), ciut „światłowód pociągnąć? To dla mnie mnie małe piwko, pani kierowniczko kochanieńka!”, nasz znawca od wszystkiego, oczy mej duszy łzawią…

 

Pomalowałam już całą kuchnię, kolor wyszedł mocny, ale jak wyschnie, to zelżeje, wiem z doświadczenia.

Albo i nie wyschnie, tylko zapleśnieje radośnie, bo nikt nie pomyślał o skuciu starego tynku z zawilgoconych ścian stuletniej, rozsypującej się ruiny z cieknącym dachem.

 

Dopilnowałam w sklepie, żeby mi umieszali specjalny odcień zielono-niebieski, taki, który by współgrał z widokiem (wielkie niebo i tafla wody!), wtedy kuchnia wyda się obszerniejsza.

Powodzenia, ciemne kolory optycznie pomniejszają pomieszczenia.

Jezu! Ta logorea jest wprost nieznośna. Jeszcze napisz, że sprzedawca był łysy, tylko nie ten, a ten drugi.

 

Zasłonki będą śnieżnobiałe z koroneczką, plus pąsowe kokardki. Meble kuchenne – ciemny granat (ujednolicę kolorystycznie wszystkie stare szafki).

Ciemno wszędzie… A przecież “Ida miała obsesję na punkcie jasności, jak też wietrzenia, mycia, sprzątania i zdrowego żywienia” (McDusia), a jej kuchnia w mieszkaniu na Roosevelta “jarzyła się bielą” (Język Trolli). Może jej się znudziło…

O! Właśnie sobie coś uświadomiłam. Ida już przywiozła do Ruinki meble…? (“Przywiózł on za nią z Poznania starą lodówkę, stare meble, stary materac, a także sporo całkiem nowych puszek i worków gipsu oraz worek kleju do glazury.”) I co, będzie je trzymała na dworze, póki nie pomaluje i nie położy podłóg, czy wnosiła i wynosiła dwa razy?

 

W ogóle – mimo upływu lat, ja niezmiennie uwielbiam wszelkie remonty, a nawet zwykłe przemeblowania. Są takie optymistyczne i krzepiące.

Jeżeli przez „remont” rozumiemy przemalowanie ścian, to może.

 

Ta Ruinka to będzie niebawem istne cudo.

Oczyma wyobraźni już widzę gigantyczny, wielobarwny, zaiste cudowny… grzyb na ścianach.

 

Śmiejecie się ze mnie zbiorowo, szczególnie Florek, wiem, nigdy nie wierzyliście, że zrobię z niej swój Wymarzony Dom, ale ja Wam jeszcze pokażę! Zresztą póki przymierzaliśmy się do kupna tej nieruchomości, zastrzeżenia Wasze miały jeszcze jakiś sens. Ale skoro ją dostałam od naszej Dorotki w prezencie przedślubnym (nikt i nigdy jeszcze mnie tak bardzo nie uszczęśliwił prezentem!), uznałam, że śmiało mogę te poważne doprawdy sumy, które w ten sposób zaoszczędziliśmy, przeznaczyć w całości na remont. I przeznaczam.

Bardzo, bardzo mnie ciekawi, jakie pojęcie ma autorka odnośnie cen nieruchomości w okolicach Poznania. A także odnośnie cen materiałów budowlanych i realnych kosztów remontu stuletniej chałupy.

Fun fact: często taniej jest zburzyć ruinkę i zbudować nowy dom od zera, niż remontować coś, co stało długotrwale nieużywane.

Mnie ciekawi, jak to zostało załatwione pod względem formalnym, bo nie ma na ten temat ani pół słowa. I coś tak podejrzewam, że jednak na gębę, a w papierach chałupa i przylegający do niej teren nadal są własnością Doroty.

 

A on się, owszem, posuwa. Najkosztowniejszy etap mamy już chyba za sobą. Ach, nie, co ja mówię, przecież jeszcze dach. W każdym razie – nowe drzwi i okna wstawione. Kolega pana Chrobota (ten, który ma warsztat samochodowy; oni tu są uniwersalni) pod moją nieobecność doprowadził elektryczność, wykopał kanalizację oraz szambo i zręcznie połączył to wszystko ze sobą,

Ekskjuze mła, ale elektryczność, kanalizacja i szambo to nie jest “wzięlim łopatę ze śwagrem i wykopalim”, tylko rzeczy, które wymagają sprzętu i uprawnień; ciekawe, czy pan Kolega Chrobota takowe ma.

Mnie zastanawia lokalizacja – niby pośrodku niczego, a media dociągnięte raz-dwa?

No i dach – w jakim stanie jest dach (i to nie tylko pokrycie, ale przede wszystkim więźba!) tej stuletniej ruiny i dlaczego nie został zrobiony w pierwszej kolejności?

Już nawet nie pytam o stronę formalną, bo i bez pytania widzę, że tu się odwala niezła samowola budowlana.

W sumie – może tak, a może nie; Ida zainteresowała się Ruinką i chciała ją kupić już w “Febliku”, którego akcja toczy się w roku 2013. Z maili co prawda można odnieść wrażenie, jakby cały remont odbył się błyskawicznie w ciągu kilku miesięcy poprzedzających akcję “Ciotki Zgryzotki”, ale być może zajmowali się tym stopniowo (również formalnościami) przez całe poprzednie cztery lata. Niemniej, dlaczego nie ruszyli dachu, pozostaje wielką zagadką. Może podobała im się ta brzózka-samosiejka.

 

a ponieważ mój Marek zakwestionował wysokość jego honorarium (a nawet zuchwale chciał je obcinać), nasz złota rączka zaproponował pojednawczo, że wobec tego dodatkowo („w bunusie”, jak się wyraził) przetka komin. I przetkał, bestyjka. Nie masz pojęcia, co tam narosło przez lata. Wydobyto nawet łasicę (nieżywą). Zresztą komin był już tak spróchniały, że się złotemu rączce od przetykania rozsypał, ale wierny pan Chrobot natychmiast przybył na ratunek i wymurował nam komin całkiem nowy, bardzo funkcjonalny, płynnie przechodzący w piękny kominek z rozprowadzeniem ciepła, i tylko Mareczek, nasz ulubiony ordynator, znów narzekał, że za drogo. Za drogo?!!! Niechby sam wymurował, to nie. Nie umie.

Wow. Wow. Jestem naprawdę pod wrażeniem talentów pana Chrobota (i jego kolegi). Oraz jestem granitowo pewna, że biorą o wiele mniej, niż wzięłaby jakakolwiek fachowa ekipa budowlańców.

Cud, że od tego dziarskiego przetykania cała chałupa się nie zawaliła.

Btw, komin w ogóle, a co dopiero kominek z rozprowadzeniem ciepła to jest robota dla fachowego zduna, a nie dla lokalnej złotej rączki; obawiam się, że gdy lato minie, a Idusia zechce wypróbować ogrzewanie w swoim wymarzonym domku, to odkryje, że ma w nim bardzo efektywną wędzarnię.

Idusia sprawia wrażenie osoby nie do końca ogarniającej, jak skomplikowaną konstrukcją jest komin.

No jak to, to nie jest po prostu rura pusta w środku?

Link dla zainteresowanych:

https://budujemydom.pl/instalacje/kominki-i-kominy/a/630-rodzaje-kominow-charakterystyka-i-schematy

Tak patrzę na niechęć Mareczka do pana Chrobota, i tak się bez związku zastanawiam, czy Mareczek zna imiona pielęgniarek z którymi pracuje i czy mówi im „dzień dobry”.

A ja się zastanawiam, czy – gdyby Marek nie zakwestionował honorarium Chrobota – Ida zostałaby w swojej świeżo odremontowanej Ruince z rozsypującym się kominem, zatkanym różnym paskudztwem, w tym martwą łasicą?

Ni mom pojęcia, ale zauważ, że nie ma ani kawałeczka tekstu wskazującego na to, że Chrobot coś spieprzył, coś źle położył, coś mu się zawaliło. Wręcz przeciwnie, kolejne osoby wyrażają zachwyt efektami, po czym gładko wracają do brzydzenia się samą personą Chrobota.

 

Pan Chrobot uczciwie uprzedza, że przed zimą trzeba będzie jeszcze wysupłać sporo grosza nie tylko na remont dachu, ale i na obłożenie wszystkiego wełną mineralną oraz styropianem.

Ale że jednym i drugim?

No wiesz, pan Chrobot powie: – Pani kierowniczko, tu tysiączek na styropian i drugi na wełnę poproszę!

Na remont wiejskiej ruinki można wywalić całkiem sporo tysiączków, ale autorce się wydaje, że szybkie malowanko wystarczy. O, słodka naiwności!

 

Kto wie, powiada, może państwo doktorostwo tu w końcu zamieszka na stałe, a potem dzieciom Doroty w spadku zostawi dom i ziemię, co się im po sprawiedliwości słusznie należy. To niech już chałupa będzie porządnie ocieplona, raz na zawsze.

Pani kierowniczko, mnie pani nie wierzy? No jak to, gdzie jest ta wełna, że jej nie widać – POD SPODEM!

Autorka starannie omija takie szczegóły jak lokalizacja, faktyczny wiek chałupy, jej konstrukcja i stan techniczny. Dostajemy jakąś baśniową chatkę stojącą nigdziebądź, gdzie nie dociera ani inspekcja budowlana, ani konserwator zabytków.

Czy ta rudera ma w ogóle swój adres? Czy plan zagospodarowania przestrzeni pozwala na budynki mieszkalne?

Czy autorka zdaje sobie sprawę z tego, że te malownicze lasy i jeziora pomiędzy Pobiedziskiem a Kostrzynem to Park Krajobrazowy Promno?

 

W panu Chrobocie szczerze podziwiam dalekosiężność jego planów oraz wizji. Jeszcze nie było ślubu, a on już dba o przyszły stan majątkowy potomstwa swej ulubionej sąsiadki! (Zna ją, jak sam twierdzi, „od pieluchy”).

Kto wie, zaiste, czy się tu w końcu nie przeniesiemy. Dojazd do Poznania, gdy samochód się wreszcie wytoczy z tych lasów, mokradeł, krzaków, kolein pełnych wody i tłustych (niestety!) ropuch (borze, Ida, nawet ropuchom nie darujesz?), z tych wykrotów, kretowisk oraz lisich jam, jest wręcz doskonały: jeśli po drodze auto się nie rozpadnie, wynurzasz się z puszczy na szosę, a z niej wypadasz na dwupasmówkę. A stamtąd dwadzieścia minut i jesteś koło katedry.

Nie wytrzymam, zamorduję MM za to bezustanne “dwadzieścia minut do katedry”. Powtarza to jak katarynka od McDusi. A przy katedrze to co, helikopter czeka?

 

Wystarczyłoby wstawać o godzinę wcześniej niż zwykle – a jak cudnie by się tu mieszkało!

Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano, za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony, bo golę się wieczorem, śniadanie jadam na kolację, więc tylko wstaję i wychodzę.

No, ubierasz się pan.

W płaszcz jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?

Aaaa… fakt.

Do PKS mam pięć kilometry. O czwartej za piętnaście jest PKS.

I zdanżasz Pan?

Nie, ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje się. Przystanek idę do mleczarni, to jest godzinka. Potem szybko wiozą mnie do Szymanowa. Mleko, wiesz pan, ma najszybszy transport, inaczej się zsiada. W Szymanowie zsiadam, znoszę bańki i łapię EKD. Na Ochocie w elektryczny, do Stadionu. A potem to mam już z górki, bo tak: 119, przesiadka w trzynastkę, przesiadka w 345 i jestem w domu. To znaczy w robocie. I jest za piętnaście siódma. To jeszcze mam kwadrans.To jeszcze sobie obiad jem w bufecie. To po fajrancie już nie muszę zostawać, żeby jeść, tylko prosto do domu i góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się, jem śniadanie i idę spać.

(“Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”)

 

(…)

A więc Twoja Ania może się do nas wprowadzać zaraz po Józkowym weselu. Tak będzie najlepiej, urządzi się dziewczynę należycie przed początkiem roku akademickiego. Dobrze jej u nas będzie, nie martw się. Nawet Ci ją trochę odchudzę.

Tak jest w oryginalne, czy to Wasz złośliwy dopisek???

Niestety, tak jest.

Zabierałabym dziecko z krzykiem po takiej deklaracji. Idę powinno się izolować od nastolatków. Zaburzenia odżywiania i obsesja na punkcie wagi (niemająca często nic wspólnego ze zdrowym trybem życia) dotyka coraz młodsze dzieci płci obojga. A wychodzi się z tego bagna bardzo, bardzo długo. Jeśli ma się szczęście.

 

Jak tam moja Łusia? Nie macie z nią kłopotu? Dlaczego ona nie chce tu do mnie przyjechać? Co ja zawiniłam?

No nie wiem, może jesteś złośliwą, toksyczną chamką?

 

Przecież to na Józka się obraziła, bo zawsze chciała być świadkiem na jego ślubie, ale on już zdążył o to poprosić Ignasia, co nie jest wcale dziwne, skoro rok temu Ignaś poprosił o to samo Józka. (Masochizm w tej rodzinie jest silny.) To właśnie powiedziałam i nic więcej, ale ona nawet na mnie nie spojrzała, rzuciła bratu w twarz: „To wolisz miągwę niż mnie?!”, trzasnęła drzwiami i wylądowała u Was.

Urocza osóbka. Niedaleko pada jabłko od jabłoni.

 

Dobrze, że Dorotka natychmiast stanęła na wysokości zadania (jak zwykle!) i poprosiła uroczyście Łusię na swojego świadka.

Na całe szczęście Dorotka nie miała żadnych własnych kuzynek lub przyjaciółek, którym sprawiłaby przykrość nagłą zmianą planów.

 

Prośba została mile przyjęta, sytuacja nieco się załagodziła, ale jednak nie do końca, bo Łusia nie powróciła, tylko demonstracyjnie u Was siedzi.

I nic dziwnego – wreszcie dostaje coś znośnego do jedzenia i nie musi wysłuchiwać „dowcipnych” uwag na każdy temat.

 

Zakochany po uszy Józinek ma to wszystko w nosie (co dzień zrywa się o piątej rano i na czczo mknie na rowerze 25 km, by zdążyć na śniadanie do Dorotki), bo przecież nie zanocuje, bo CO LUDZIE POMYŚLĄ, ale ja cierpię i tęsknię.

Nie do pomyślenia, dzieci ośmielają się żyć własnym życiem, zamiast bezustannie krążyć wokół mamusi!

To codzienne kursowanie Józka rowerem do Dorotki i z powrotem to jakieś kuriozum jest. Babcie się nie zgadzają nawet, żeby narzeczeni nocowali pod jednym dachem, ale w różnych pokojach?

 

Mogłaby mi też Łusia pomóc w remoncie, ale w to nawet nie śmiem wierzyć. Niemal całą swą wybitną inteligencję córka moja zużywa na unikanie zajęć domowych. Już miałam się załamywać, gdy wtem dostrzegam podobną tendencję u Norci. To jednak pocieszające.

Tak, to pocieszające, że ktoś tam unika bezsensownego zapieprzu.

 

Ziutek też nygus, choć tak młody. Cały dzień dłubał patykiem w jeziorze lub na odmianę puszczał sobie łódeczki z kory sosnowej.

No nie wiem, a co innego miał robić dziewięciolatek? Tynkować?

 

Tak utrudzony, zjadł wielką kolację i zapadł w nagły letarg. Po kim on ma te letargi, hm? Przecież nie po mnie!!!

Jestem jak ta mrówka, która trudzi się ofiarnie dla swego niewdzięcznego potomstwa. Różni mnie od niej tylko posiadanie kręgosłupa.

Który cię boli, bo taki jest skutek kultu Świętego Zapierdolu oraz wstrętu do sportu.

 

O, sowa pohukuje. Chyba się mości na dachu, bo słyszę, jak osuwają się po nim jakieś kamyczki. Ciekawe, czy coś tam jeszcze siedzi. Albo ktoś? (Z siekierą?)

Całe stadko analizatorów 🙂

 

Dobrze, że Norcia jest tu ze mną, muszę przyznać. W tej chwili trochę miałabym pietra, sama jedna na odludziu, z pacholęciem. A z nią się nie boję: kawał kobity z niej (ona jest już wyższa ode mnie!), a jak groźnie spogląda! Zresztą gdyby napadł nas jakiś zbój, kazałabym jej tylko się rozdziawić i z nagła ukazać krwawy zgryz, a ten facet już uciekłby z krzykiem. Gubiąc siekierę.

Nie wiem, czy w liście do siostry pisałabym sobie beztrosko i bez filtra o tym, jak brzydkie moim zdaniem ma dziecko. Bo nawet jeśli kolor aparatu nie trafia w moją estetykę – to co z tego? Co komu da ta informacja, jaką korzyść przyniesie? To jest po prostu bycie bezinteresownym wrzodem na dupie.

 

Strasznie ciemno jest na zewnątrz, a zanim pan Chrobot założy mi pod sufitami tak zwane (makabrycznie) kostki (Czemu makabrycznie? To są z grubsza sześciany lub prostopadłościany, powinny się raczej kojarzyć z kostkami do gry.), w domu działać może tylko jedna żarówka, podłączona wraz z laptopem i lodówką do jedynego czynnego gniazdka, tego w kuchni,

ZARAZ. To Ida bierze się za malowanie ścian, nie mając jeszcze założonej elektryczności ani zrobionej podłogi? Widocznie lubi robić rzeczy po dwa razy…

Skoro mowa o kostkach pod sufitami, to chyba instalacja już jest, przez kostkę się podłącza lampę… No, chyba że chodzi o kostki w puszkach? Trudno komentować takie nieprecyzyjne opisy.

Z drugiej strony mowa o jedynym czynnym gniazdku… To Chrobot wykonywał te wszystkie wcześniejsze prace budowlane, mając do dyspozycji tylko jedno marne gniazdko??? Niech podłączą do niego coś jeszcze, to się wszystko pięknie sfajczy i będzie spokój.

Da się. Been there, seen that. Oczywiście, o ile ma się rozprowadzoną elektrykę, a w miejscu przyszłych gniazdek założone puszki i inne takie. Kto wie, może Ida ma.

 

ale jej przecież nie zapalamy, gdy zapada zmrok, bo do światła przylatują ćmy i komary. Poprzestajemy więc na świeczce, ukrytej w najciemniejszym kąciku za lodówką.

Hmmm, to niewątpliwie ma jakiś sens, ale nie odważę się go szukać.

 

Muszę tu założyć siatki we wszystkich oknach, tak jak Wy (daj mi adres tej firmy!), ale to pieśń przyszłości.

Firmy? A to pan Chrobot nie założy?

Utkawszy pierwej?

 

(…)

PS Czy Gaba się nie odzywała? Długo coś milczy. Jestem niespokojna.

 

Iduś, a trzymaj ją sobie, trzymaj, pomysł okresowej wymiany córek jest dobry i higieniczny. Tylko niech Nora przypadkiem nie zapomni, że w poniedziałek o 8.45 jest rozpoczęcie roku szkolnego. (Włożyłam jej do plecaka strój galowy plus wytworne obuwie).

Strój galowy po kilku dniach w plecaku będzie zapewne wyglądał jak psu z gardła, a w Ruince nie ma takich luksusów jak żelazko.

Czy oni tam w ogóle mają ciepłą wodę? Łazienkę? Na klepisku??

Nie mają, później jest scena, jak Nora rano idzie wysikać się w krzaki i umyć w jeziorze. Łazienka jest w budowie. No ale szambo już ponoć pan Chrobot wymurował.

Zęby też myją w jeziorze? Mieszkają tam i jest ich jedenastu? Czy ona taka zmierzła i nieświeża będzie jechać na rozpoczęcie roku? Co jedzą, skoro nie ma kuchenki? Na wolnym ogniu, w kominie, latem??! Za oknem 30 stopni a te se palą w piecu? Pewnie jedzą podpłomyki i uzbierane jagódki.

Nic nie jedzą. W jedzeniu jest straszliwy tłuszcz!

Bo wy, dziewczynki, jesteście cywilizowane. A ja mieszkałam w Domu w Dziczy, gdy był on tylko Czterema Ścianami i Dachem w Dziczy, bez kuchni, bez łazienki i z dostępem do wody w ogrodzie, i mnie powyższe w ogóle nie rusza. Powiadam wam z głębin doświadczenia – DA SIĘ!

Ida, Nora i Ziutek też są istotami cywilizowanymi, raczej nienawykłymi do takich ekstremów.

No, wiesz, JA TEŻ BYŁAM. Przeprowadziłam się do Czterech Ścian z Dachem z w pełni wyposażonej w wodę bieżącą, kuchnię z gazem i prądem oraz ogrzewanie Cywilizacji (w piątym miesiącu ciąży będąc, btw), owszem, dlatego, że musiałam, ale jakbym nie musiała, tylko chciała, to bym to wręcz łatwiej zniosła. Zwłaszcza mając w perspektywie zmianę tego stanu rzeczy (mam na myśli – uruchomienie łazienki, szamba, kuchni) – a Ida ma.

 

Będzie potrzebowała pół godziny więcej na dojazd od Ciebie. Czyli musi wstać o siódmej, czy jej się to podoba, czy nie.

Tak tylko przypomnę opis przybycia Nory do Ruinki: “I oto dziś, przejechawszy na rowerze ponad dziesięć kilometrów przez upalne pola i lasy, mogła spocona Nora zasiąść – nareszcie bezczynnie! – przed tą stuletnią kupą gruzu.”

Totalnie widzę ją pedałującą przez pola i lasy w (wymiętym) stroju galowym i wytwornym obuwiu!

Nie zapominaj o mokradłach i koleinach pełnych błota i tłustych ropuch!

 

Zgryzotka, a jakże! Pasuje! (Tak samo dobrze, jak do Ciebie, ciekawe). Zrobiła się ponadto strasznie harda, łatwo wybucha albo wpada w przygnębienie, bez wyraźnego powodu. (Ania w jej wieku taka nie była). Dobrze, że nie płacze o byle co (jak swego czasu Ania), zresztą Nora w ogóle nie płacze, nawet jak sobie rozwali kolano albo pokłóci się z Florkiem. Najgorsze, że jest taka szybka, działa zupełnie bez zastanowienia, leci z rozmachem od impulsu do impulsu. Ona twierdzi, że zastanawia się nad wszystkim, i to aż za dużo, ale fakty wskazują na coś innego. W szkole tak się popisała tymi głośnikami, że dostała naganę i obniżono jej ocenę z zachowania.

Szczerze mówiąc nie całkiem rozumiem, dlaczego niby? Nagłośnienie popsuła niechcący, działając na polecenie nauczycielki, która sama powinna się rozprawić z Zumbobestią.

 

Cud, że z taką opinią przyjęli ją do liceum.

Co prawda nie są głupi, Nora uczy się bardzo dobrze, choć raczej niechcący. A nasza szkoła zbiorcza dopiero od niedawna wzbogaciła się o poziom średni i dyrekcja nie może zbytnio wybrzydzać.

Bo uczniów do szkoły publicznej przyjmuje się na podstawie widzimisię, a nie jakichś tam przepisów, nie wiedzieliście?

 

I tak rodzice wolą posyłać dzieci do liceów w Poznaniu. Nora też chciała dojeżdżać do miasta, zrobiła awanturę na ten temat, ale mowy nie ma, nie z jej skłonnością do szaleństw. Boże kochany, niech ona już wreszcie dojrzeje na dobre, bo strach pomyśleć, co jutro wywinie.

Fajnie byłoby dowiedzieć się czegoś więcej o szaleństwach Nory, ale ponieważ w poprzednich książkach była tylko dzieciakiem plączącym się w tle, a w tej autorka jak zwykle ograniczyła czas akcji do kilkunastu dni, musimy uwierzyć Patrycji na słowo.

 

Może pod Twoim okiem weźmie się choć trochę w garść. To jest całkiem możliwe, taki eksport dobrze córkom robi, bo patrz, wciąż narzekasz na Łusię, a u mnie ona jest jak anioł, grzeczna, pomocna. Chętnie sprząta kuchnię i pomaga w gotowaniu.

Mam nadzieję, że moja Ania wykaże się tak samo u Was, w Poznaniu, i nie przyniesie mi wstydu.

Miałaś wspaniały pomysł z tym pokojem po Józinku,, oboje z Florkiem się cieszymy jak dzieci! I bardzo Wam jesteśmy wdzięczni. Po pierwsze, nie trzeba będzie wynajmować pokoju w mieście (powariowali, żądają niebotycznych pieniędzy!),

Zakładam, że Patrycja będzie jednak jakoś rekompensowała koszty utrzymania Ani na stancji u Idy. Chociaż z drugiej strony… od wielu tomów obserwujemy, jak rodzina zwala się do Pulpy przy każdej okazji, nocować i obżerać się za darmo, więc może to właśnie Ida w ten sposób rekompensuje siostrze poniesione wydatki.

 

a myśmy się właśnie w sierpniu wyzbyli wszelkich oszczędności, kupując ziemię od sąsiadki, czyli po prostu, nie śmiej się tylko, ten piaszczysty nieużytek (półtora hektara), który nas oddziela od szosy na Kostrzyn. Pomysł był mój, ale i Florek nie wytrzymał, bo chodziły słuchy, że ma tu powstać stacja benzynowa! Inni znów straszyli, że supermarket! U nas, za płotem! Nigdy, to już wolimy być bez grosza!

Och, Patrycjo, sąsiedzi muszą was kochać. Mieliby pod nosem wygodny, dobrze zaopatrzony sklep albo przynajmniej stację, to w zamian będą mieć kawał szczeropolskiego nieużytku.

Zamiast nasłuchiwania chodzących słuchów radziłabym sprawdzić np. miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego.

Dzień dobry, to znowu ja, adwokat diabła. Przybyłam napomknąć, że ten argument Patrycji kupuję. Jakbym miała mieć za płotem stację benzynową albo supermarket, to bym zwariowała. Rozumiem, że sąsiedzi mogą Baltonów za to nie kochać. Ale niechęć Baltonów do takiego sąsiedztwa też rozumiem.

Niechęć można rozumieć, ale działka inwestycyjna tej wielkości, dogodnie położona przy samej szosie, może kosztować tyle, co kawalerka w Poznaniu.

A, to insza inszość, wszyscy wiemy, jak zdaniem MM wygląda proste a skromne bytowanie i ściśle teoretyczne, borejkowskie ubóstwo…

 

(Zresztą, szczerze mówiąc, my oboje strasznie lubimy mieć ziemię. Wszelką, urodzajną czy nie. Florek mówi, że tę skłonność dziedziczymy po wielkopolskich przodkach z czasów pozytywizmu).

Przodkowie, jeśli byli prawdziwymi Wielkopolanami, dbali o sensowne wykorzystanie posiadanej ziemi, a nie kolekcjonowali nieużytki przez sentyment.

 

Po drugie, dopilnujecie, żeby Ania nie narobiła w mieście żadnych głupstw, a po trzecie – nasze japonistki będą się uczyły razem także w domu, czy może być lepszy układ? (Oboje sądzimy po cichu, że gdyby Łusi nie było w pobliżu, Ania nie uczyłaby się wcale – dzień i noc Bogu dziękujmy, że Twoja córka przestała marzyć o studiach w Oksfordzie, dzięki czemu Ty nie masz nowych wydatków, a ja mam córkę studentkę!)

Studentkę! Hurra! Uniknięto skazy na honorze rodziny! Wiadomix, że liczy się papierek z Wyższej Szkoły Lansu i Baunsu, momentalnie czyni człowieka lepszym od tych wszystkich obrzydliwych hydraulików, ślusarzy czy elektryków. A już nie daj boru fryzjerów czy kosmetyczki.

 

Nie wiem, jak długo Nora u Ciebie wytrzyma. Odgrażała się, że dwa tygodnie co najmniej, bo musi od nas odpocząć, ale nie sądzę. Bez jedzenia ona źle się czuje.

To chyba jak każdy?

 

Czy ja dobrze rozumiem, że dajesz mojemu dziecku suchy chleb? Twoja Łusia ma u mnie masła, ile tylko zapragnie. Może Ci ją trochę utuczę, bo to istna skóra i kości. Biedactwo, ciągle powtarza, że wszystko jej tu nadzwyczajnie smakuje. (Podobno przestałaś też dodawać soli do potraw?!)

Aha, zapomniałabym. Podam Ci trzy powody, dla których kuchnia francuska jest najlepsza na kuli ziemskiej:

Masło.

Masło.

Masło.

To nie ja wymyśliłam, słowo honoru. Przeczytałam w internecie.

Dlaczego, ach, dlaczego Musierowicz od lat upiera się, że “zdrowe żywienie” musi być niesmaczne, a tradycyjne, z mnóstwem tłuszczu i cukru, to samo dobro?

 

Co do tej Twojej komórki: Florek mówi, żebyś ją zaraz rozłożyła i wysuszyła,

Dlaczego teoretycznie inteligentnej i samodzielnej kobiecie trzeba tłumaczyć tak podstawowe rzeczy? (Kawałek dalej okazuje się, że ona nie umie rozłożyć komórki. Okeeej, już nic nie mówię.)

 

a jak to nie pomoże, to Ci kupi nową. Jest słodki, co ja bym bez niego zrobiła.

No nie wiem, chyba byś umarła.

 

Nawet się nie rozgniewał, choć ostatnio biedna Nora ma wybitnie złą passę: czego nie dotknie, z miejsca powoduje awarię, a Florek musi płacić. Zresztą nawet nie tyle o pieniądze mu chodzi, co o jej niedbalstwo i lekceważenie. Florek mówi, że dowodzi ono rozpuszczenia oraz braku poszanowania dla czegokolwiek, czy jakoś tak.

A rzeczony Florek do kogo kieruje pretensje o rozpuszczenie i brak poszanowania? Do krasnoludków?

 

Oczywiście nieprawda! Florek nie może wiedzieć, jak to jest, kiedy dobre i czułe dziecko musi się zamienić w dobrą i czułą kobietę. To jest trudny, bolesny i długotrwały proces, w trakcie którego rodzina niespodziewanie ma do czynienia z naburmuszoną i pyskatą jędzą.

Krótki opis procesu łamania charakteru w tradycyjnej borejczej rodzinie.

 

Pamiętam dobrze ten okres! Mnie też wszystko wtedy leciało z rąk i robiłam głupstwo za głupstwem. Ale nie pyskowałam, o, nie, przypominam sobie, a raczej: nie przypominam sobie. Nie, nie, na pewno nie pyskowałam. Prawda?

Masz rację, Nora jest zdecydowanie podobna do Florka. Tak samo impulsywna, nieostrożna, porywcza, ach, jak to mu wtedy dodawało uroku! Bałam się go jak wilka.

Ale, w odróżnieniu od Nory, Florek miał jednak zawsze trochę zdrowego rozsądku, na pozór tylko był kompletnie narwany. A może to ja go utemperowałam swoim dobroczynnym wpływem i łagodnie sprowadziłam na ziemię?

Wyborna autoironia!

 

Tak czy inaczej, on chyba tego wszystkiego już nie pamięta. No więc nie zdradź mu przypadkiem, że Nora zgubiła swój nowiuteńki smartfon, bo miarka się przebierze.

I nastąpią rękoczyny?

 

Niedawno nieodwracalnie popsuła żelazko. Jeszcze wczoraj zdołała czymś zatkać odkurzacz, chociaż zaledwie dwa dni temu przepaliła czajnik elektryczny.

No, to jest pewna sztuka, przecież czajniki elektryczne same się wyłączają po zagotowaniu wody.

 

Uważaj tam na nią. Trzymaj ją z daleka od elektryczności, od gazu też, i mam nadzieję, że to szambo już jest porządnie zakopane pod ziemią.

Okej, czyli ten wybuch głośników wcześniej to taki element paranormalnego tła, czemu nie, przynajmniej jest to jakkolwiek uzasadnione, nawet jeśli pokracznie.

 

(…)

Dobranoc! – Pulpa

PS Nie, nie odzywała się Gabrysia. Wczoraj znów dzwoniłam, ale ani ona, ani Róża nie odebrały. To jest do nich niepodobne, lecz na razie się nie martwmy.

PS 2 Nie mów na Norę Norcia, a już zwłaszcza Norka, bo z jakiegoś powodu ona na to źle reaguje.

Nie mów na nią tym bardziej „moje dziecko”, broń Boże!

Mów na nią Nora.

Doceniam, że kogoś tu obchodzi kwestia tego, jak dziecko chce, by się do niego zwracać.

 

(…)

 

Pulpecyo!

Skoro pytasz, to Ci odpowiem, z właściwą mi siostrzaną szczerością: i owszem, pyskowałaś. I to jak! Pamiętam to znakomicie, choć Twoja selektywna pamięć przedstawia Ci rzecz w innym zgoła świetle.

Jako nastolatka byłaś o wiele bardziej typową nastolatką niż ja.

Cha. Cha, cha, cha. Cha, cha, cha, cha, cha.

 

Są dziewczyny, które, dojrzewając, mają konflikt z matką (patrz: Tygrysek) i są takie, które wszystko zwalają na ojca (patrz: …he, he, też Tygrysek).

Dajcie. Żyć. Tygrysowi. Ona ma 99+ powodów, by mieć pretensje do rodziców.

 

(…)

 

[Patrycja] Dopięła przyciasny (znów! znów! – ale co tam, raz się żyje!) szlafroczek,

Patrycja już od lat jest opisywana jako ta, która gotuje pysznie i obficie, takoż zajada, tyje, ale się nie przejmuje i tylko co jakiś czas kupuje ubrania o rozmiar większe. Można by pochwalić MM za pokazywanie jej jako pozytywnego wzorca kobiety plus size, ale jednak Ida i jej złośliwości jakoś wybijają się na pierwszy plan.

 

odrzuciła złote loki i przeszła cicho przez swój wygodny, czysty i przytulny dom. Na bosaka, bo po całym dniu krzątaniny bolały ją nogi.

Okazyjne płytki (wcale nie było widać, że są z przeceny), którymi ze względów praktycznych (psy!) wyłożony był cały parter, przyjemnie chłodziły stopy.

Zdziwiłam się początkowo, dlaczego trzeba podkreślić, że przecenione płytki nie wyglądają z automatu tanio, ale przypomniałam sobie, że jestem w uniwersum, w którym panuje bardzo dziwny stosunek do pieniądza.

 

Patrycja wędruje po domu, rozmyślając, jak to doskonale, że rodzice się do nich przeprowadzili na stałe i jak świetnie się tu czują; myśli z czułością o swych córkach – pyskatej, buntowniczej Norze i grzecznej, układnej Ani; wreszcie zagląda do pokoju tej ostatniej.

 

W pokoju córki starszej, tej, która już opanowała – i to aż nadto dobrze! – sztukę nieprzysparzania kłopotów i niewykrzykiwania prawdy w oczy, panowała cisza, ale jeszcze się świeciło.

Musierowicz – mistrzyni ubierania przemocy psychicznej w niewinne słowa.

Idealna rodzina, w której od córki oczekuje się opanowania sztuki nieistnienia.

 

Zapukała.

Tak, mamo? – dał się słyszeć ciepły głos Ani.

Patrycja uchyliła drzwi różowego pokoiku i zajrzała. Jej pierworodna – krągła, śmietankowo-rumiana i cała w falbankach oraz loczkach – siedziała na łóżku, starannie lakierując na różowo paznokcie u różowych stóp i wyglądała, jak zwykle, rozkosznie. Natomiast córkę Idy spowijała tajemniczość oraz aura intelektualnego napięcia. Odziana w ascetyczną czarną piżamę, spoczywała z laptopem na wersalce, wsparta plecami o stos poduszek. Chmura wspaniałych miedzianych włosów, wijących się jak węże, otaczała bladą i piegowatą twarz Łusi. W uszach miała słuchawki z poskręcanymi, czarnymi kabelkami. Szczupłe nogi podciągnęła wysoko, a po obu ich stronach ułożyła fortyfikacje z książek i notatników. Ciemne jej oczy miały wyraz niesamowity: były zarazem uważne i zamyślone.

Obie kuzynki były tak bardzo różne od siebie, jak to tylko możliwe. A jednak – dziwnym trafem urodzone tego samego dnia, miesiąca i roku – przylgnęły do siebie na dobre, jak bliźniaczki.

 

A mimo wszystko mam wrażenie, że MM jakoś Ani nie lubi.

No bo nie lubi. Tłusta Ania. Tępa grubaska wyjąca z wytrzeszczonymi oczami, z których ciekną łzy. Głupawa. Tak ją pamiętam z opisów. W „Języku Trolli” nigdy nie była wspomniana bez dodania „tłusta” czy „gruba”, albo „grubaska” po prostu. Stękająca, jęcząca, głośno bucząca. Jak ktoś ma sklerozę, to może uwierzy w „rozkoszną, jak zwykle”. Ja nie mam.

W książce na str. 38 i 39 są portrety kuzynek. No spójrzcie sami – po lewej Ania z miną tępej dziuni i fryzurą a’la pani z mięsnego w latach 80., po prawej Łusia z sympatyczną buźką i inteligentnym wyrazem twarzy.

Patrycja zagląda jeszcze do rodziców, którzy w swoim pokoju leżą oboje zaczytani.

 

To od nich właśnie, pomyślała, my cztery nauczyłyśmy się, czym jest dobre małżeństwo.

A przecież rodzice, w tej swojej dyskrecji, o własnym związku nigdy z córkami nie rozmawiali. Byli zawsze tak staroświeccy – a może: tak eleganccy! Niekiedy ojciec rzucił jakąś łacińską maksymę a propos, mama czasem udzieliła którejś z córek ogólnej porady, ale nigdy nie sięgali po przykłady z własnego pożycia. Po prostu kochali się – w pełni tajemniczo i wiernie.

I to najzupełniej wystarczyło.

Byłoby to naprawdę urocze, gdybyśmy na przestrzeni lat i wielu książek nie mieli okazji się przekonać, jakie skutki miewa słynna borejkowska dyskrecja.

 

Ojciec Borejko czyta właśnie “Sagę rodu Forsyte’ów” – “żeby wiedzieć, czym jego żona się tak zachwyca”.

 

Właśnie patrzę i się dziwię – rzekła. – Saga rodzinna, tato? Nie przepadałeś za tym gatunkiem.

Nadal nie przepadam. Ale z drugiej strony – mam nareszcie czas, żeby się z tym uczciwie zapoznać. Lubię wiedzieć, czym moja żona tak się zachwyca.

I co? – spytała z ciekawością Patrycja.

Cóż, jest to niewątpliwie literatura dla dam… – orzekł ojciec z nieco pobłażliwą kurtuazją prawdziwego mężczyzny o ukształtowanych a subtelnych gustach literackich.

Mocno chcę wierzyć, że to kąśliwa ironia ze strony autorki.

Chyba trochę tak, w tej scenie widać, moim zdaniem, że MM jednak lekko sobie pokpiwa z Borejki-seniora.

Bążur, se mła, AdwokAt DiabłA. Moim zdaniem w “Zgryzotce” jest całkiem sporo takich wtręcików, które mają powiedzieć “Okej, może nie żeby zaraz myliłam się, ale przesadziłam, przyjmuję wasze od lat powtarzane uwagi” i to jest jeden z nich. Całkiem wyraźnie tu widać takie puszczanie oczka: “Tak, tak, wszyscy wiemy, kto tu naprawdę rządzi, ale po co dziadka denerwować, niech się dziadek cieszy” zamiast “nasz spiżowy Ojciec i Dziadek, Moralna Wyrocznia, Wzór i Oparcie”, które mieliśmy szanse podziwiać w poprzednich tomach. Moim skromnym zdaniem, oczywiście.

 

Co ciekawe – chyba wbrew intencjom autora. Zamierzył pono stworzyć szeroką panoramę społeczno-polityczną, ale zbyt szeroka to ona nie jest, że nie wspomnę o głębi.

Oczywiście, bo przecież literatura „dla dam” = literatura dla idiotek.

 

Aaa! Jak możesz! – rozległ się oburzony głos z sąsiedniego łóżka, gdzie tak wierzgnięto, że ciężki Wilkie Collins omal nie gruchnął na podłogę.

I jakież to czcze, wręcz bezbarwne w porównaniu choćby z krwistą historią Rzymu – ciągnął Ignacy Borejko nie bez satysfakcji, lubił bowiem wyzwalać w swej żonie uczucia gwałtowne.

I tutaj chciałabym wierzyć, że to tylko takie przekomarzanki, że nikt tutaj nie traktuje pogardliwie zainteresowań drugiej osoby. Tylko że…

 

Jednak przyznaję: codzienność ówczesna opisana jest tu całkiem wnikliwie, a postacie są wyjątkowo żywe, i tu Milę rozumiem. Są tak żywe, że podejrzewam istnienie pierwowzorów. Czytam, ostatecznie, bez niechęci.

Czyli: podoba mi się, ale wprost tego powiedzieć nie mogę, bo to „babska” książka, więc obowiązkowo muszę się zdystansować i wyrazić dobroduszne pobłażanie.

 

[Ignacy narzeka na postać Ireny w powieści.]

 

Czytałam, że postać Ireny jest wzorowana na żonie autora – wtrąciła Patrycja. – Założę się, że ta bogini ciągle mu patrzała przez ramię, kiedy ją opisywał. Oczekiwała hołdów.

Biedny człowiek. To ja powinienem napisać powieść o kobiecie porywającej! – oświadczył zwycięsko ojciec i mimowolnie ujął się ręką pod bok. Gdyby miał wąsa, pewnie by go podkręcił.

Ożywienie na sąsiednim łóżku:

Czy ja aby dobrze rozumiem, co chcesz powiedzieć?

Tak, Milu. Dobrze rozumiesz. Ty byś na pewno się nie wtrącała. Nie jesteś próżna. Przeciwnie, jesteś skromna.

A jestem, jestem! – padła skromna odpowiedź, a Patrycja uśmiechnęła się do siebie. A była, była! Ojciec do dziś nie wiedział, kto to jest naprawdę ten sławny dramaturg Kal Amburka. Mama twierdziła, że gdyby tata odkrył, iż pseudonim ten skrywa jego własną wieloletnią małżonkę, skutki mogłyby być opłakane.

To jest, kurnać, tak cholernie smutne, że aż nie wiem, jak to skomentować.

 

W rzeczy samej, Ignacy Borejko lubił grać w tym stadle pierwsze skrzypce i ustawiać się w roli mentora.

Aha. Tak właśnie podejrzewałam.

 

A mama pozwalała mu na to jak najchętniej. Z właściwą jej pogodną ironią usuwała się na drugi plan, co jej zupełnie nie przeszkadzało w dalszym spokojnym i dyskretnym kierowaniu życiem rodziny. Stara dobra szkoła kobiecego taktu!

Stara? Tak. Dobra? Chyba jednak wolę współczesne, partnerskie związki, gdzie jedna strona nie musi chować swoich zalet i sobie umniejszać, by nie urazić drugiej.

 

Tak, jesteś skromna i miła – ciągnął ojciec, rzucając żonie znad okularów aprobujące spojrzenie.

Ludzki pan. A mógł zabić.

 

Nie czułbym się w najmniejszym stopniu skrępowany, gdybyś mi patrzyła przez ramię.

Wiesz, wiele zależy od tego, co byś tam nawypisywał – odrzekła, kryjąc uśmieszek.

Aha, a więc jednak! Cha, cha! Cóż, może naprawdę powinienem spróbować. Mam teraz sporo czasu. Być może miałbym do napisania znacznie więcej niż ten stary John, chłodny Brytyjczyk.

No nie mów.

Przecież żyję nie na bezpiecznych Wyspach, tylko w centralnym punkcie europejskiej osi Wschód-Zachód, i to od ponad osiemdziesięciu lat! To tu, w tym właśnie czasie – uzupełnił, na wypadek, gdyby ktoś z obecnych nie wiedział – ścierały się i dogadywały na przemian dwa największe demony dwudziestego stulecia.

Nad naszymi głowami – potwierdziła Babi.

To tu więc powinna powstać historyczna panorama z głębią! – rzekł ojciec głosem stentorowym.

Potrzeba by nie lada pióra…

I to epickiego – dodała do słów matki Patrycja, czym jej rodzic poczuł się osobiście dotknięty i zapytał, czy dobrze rozumie, że ktoś tu go zniechęca do stworzenia poprawnie napisanej historycznej panoramy beletrystycznej, jakich zbyt mało spotkać można w literaturze polskiej dwudziestego wieku.

A dwudziestego pierwszego tym bardziej – dorzucił bez wahania. – Opowiedziałbym to wszystko na pewno lepiej niż Galsworthy!

Nikt mu nie zaprzeczył, bo po co.

No fakt. Szkoda strzępić ryja.

 

A tymczasem… w kolejnej scence mamy znak, że MM najwyraźniej przejęła się wieloletnim narzekaniem czytelników “dlaczego nikt z rodziny nie ma żadnego zwierzęcia” i postanowiła obdarować Ignacego Borejkę psem.

Pies wabi się Bobek (aka Baltazar), właściwie został podarowany Norze, aby na nią “pozytywnie wpłynąć”, cokolwiek to miałoby oznaczać, ale traf chciał, że najbardziej polubił Ignacego i to Ignacy się nim zajmuje i wyprowadza na długie spacery po lesie.

 

Ja z kolei mam mnóstwo czasu dla Bobusia, więc z nim spaceruję.

Ja właśnie o tym. Tatku, nie chodź z nim tak daleko.

A to dlaczego?! Szlachetny pies myśliwski, zwłaszcza młody, nie może w kółko łazić leniwie po ogrodzie, jak te dwa wasze stare wałkonie! A skoro nie wolno mu w tych lasach polować, to on musi chociaż pobiegać.

Ciężkie westchnięcie nad ludźmi kupującymi psy ras wymagających ruchu, chociaż nie mają czasu i możliwości im tego ruchu zapewniać.

Ciężkie westchnięcie nad ludźmi narzekającymi na to, że psu nie wolno polować w lesie (sic!).

 

[Ignacy komentuje newsa – jego kardiolożka miała zawał]

 

Mówiłem jej, żeby rzuciła palenie. I żeby prowadziła rozsądny tryb życia. Biedaczka cierpiała na bezsenność, a w dodatku uśmierzała zmartwienia słodyczami. Nader często jadała tłustą wieprzowinę. No i nie stroniła od tak zwanych idiotycznie drinków.

Czyli już nie tylko Ida ma ortoreksję, Ignacy też.

Hmmm, czy takie zachowanie kardiolożki ma być ilustracją przysłowia “Szewc bez butów chodzi”?

Hmmm, czy Wy także znacie szczegóły prywatnego życia waszych lekarzy?

 

[Mail Idy do Marka]

 

Mareczku, mężczyzno mojego życia!

Tu kobieta Twojego życia.

Jeżeli po 24 latach nieprzerwanego matrimonium zatęsknisz teraz za mną aż do bólu (wiem, że tak!!!), to, wyobraź sobie, nie będziesz mógł do mnie zadzwonić, ukochany mężczyzno, żeby choć przez moment posłuchać mojego ukochanego głosu, zgadnij dlaczego. Przyjechała tu Nora i w tej samej chwili utopiła mi komórkę (w kuble).

I tak w każdym kolejnym mailu do każdej kolejnej osoby Ida będzie donosić o utopieniu komórki, obowiązkowo dodając “(w kuble)”.

 

Mam nadzieję, że w następnym podejściu sama się nie utopi (w jeziorze), ale na szczęście woda jest już zimnawa i nie stwarza wielu nieodpartych pokus.

W połowie upalnego sierpnia? Jest najlepsza!

To początek września. Ale też upalny.

 

Nawet Ziutek wlazł do niej tylko po kolana, co mnie zresztą nieco zaniepokoiło. Wolałabym, żeby nie wyrósł na mięczaka. Nie będzie potrząsał kobietami jak szczurami, może jeszcze będzie słuchał, co mają do powiedzenia, o, nie! NIE MÓJ SYN! Józinek w jego wieku rzucał się nałogowo do każdej napotkanej kałuży i od razu płynął crawlem.

O, świetnie to wróży rozwojowi Ziutka, wieczne porównania do “lepszego” brata i nabijanie się z “mięczakowatości”.

 

Ale ad rem: bardzo stanowczo Cię proszę, żebyś przyjechał mi tu po Ziutka w niedzielę wieczorem, zabrał go do Poznania, tam nakarmił (jogurt!), zmusił do kąpieli i umycia zębów (trzeba dopilnować, bo jak się nie patrzy, to on albo pozoruje, albo w ogóle nie myje), ułożył go do snu, a następnie obudził energicznie i stanowczo, znów go zmusił do mycia (zęby!!!), dał mu stosowne ubranie (przygotowane, czeka na krześle), wydał śniadanie (jogurt z płatkami!), uczesał na mokro i odwiózł do samych szkolnych drzwi.

Jogurt??? Przecież zawiera tłuszcz! Ale serio: ten biedny dzieciak na kolację i na śniadanie dostaje ciągle to samo?

W dodatku trzeba wszystko rozpisać w punktach, bo inaczej mężuś się pomyli i na przykład – teh zgroza! – usmaży mu frytki.

 

I odczekał, aż wejdzie! Nie, nie jestem nadopiekuńcza, tylko jak się nie odczeka, aż on wejdzie, to on może wyjść.

Hmmm, coś tu chyba poszło nie tak. Bardzo nie tak.

 

Będziesz go też musiał odebrać ze szkoły po uroczystości, a jak nie możesz, to poproś Grzesia, a jak on nie będzie mógł, to umów się z mamą Kotecką, to znaczy, co ja gadam, nie umawiaj się przypadkiem z mamą Kotecką!!! (bestia!), tylko ją grzecznie poproś, żeby po wszystkim odwiozła Ziutka do domu.

Tak się zastanawiam, czy Ziutek chodzi do innej szkoły niż wszystkie borejkowskie dzieci (tamta była na tyle blisko, że chodziły na piechotę), czy też jest trzymany pod kloszem w o wiele większym stopniu niż pozostałe.

 

(…)

Nie narzekaj, nie narzekaj, raz od wielkiego święta możesz zająć się własnym synem, spróbuj przelać choć drobną część swych zawodowych obowiązków na docenta Kraniaka (tego miglanca), zresztą niedługo Łusia z Anią przyjadą i przejmą opiekę nad Ziutkiem, przynajmniej taką mam nadzieję.

Bo to przecież niesłychane, żeby ojciec musiał się zajmować własnymi dziećmi (!), spędzać z nimi czas (!!!). Zdecydowanie lepszym rodzicem od ojca będą dwie nastolatki, wrobione w ten układ z zaskoczenia, ten plan nie ma wad.

Na litość Bora, dlaczego Łusia z Anią miałyby się zajmować tym smarkiem, co tu się odjaniepawla w ogóle? Czy Ida oczekuje, że studentki, zamiast iść na zajęcia, będą go niańczyć?

Tak, koniecznie, Łusia z Anią, wszyscy przecież wiemy, że poszły na tę japonistykę tylko dla papierka, żeby wstydu w rodzinie nie było, a tak na poważnie to trzeba je wdrażać do kobiecych obowiązków, tych prawdziwych!

 

Ponadto (dowód anegdotyczny, wiem) tak się złożyło, że w wieku Ziutka jest Potomek Młodszy. Dokładnie, co do miesiąca. Jako ofiara jednej z reform edukacji poszedł do szkoły rok wcześniej i w 2017 roku zaczynał czwartą klasę. Sam się ubierał, sam śmigał do szkółki i z powrotem, nikt mu nie musiał paluszkiem jogurcika pokazywać, sam sobie śniadania i kolacje potrafił zrobić, a nie był z Borejków! To dziesięciolatek, nie niemowlę.

(…)

 

[Nora rozmyśla nad nieortograficznym smsem od tajemniczego dentysty.]

 

Czy jednak analfabeta, nawet wtórny, mógłby zostać dentystą? Mało prawdopodobne. Wszyscy medycy, jakich miała sposobność poznać bliżej (ciotka Ida, wujek Marek, doktor Kowalik), pisali bez błędów i cechowali się, trzeba przyznać, wysoką inteligencją i oczytaniem. Ale, oczywiście, różnie bywa. Świat się degeneruje, ludzkość bełkocze i preferuje cywilizację obrazkową.

Tak, dokładnie w taki sposób myślą nastolatki.

Nora musi być uwielbiana w szkole, jak mniemam…

Nora nie zna inteligentnych dysortografików?

 

(…)

W Poznaniu, w centrum starych Jeżyc, na wysokim parterze secesyjnej kamienicy przy ulicy Roosevelta 5, także trwał optymistyczny i krzepiący remont, i to nawet teraz, kwadrans przed północą.

Ku wielkiej radości sąsiadów.

 

Dawna dziupla seniorów rodu, która w roku 2013 straciła niemal połowę sufitu, teraz miała stać się pokojem własnym noworodka. Wobec faktu, że administracja budynku wytrwale przejawiała niemożność wobec powstałej szkody,

Na litość Bora, dlaczego autorka z uporem tworzy takie językowe potworki, zdania pogięte, wynaturzone i poprzerastane pustosłowiem?

 

za sufit ostatecznie wziął się Józef Pałys, przywołując na pomoc swego wszechstronnego wuja Floriana. Po przestudiowaniu literatury fachowej, z której wydobyli szczegóły renowacji zabytkowych budynków (hahaha!!!) , byli już w pełni gotowi zastosować w praktyce tę cenną wiedzę budowlaną, a i sytuacja temu sprzyjała.

Zaraz wracam, tylko posukam scęki, która mnie była wypadła na podłoze. Z hukiem.

Miejski Konserwator Zabytków załkał i poszedł sobie strzelić w łeb.

Tam, kurde, wszyscy są wszechstronni. I Chrobot z kolegą, i Florian z Jożinem…

Oniemiałam. Jakoś przy (dość pobieżnej, przyznam) pierwszej lekturze mi to zdanie umknęło. Florek-Leśnik i Józek-student poczytali książki o renowacji zabytkowych budynków i zabrali się do remontu parteru starej kamienicy.

Ciekawe, ile lat dostaną, jak za jakiś czas to wszystko runie.

 

Długoletnia przebudowa Kaponiery zakończyła się bowiem nareszcie, pozostawiając po sobie szereg jakże europejskich i wielkomiejskich rozwiązań architektonicznych.

Szkoda tylko, że autorka nie raczyła wskazać ich paluszkiem. Może byśmy się dowiedzieli, co konkretnie jej się nie podoba.

 

Ciężki sprzęt budowlany definitywnie opuścił Jeżyce, fundamenty starych kamienic już się nie trzęsły, i można było śmiało przystąpić do remontu, bez obawy, że zaraz zleci kolejna partia sufitu.

Wuj z siostrzeńcem byli niezrównanym duetem. Wzmocnili konstrukcję stropu (JAK???), uzupełnili uszkodzoną izolację trzcinową (O, to się nawet zgadza!), zamurowali wyrwę (Co zrobili???), a wreszcie położyli nowy tynk i starannie go wygładzili. Wirtuozi! Nie było śladu po dziurze! Zawodowi murarze nie zrobiliby tego lepiej.

Z opisu trudno wyczuć, co tam spadło i co zostało załatane, ale mam wrażenie, że ktoś tu nie odróżnia stropu od sufitu oraz murarza od tynkarza.

Roosevelta nie jest bardzo daleko od Kaponiery, ale w życiu swoim nie uwierzę, że prace budowlane (nawet i ziemne) na tej drugiej powodowały uszkodzenia budynków na tej pierwszej.

Już dawno temu zauważyłam, że MM przenosi geografię ulicy Słowackiego, gdzie przez wiele lat mieszkała, na Roosevelta, co sprawia, że bohaterowie chodzą po ulicach w dziwny sposób. Róża i Laura do szkoły, a dorośli do Dominikanów chodzą na około, przez Most Teatralny i Teatralkę, zamiast bliżej przez Libelta. Borejkowie w drodze do Kostrzyna objeżdżają bez mała pół centrum. Aniela w środku nocy na Krasińskiego słyszy, co mówią megafony na Dworcu Głównym.

 

Tak sobie myślał Grzegorz Stryba, kończąc lakierowanie dużych, dwuskrzydłowych drzwi, które do niedawna były odrapane i brudnobiałe.

Jestem pełna podziwu, serio. Osobiście poddawałam renowacji stare drewniane drzwi, pokryte milionem warstw olejnicy. Do zrobienia miałam 5 skrzydeł. Już po oczyszczeniu pierwszego porzuciłam myśl o doprowadzeniu ich do stanu pozwalającego na użycie lakieru.

 

Nowy lakier miał dokładnie ten sam piękny odcień niebieski co ściany, a dobrała go, rzecz oczywista, Aga. Ona też przygotowała tekturowe szablony, dzięki którym na błękicie można było wymalować białe obłoczki, tu i ówdzie – złote gwiazdki, pośrodku sufitu zaś – złoty księżyc w pełni. Wokół niego namalowała osobiście (poryw natchnienia wpędził ją, w zaawansowanej już ciąży, na sam szczyt drabiny!) skupisko złocistych elfów o długich, bladych twarzach i w najwyższym stopniu splątanych puklach. Było to bardzo piękne, choć niewątpliwie dziwne. Ale nikt nie protestował. Jak zwykle.

Dziewucha (i to skłonna do omdleń!) w końcówce ciąży na szczycie drabiny. O-K.

W dodatku malująca na suficie, czyli rączki w górze. Gruchnięcie z drabinki na podłoże za trzy… dwa… jeden…

(Uprzedzam, że ja strasznie nie lubię Agnieszki.)

To nie był poryw natchnienia, to był poryw skretynienia.

 

Jak to się właściwie stało, że Agnieszka, ta wiotka, blada, łatwo mdlejąca dziewczyna o przeszywającym spojrzeniu, tak spokojna, wręcz cicha – uplasowała się w mieszkaniu Borejków na pozycji wiodącej? Istna czarodziejka! Wszyscy mężczyźni w rodzinie chodzili jak po sznurku i spełniali każdą jej zachciankę. Wszystkie kobiety otaczały ją instynktowną opieką i życzliwością. Wszystkie dzieci słuchały jej bez szemrania. Odpowiedź mogła być tylko jedna: ta subtelna malarka, skądinąd bardzo utalentowana, musiała (nieźle manipulować ludźmi?) mieć mocniejszą osobowość niż można by przypuszczać. W każdym razie Ignaś świata poza nią nie widział i słuchał jej jak wyroczni, co ojca i często bawiło, a czasem i denerwowało.

Ale nic nie mówił, bo po co.

Widzę, że tradycja unikania rozmów o potencjalnych problemach jest w tym rodzie silna. Niczego się nie nauczyli.

 

Trzeba jednak przyznać, że – jak dotąd – Aga zawsze miała rację. A Ignasiowi małżeństwo z nią wyraźnie służy, pomyślał z zadowoleniem Grzegorz (niebawem szczęśliwy dziadek),

Grzegorzu – nie wiem, czy pamiętasz taką dziewczynę, Elkę? Orzechowe oczy, uparta, silna? Mieszkała z tobą w tym samym domu i jest twoją córką z pierwszego małżeństwa. Otóż, nie wiem, czy wiesz, ale ma ona co najmniej dwójkę dzieci. Twoich wnuków…

No ale cóż – Elka nie pochodzi z Borejków. To i po co o niej pamiętać.

 

zdjął okulary i przetarł oczy: strasznie już był śpiący.

Agnieszka (niebawem szczęśliwa matka) już dawno spała, w tym niegdyś zielonym pokoju balkonowym, który zmienił się znowu nie do poznania, bo służył obecnie młodej parze za wspólną pracownię.

Natomiast Ignaś (niebawem szczęśliwy ojciec) stał na drabinie i pracowicie odrywał taśmy, chroniące ramy okienne przed pomalowaniem na niebiesko. Nagle ziewnął rozdzierająco i oświadczył, że len lakier toksycznie śmierdzi.

Żeby tylko (niebawem szczęśliwemu) dziecku nie zaszkodziło!

Skoro niebawem szczęśliwa mamusia wdycha opary lakieru przez sen, to nie wiem, czy aby niebawem szczęśliwe dziecię nie urodzi się z mackami i trzecim okiem.

 

Wywietrzy się do tego czasu – uspokoił syna Grzegorz.

Do jakiego czasu?

Właśnie, do jakiego?

Aga mówi, że to wypadnie na dwudziestego września.

Tylko spokojnie.

Łatwo powiedzieć. Tak się denerwuję, tato – wyznał Ignacy z wysokości drabiny. – Wyobraźnia mi pracuje. W każdej chwili spodziewam się, że to już.

Przestań. To potrwa. Przede wszystkim: pierwsze dzieci lubią się spóźniać…

Tato, tato, przecież ja wszystko wiem, chodziliśmy do tej szkoły matek!

Matek. Aha.

Ktoś tak mówi w ogóle…?

Nikt.

Szkoły rodzenia. Dla rodziców, nie tylko dla matek.

 

…a nie dość, że się spóźniają, to jeszcze, wiesz, bynajmniej nie rodzą się błyskawicznie. O, nie.

Żebyś się nie zdziwił…

 

Ty sam się rodziłeś dobre parę godzin, chociaż byłeś już trzecim dzieckiem – dorzucił Grzegorz. – Biedna, biedna Gabrysia.

Jeżycjada bez Biednej Gabrysi nie jest Jeżycjadą!

 

Tak mu się powiedziało spod serca, do którego nagle powróciły traumatyczne wspomnienia, lecz zaraz pożałował: Ignaś z przejęcia omal nie zleciał z drabiny.

Zejdź no stamtąd – polecił więc Grzegorz synowi. – Chodźmy na herbatę.

Umyli się z satysfakcją w nowej łazience. Dobrze było mieć je dwie pod jednym dachem! Agnieszka należała do osób, które się długotrwale (Dlaczego tak? „Długotrwały” to przecież nie to samo co „długo trwający”!) kąpią, codziennie przez godzinę myją i suszą głowę, a nadto w różnych chwilach dnia biorą nagły prysznic, by nabrać uwielbianego poczucia chłodnej świeżości. Łazienka była tym miejscem, w którym wybranka Ignasia przebywała najczęściej.

W łazience pracowała i odpoczywała, w łazience spożywała posiłki. Próbowała nawet spać w wannie, ale przypadkiem odkręcona woda wyrwała ją niefortunnie z objęć Morfeusza.

 

Kiedy tylko Grzegorz dokonał tej obserwacji, natychmiast postanowił ratować spokój w rodzinie i utworzyć osobny punkt sanitarno-higieniczny dla swej żony Gabrieli, która też bardzo lubiła myć głowę i stać pod prysznicem w celu uzyskania uwielbianego poczucia chłodnej świeżości, i to także o różnych porach dnia i nocy.

Nie dość, że opiewa się tutaj bezmyślne marnowanie zasobów, to jeszcze mam wrażenie, że autorka dawno nie widziała rachunku za wodę i ścieki.

 

On sam, nawiasem mówiąc, uwielbiał leżeć godzinami w wannie z gorącą wodą i spokojnie sobie czytać.

Zdążył z nową łazienką tuż przed ślubem Ignasia: powstała w miejsce dawnego bocznego pokoiku, w którym sypiały po kolei, dorastając, niemal wszystkie rodzinne dzieci (a kiedyś nawet Róża z noworodkiem Milą).

Przez X lat, gdy w mieszkaniu na Roosevelta żyło razem dziewięć osób, łazienka była jedna. Teraz, gdy zostały tam cztery – zrobiono drugą…

No wiesz, to jest właśnie ta silna osobowość Agnieszki!

Sie will es und so ist es fein

So war es und so wird es immer sein

Sie will es und so ist es Brauch

Was sie will bekommt sie auch

(Rammstein, Rosenrot)

 

Pokoik ten, długi i dziwnie wąski, sąsiadował przez ścianę z łazienką właściwą, co było wielkim ułatwieniem dla wykonawców, bo mieli bezproblemowy dostęp do całego spętlenia rur kanalizacyjnych i wodociągowych. Grzegorz bał się sam zabrać do przebudowy tak poważnej, więc skorzystał z poleconej przez Idę pomocy pana Chrobota i jego kolegi.

Państwo wybaczą mój frencz, ale jprdl.

Zaraz się dowiemy, że pan Chrobot buduje również drogi, mosty i lotniska, a od czasu do czasu strzeli jakiś wieżowiec w Dubaju. No, to ostatnie z pomocą szwagra, bo sam by nie dał rady.

A Eurotunnel to twoim zdaniem czyja robota?

Tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Francisco!

 

Zimą, kiedy z oczywistych względów nie można było w nieskończoność remontować Ruinki, nie mieli oni nic lepszego do roboty niż przesiadywać przy Roosevelta z tanim piwem i rolmopsami śledziowymi, palić straszne ilości cuchnących papierosów, a w wolnych od odpoczynku chwilach montować te rury, kłaść glazurę oraz instalować obiekty porcelanowe, czyli tak zwaną (przez nich) „białą armatę”. W efekcie ich starań powstało wytworne wnętrze, utrzymane w odcieniach ciepłej szarości i beżu, z elementami drewnianymi w kolorze czekolady.

Wow, jak dużo pogardy się tu wylewa na robotników, którzy może i nie rzucają cytatami z Cycerona z pamięci, za to wykonują swoją pracę solidnie i estetycznie.

 

(…)

Na dzisiaj dosyć. Z rana posprzątamy, a potem wstawimy meble. I gotowe! – powiedział Grzegorz, siadając za wielkim stołem, podczas gdy Ignaś nalewał wody do czajnika. – Jutro jeszcze tylko szybkie malowanie kuchni i będziemy spokojnie czekać na… no właśnie, to jak w końcu, wybraliście już imię?

Ignaś ziewnął spazmatycznie. Był szary ze zmęczenia.

Tu jest wynik po eliminacjach – rzekł słabo i wskazał spis, świeżo przypięty do odwiecznej płyty pilśniowej, wiszącej jak zawsze za stołem. Tablica ta była przepełniona świstkami, zdjęciami, karteczkami i ważnymi zapiskami, tworzącymi na jej powierzchni grubą warstwę pamiątkową o charakterze śmieciowym. Na samej górze przymocowano zabytkowy, liczący sobie już dobrych kilkadziesiąt lat, pożółkły transparencik odręczny z wyblakłym, lecz zawsze aktualnym hasłem: „Kto mlaszcze, dostanie w paszczę” . W centrum tablicy zaś tradycyjnie pyszniło się tak zwane Zdjęcie Roku. Było to znowu dzieło Józka. Przedstawiało spanikowanego Ignasia w ślubnym garniturze, który, przed ołtarzem, a u stóp spowitej w biel Agi, na czworakach szuka upuszczonej przez się obrączki. Doprawdy ciekawe ujęcie.

Wzrok Ignasia poszedł za spojrzeniem ojca.

Na szczęście zaraz to zdejmiemy – powiedział gniewnie. – Tylko czekam na odpowiedni moment. Aga mówi, że ta tablica pełni w rodzinie utajoną funkcję pręgierza i że to najczęściej ja jestem poddawany mentalnej chłoście.

Wreszcie ktoś powiedział trochę prawdy o tej chorej rodzince.

 

(…)

Wiesz co, nie rób herbaty. Napijemy się piwa.

Nie lubię – rzekł Ignacy i ziewnął.

Ja też. Ale kiedy ojciec i syn omawiają ważne sprawy życiowe, piwo musi jednak być na stole. Wiesz, jeden z tych męskich rytuałów.

Co jest nie tak z tymi ludźmi.

Nie wiem, skąd pani Musierowicz czerpie wiedzę o męskich typowych rytuałach, ale jako, no cóż, aktywna obserwatorka i niejako fachowczyni w temacie powiem jedno – nope.

Aaahahahaha, żaden nie lubi, ale muszą, BO RYTUAŁ. Pewnie Grzegorz przeczytał o tym w jakimś poradniku “Jak być prawdziwym mężczyzną”, czy cuś.

 

[Grzegorz opowiada historię o tym, jak to był przy narodzinach Ignasia i, niestety, zemdlał – historia ta była trzymana w tajemnicy przez te wszystkie lata i dopiero teraz odważył się ją wyznać.]

 

Ojciec spojrzał na tę miłą, wciąż jeszcze nieco chłopięcą, a jednak już zdecydowanie męską twarz o łagodnych ustach i mądrych, melancholijnych oczach, po czym nabrał tchu. Miał zamiar powiedzieć swojemu jedynemu synowi to wszystko, co dotąd z nieśmiałości pominął: że po tych stresujących godzinach nastąpi najbardziej przejmująca chwila jego życia.

Ponownie: A CÓRECZKA?

Córeczka była dawno temu i z inną kobietą, to się nie liczy. (Zresztą pewnie nie asystował przy porodzie, to były inne czasy).

Ale też był ten moment, kiedy pierwszy raz ją zobaczył i wziął na ręce.

 

I że w takich sytuacjach wrażliwy mężczyzna odczuwa coś jeszcze poza szczęściem i bezradnością, mianowicie zachwyt i niedowierzanie, jak wobec najprawdziwszego cudu; i że zaraz potem zalewa go euforia; a następnie cały ocean czułości wobec tej totalnie bezbronnej istoty, która się pojawiła tak ufnie na tym groźnym świecie.

Chciał wreszcie powiedzieć, jak przemożne jest poczucie odpowiedzialności za bezpieczeństwo i za los maleńkiego przybysza, poczucie, które ogarnia nawet zdeklarowanego pacyfistę jak narastająca fala i sprawia, że podnosi on czujnie głowę, włos na karku mu się jeży, mięśnie barków same mu się napinają, a pięści zaciskają. Poczucie to jest dziwnie pierwotne, przypomina uniesienie bitewne i może nieco słabnie z upływem lat (w miarę, jak syn staje się coraz bardziej samodzielny), lecz nie mija nigdy.

Aha.

Przypomina mi się, jak to przez lata całe Józek przy każdej okazji lał Ignasia, a Grzegorz… jeśli nawet doświadczał wówczas uniesienia bitewnego, to zdecydowanie bezobjawowo (no bo, wiesz. Gabrysia uważała, że to Ignasiowi dobrze zrobi. Że go wzmocni, duchowo i cieleśnie. Że przestanie od tego być takim miągwą, a upodobni się do hożego kuzynka. A jak Gabrysia uważa, to Grzegorz może sobie swoje uniesienie bojowe wepchnąć tam, gdzie ja wiem, a ty rozumiesz).

Przypomina mi się również, jak w “Języku Trolli” obaj chłopcy, wówczas dziewięcioletni, wrócili z dworu zakrwawieni i w poszarpanych ubraniach, a Grzegorz napawał się brzmieniem własnego głosu, wygłaszając oracje o świecie zepsutym jak w drugiej części “Powrotu do przyszłości”.

 

Ale przemilczał to, bąknął tylko, cicho i jakby wstydliwie:

Zawsze ci pomogę.

A Ignaś chętnie powiedziałby ojcu, że przywołując tę historię, trzymaną w sekrecie przez dwadzieścia trzy lata, bynajmniej się przed synem nie ośmieszył, a wręcz przeciwnie: stał się jeszcze bliższy i milszy.

Ale takich rzeczy mężczyźni nie mówią sobie przy piwie, więc odparł tylko, po prostu:

Przecież wiem.

Tak, tak, mężczyźni przy poważnych rozmowach muszą pić piwo, ale pewnych rzeczy nie wolno im mówić, bo inaczej jaja im odpadną. Rytuały to groźna rzecz.

Rodzina, która nie potrafi rozmawiać, odsłona kolejna. Bardzo to smutne.

 

2 WRZEŚNIA

SOBOTA

 

[Nora budzi się rano, zdrętwiała i niewyspana. W nocy buszowała trochę po ogrodzie, przestraszona odgłosami jeża, którego wzięła za czającego się w krzakach włamywacza. Przy tej okazji wypatrzyła światełka w oknach sąsiedniego domu, w dzień niewidocznego, bo za drzewami – to tam najpewniej mieszka tajemniczy podglądacz.]

 

Ćwierkały ostro wróble, gdzieś za lasem zapiał zdezelowany wokalnie kogut:

Podoba mi się to określenie 🙂

 

zaczynał się dzień, a więc należało opuścić rozgrzany kokon śpiwora i pomknąć w krzaczki, następnie udać się pod zardzewiałą, lecz wciąż działającą pompę i tam umyć zęby, a dalej – wskoczyć wprost do jeziora w celu dokonania ablucji totalnych.

Mam tylko nadzieję, że to nie jest rezerwat przyrody, bo akurat między Pobiedziskami a Kostrzynem rezerwatów jest jak mrówków 😉

Nie wiem, ale doskonale to pasuje do scen z “Wnuczki do orzechów”, gdzie babcie Dorotki umyśliły sobie, że będą prowadzić agroturystykę, ale swą pierwszą letniczkę, Idę, zachęcały, żeby myła się w jeziorze, aby oszczędzić na opłatach za wodę i szambo.

A swoją drogą – Nora zamierzała w tych warunkach przemieszkać dwa tygodnie?

 

Trudno! System urządzeń higienicznych oraz toaletowych miał zostać tu zamontowany dopiero w przyszłym tygodniu, w tym dniu i o tej godzinie, które okażą się idealnie dogodne dla pana Chrobota.

Kolejność działań przy tym remoncie jest naprawdę osobliwa.

Ponieważ nic nie ma o szalecie, podejrzewam, że krzaki wokół mają cokolwiek obrzydliwą zawartość, a Nora tam śmiga na bosaka po obejściu.

I rzuca w nie bezcennym wręcz smartfonem…

 

Za solidną osłoną lodówki Nora przywdziała, drżąc i ziewając, kostium kąpielowy, po czym zabrała szczoteczkę do zębów, pastę i ręcznik. Już miała wychodzić z Ruinki, gdy – wlazłszy na parapet okna – ujrzała coś podejrzanego po przeciwległej stronie akwenu, tam gdzie wczoraj paliły się światełka.

Nagły błysk.

Jak lusterko w słońcu.

Albo jak soczewka!

Aaaa! A więc obleśny analfabeta już był na posterunku! Wraz z lornetką!

Gdyby telefon Nory pozostał włączony, pewnie już by szły do niej kolejne nieortograficzne esemesy. To był zdrowy odruch, że go wyłączyła na amen.

Przecież i tak dostanie te esemesy, po włączeniu telefonu spłyną wszystkie hurtem.

*szeptem* heloł, Norciu, istnieje taka funkcja: blokuj numer…

Świat bez Messengera i WhatsAppa taki piękny.

 

Świat się roi od starych świntuchów! Obrzydliwość.

 

(…)

Przy śniadaniu Ida wspomina, jak to Patrycja swego czasu nie zdała matury, bo się zakochała we Florianie. Nora chciwie słucha sensacyjnych historii o rodzicach.

No janaprawdęniemogę, c’nie. Z tą rodziną jest coś tak bardzo nie tak na tak wielu poziomach, że głowa mała. Najpierw tatuś przy piwnym rytuale opowiada DOROSŁEMU synowi o tym, że był przy jego narodzinach, i czyni to pierwszy raz w życiu. Teraz szesnastolatka chciwie wysłuchuje historii o tym, jak jej rodzice się zakochali, i wygląda na to, że też słyszy to pierwszy raz w życiu. Na litość, moje dzieci są po prostu chodzącymi zbiorami anegdotek o swoich rodzicach, dziadkach, babciach, ciociach, wujkach i koleżankach mamusi z klasy, bo gdy pytały – a pytały często, i zawsze mi się to wydawało całkiem normalne, że dzieci chcą wiedzieć, jak się rodzice poznali, skąd wiedzieli, że się zakochali, jak wyglądał ich ślub, te rzeczy – my im odpowiadaliśmy. Tak, wiem, dowód anegdotyczny. Tak, wiem, kudy mojej rodzinie do Borejków. Tak, wiem, nie jestem najwyraźniej elegancko dyskretna. I może z powodu tego braku elegancji wydaje mi się, że ta borejkowska „dyskrecja” to jest po prostu, ikskjuzes, wdupiemanie.

DYSKRECJAAAAAA!!!

*wyobraża sobie rodzinę Borejków śpiewającą i tańczącą na melodię “Tradycjize “Skrzypka na dachu”*

 

Nie to, żeby twoja mama zawsze źle się uczyła – opowiadała ze smakiem ciotka Ida. – Wszystko było jak najlepiej, dopóki nie poznała Florka. Wtedy dopiero nauka poszła w kąt. Cóż, bądźmy szczerzy, nasza Pulpecja po prostu oszalała. Był to prawdziwy coup de foudre*, moja Norciu, i powiedziałabym, że skłonność do takich nagłych zakochań występuje u nas w rodzinie przez pokolenia, zaryzykuję stwierdzenie, że wręcz jako cecha genetyczna. Romantyzm mamy chyba w naszej gorącej krwi. Więc się nie zarzekaj. Nie trzeba się zarzekać, jak mówił Alfred de Musset.

Dzień bez popisania się erudycją to dzień stracony.

 

Nora odparła, że Alfred de Musset nie obchodzi jej w najmniejszym stopniu, gdyż jeśli chodzi o romantyzm, to ona woli pozytywizm, a ponadto jest z natury trzeźwa, racjonalna i krytyczna.

Ciotka zrobiła minę wiele mówiącą, po czym wzniosła zielone oczy do sufitu.

Cha, cha, jeśli nawet, w co wątpię, to przecież to i tak nie ma żadnego znaczenia!… – zakrzyknęła wreszcie. – Twój zegar biologiczny… – i nabrała tchu, szykując się do dłuższego wykładu na tak mile rozpoczęty, obszerny i interesujący temat.

Ida, do ciężkiej cholery, czy ktoś cię prosił lub upoważniał do poruszania takich tematów?

Zegar biologiczny…? To szesnastolatka, na bogów, to już szesnastolatki dręczy się tą wdzięczną frazą?

 

Ale czy my możemy wreszcie pogadać o czymś innym niż seks? – przerwała jej Nora, gwałtownie zirytowana.

Czy my mówiłyśmy o seksie? – ubawiła się ciotka. – Jakoś nie zauważyłam.

Albo ślepa, albo hipokrytka. Wcześniej wytyka siostrzenicy, że dojrzewa i ma biust (olaboga!), teraz zaczyna od historii miłosnych porywów, mówi o gorącej krwi i przechodzi do zegara biologicznego, ale nieee, nic o seksie.

 

I owszem. A ten temat mnie śmiertelnie nudzi i zniesmacza. Jest wszędzie, i to niestety w maksymalnie prostackiej formie. Z czegoś, co jest naturalne i o czym uczą nawet w szkole na biologii, zrobiono jakąś chorą ohydę. Wylewa mi się to z komputera przy każdej okazji! Media tym ociekają. Kino podobnie. To wszystko razem jest beznadziejnie ordynarne, a przy tym banalne, trywialne, tandetne, szmatławe, zużyte, a wręcz wyświechtane.

Po raz kolejny, niesamowicie wiarygodne oddanie przemyśleń nastolatki 😉

Wyobraźmy sobie przez moment, że autorka nie nazywa się Musierowicz, a Nora została świadomie wykreowana jako osoba aseksualna. W tym kontekście rozmowy z ciotką, z lubością mówiącą o dojrzewaniu, biuście i hormonach, nabierają zupełnie innego wydźwięku, prawda?

Mogłaby autorka opisać, jaką udręką jest wysłuchiwanie niekończacych się aluzji do czegoś, o czym się słuchać nie chce. Mogłaby dać komuś poczucie, że nie jest dziwadłem, nie jest sam.

Ale nie. W borejkowersum istnieje tylko jeden model, tradycyjny i słuszny.

Widzisz, dlatego też nawet przez myśl mi nie przeszło, że autorka mogłaby opisać coś odstającego od heteronormy. A jeśli mamy tu typową cis-het nastolatkę, to ta wypowiedź, takimi słowy jak wyżej, jest dla mnie kompletnie niewiarygodna.

Serio, to nie trzeba być osobą aseksualną, żeby nie chcieć szerokiego omawiania kwestii twojego biustu, hormonów i czego-tam-jeszcze przez wścibską cioteczkę. No ale tutaj Nora narzeka na wszechobecność seksu w mediach, czy to jest wiarygodne…? Niewiele wiemy o wychowaniu Nory; jeśli rosła w przekonaniu, że seks jest czymś grzesznym i wstydliwym, o czym się nie rozmawia (częsty zarzut wobec rodziny Borejków!) to moim zdaniem może tak reagować.

(Oraz przyszło mi do głowy, że to może być również reakcja Nory na przeseksualizowany wizerunek kobiet w popkulturze, tylko ona sama jeszcze nie umie sformułować tej myśli. Wie, że coś ją uwiera, ale nie jest w stanie określić, co dokładnie).

 

(…)

Ida wysyła Norę wraz z Ziutkiem do Doroty po jajka. Przy okazji przekonamy się, że dzikie odludzie pośród bagien, ropuch i puszczy nie jest ani odludziem, ani w środku puszczy. Jadą rowerem, Ziutek jako pasażer na bagażniku; Nora umila sobie czas rozważaniami, jak to nikt – w rodzinie i poza nią – nie zauważa jej i nie słucha.

 

Po dziesięciu minutach, wypełnionych goryczą oraz ostrą jazdą terenową, dotarli przez las do uroczej dolinki. Tu właśnie stał przytulny ceglany dom Rumianków, sąsiadując przez płot ze zdewastowanym gospodarstwem pana Chrobota. Przed jego ponurym domostwem widniała krowa, którą cechowały uwydatnione kości biodrowe, obwisły brzuch jak bania oraz zielonkawy kolor sierści na pośladkach. Tkwiła aż po wymię w bujnej trawie i metodycznie ją wchłaniała.

A myślałby kto, że człowiek tak rozlicznych talentów jak pan Chrobot również własne gospodarstwo ma na picuś-glancuś.

 

W odróżnieniu od niej, pan Chrobot nie wyglądał na bardzo zajętego: oparty całym sobą o płot, ospale pociągał ze swej porannej butelczyny.

Budzi mój niesmak używanie alkoholizmu jako elementu dekoracyjnego.

 

Nora ani myślała się zatrzymywać na pogawędki z alkoholikiem. Rzuciła mu tylko iście mordercze spojrzenie.

Ten obmierzły, obrzydliwy alkoholik i nierób. Który remontuje dom jednej ciotce i łazienkę drugiej tak, że mucha nie siada. Owszem, są alkoholicy, którzy pracują jak w zegarku gdy nie są w ciągu, i nie tego się czepiam – przeszkadza mi korzystanie z niego jak z parobka – przyszedł, zrobił swoje, teraz już może odejść i nie obrażać naszych oczu swoją obecnością.

 

A ponieważ Królowa pytała, czy pan Chrobot przeszedł jakąś przemianę, służę portretem:

Kiedy przyjeżdżają, Dorota akurat smaży na śniadanie obfitą jajecznicę na boczku, a Józek na górze zajęty jest pracami remontowymi – po ślubie mają zamiar mieszkać w gospodarstwie Doroty.

 

Józek studiował architekturę na politechnice. Z tego mrocznego niegdyś strychu potrafił więc stworzyć piękne wnętrze, w którym świeciły teraz ściany i podłoga z jasnych desek; w ukośnym dachu, pomiędzy dębowymi belkami, zamontowane zostało uchylne okno, za to dwie stare lukarny, które kiedyś wpuszczały tu światło z obu krótszych boków budynku, usunięto wraz z murem, w którym tkwiły.

Czy autorka na pewno wie, co to jest lukarna???

 

Zastąpiono go wielkimi płytami szkła, tworząc dwie przezroczyste ściany.

Czy autorka ma choćby blade pojęcie, ile to musiało kosztować?!?

Mieszkam na ostatnim piętrze, z oknami od wschodu i zachodu, i moją pierwszą myślą, gdy przeczytałam o tych szklanych ścianach, było: no, ale im słońce w lecie dowali od dachu i od tych szyb!

Tak jak piszesz, zbudowali sobie szklarnię, tak się nie da żyć. No chyba że to nie są zwykłe szyby, a te fotochromatyczne, przyciemniające się pod wpływem światła, z powłoką samoczyszczącą – co z kolei kosztuje spore pieniądze.

Życzę im miłego zmywania krwi i mózgów roztrzaskanych ptasząt.

No właśnie, ciekawa jestem, jak wygląda mycie tych okien (o ile nie mają wspomnianej powłoki samoczyszczącej). Wielkie, nieotwierane tafle szkła na wysokości pierwszego piętra. Hm.

 

Wyglądało to wspaniale, bo z obu stron otwierał się z nich widok na korony drzew i na odległe leśne wzgórza.

Zielony strych!

Za to kiedy opadną liście z drzew, sąsiadom otworzy się rozległy widok na pożycie małżeńskie młodych Pałysów.

 

Nie wstawiono tu jeszcze mebli, poza dużym regałem na książki, który kuzyn właśnie składał i skręcał.

No wiadomo, są priorytety!

Nie bardzo sobie potrafię wyobrazić urządzanie mieszkania w tym hangarze bez pionowych ścian.

 

Ale był już nowy wielki kominek, obudowany dobranymi starannie kamieniami polnymi.

Tak po prostu se wstawili kominek. Na poddaszu. Wielki i obudowany kamieniami polnymi. Widzę, jak przelatuje przez strop i spada na łeb śpiącym w łóżkach upiornym babuniom.

 

Nad nim głośno tykał malowany w kwiatki zegar ze złotym wahadłem, już teraz pracowicie odmierzając czas dla młodej pary, zaś przed paleniskiem uplasował się kot i mruczał z zadowolenia, choć w kominku jeszcze się nie paliło.

Bardzo to sielski i baśniowy obrazek, więc nie zadawajmy głupich pytań o szczegóły techniczne i koszta tego remontu…

(dla ciekawych – pod koniec analizy zamieścimy wątek z Forum ESD, gdzie te kwestie są szczegółowo omawiane)

 

Przy śniadaniu babcie Doroty wesoło plotkują o sąsiadach – i w ten sposób Nora dowiaduje się, że dom na górce, który zidentyfikowała jako miejsce zamieszkania jej podglądacza, został kupiony nie przez żadnego dentystę, ale osobę doskonale jej znaną.

 

A bo Nora pyta, czy na Górce mieszka dentysta.

Dorota potrząsnęła jasną grzywą.

Dentysta też! – zaśmiała się. – Bo syn pana Czekały ma na imię Gaudenty. Tu w szkole mu je skrócili na Denty, a odkąd nosi aparat na zębach, to mówią na niego Dentysta.

Gaudenty Czekała. OK.

 

Co jest? – zdumiał się Ziutek, gdyż Nora zerwała się od stołu. Stała przez moment w pomieszaniu, płonąc nagłym ogniem zdradzieckiego rumieńca, po czym wypadła z kuchni. Tylko w ten sposób mogła ukryć swe uczucia.

Wiedziała, o, dobrze wiedziała, kim był Gaudenty! Nie wiedziała tylko, że to on jest owym Dentystą!

Psiakrostka, on! On! Właśnie on! Ależ to okropne! Okropne!

Aż się skręcała ze wstydu.

 

(…)

 

Józek wybrał sobie świetny zawód, pomyślała Nora. Piękny, ciekawy i pełen wyzwań. Twórczy a konkretny.

Ciężki, niewdzięczny i wymagający bardzo twardego tyłka.

 

A może i ona mogłaby zostać architektem? To jest coś dla niej. Tak, umiałaby się w tym zawodzie odnaleźć. Tak, dawałby jej radość i satysfakcję. I tak, poradziłaby sobie na pewno! Czuła to.

Z tym strychem to już kuzyn dokonał istnych cudów. A jaka odważna to była decyzja!

Zwłaszcza pod względem finansowym. A mowa o młodych ludziach na dorobku. Na tym etapie życia zawodowego architekt zapierdala za grosze i tego typu inwestycja to ostatnie, o czym by pomyślał.

No właśnie, nie wiadomo, kto za to płaci. Dorota i jej babcie? Ida i Marek, niezależnie od pieniędzy ładowanych w Ruinkę? Reszta klanu Borejków? Bo przecież nie Józek-student.

Po raz kolejny widzimy, jak autorka usiłuje nas przekonać, że bohaterowie są szlachetnie ubodzy (te używane samochody itp.), podczas gdy ich działania temu przeczą.

 

I co to musiała być za frajda – zdecydować o wywaleniu dwóch całych ścian szczytowych!

Tak btw, kto to robił? Józek z Chrobotem do pomocy???

 

W dodatku, dziwna rzecz, choć te szklane ściany na przestrzał były bardzo nowoczesnym rozwiązaniem, zachowany został dawny charakter tego budynku. Skądinąd pięknego na swój sposób.

Na każdy sposób, właściwie.

Im dłużej się przyglądała temu domostwu Rumianków, tym bardziej ją fascynowało.

Przede wszystkim – było pięknie położone. Dom znajdował się w samym centrum zielonej dolinki i właściwie z każdego okna widok tu był zachwycający.

W wieku dziewiętnastym i na początku dwudziestego wiedziano, jak wybierać miejsca pod domy! Ale także – znakomicie umiano je projektować i budować.

Bo potem to już paaaanie, szkoda gadać, jaka architektura? Mokry dół, zaułek morderców, barak nazwany pałacem sprawiedliwości!

 

Nawet w tej starej, zupełnie zwyczajnej wiejskiej chałupie wszystko było przemyślane, funkcjonalne i na miejscu, wielkość pomieszczeń świetnie obliczona, wszelkie proporcje idealne, a więc miłe dla oka, stolarka solidna, mury grube, zaś proste, kamienne podłogi wyglądały na wieczne.

Dobrze by było kiedyś zaprojektować coś równie doskonałego. Ale na miarę nowych czasów.

Tak pięknie tu było, tak zacisznie, że Nora wcale się nie dziwiła młodej parze, która zamierzała osiąść na wsi na stałe. W dodatku Dorota powiedziała, przy tym długotrwałym (i znów to słowo użyte na siłę i nie całkiem trafnie), pysznym śniadaniu (był jeszcze placek ze śliwkami i kruszonką, drożdżowy!), że za żadne skarby nie mogłaby mieszkać w mieście. Poza tym nie zostawiłaby przecież swoich staruszek z tym wszystkim. Józinek się z nią zgadza (tak, tak właśnie się do Józefa zwracała: Józinek! – a on wcale z tego powodu nie protestował, jak to miał zwyczaj robić w ciągu minionych lat), będą więc stąd codziennie dojeżdżali na zajęcia.

Nora spytała, czy autobusem, a wtedy Józef się zaśmiał, bardzo miło, jak to on, i powiedział, że początkowo tak planowali, ale przypadkiem poznał sekret: podobno będzie jakiś rodzinny prezent zbiorowy.

Ziutek wpadł w zapał i wyznał, że on też już to wie. Podsłuchał mianowicie naradę trzech ciotek i swojej mamy, a potem już tylko obserwował, ile kolejno dają kuzynki i kuzyni.

Ziutek-szpiegutek. Ten to będzie rodzinnym księgowym.

 

Zdradził też, że ze składki zwolnili się Ignacy z Agą, bo mają teraz dużo wydatków, ale za to Aga namalowała specjalny obraz.

Spryciarze 🙂 Tymczasem składka nie ominęła ani Patrycji, której oszczędności poszły na ratowanie ziemi przed Straszliwym Supermarketem, ani Idy z kosztownym remontem Ruinki na głowie, ani Gaby i Grzegorza, remontujących z kolei mieszkanie na Roosevelta, ani Natalii, która… no, na pewno też miała jakieś wydatki.

 

Jaki – nie powiem! – dodał. Jednakże nie starczyło mu siły woli, by w obszarze tajemnicy poliszynela (sic!) zachować markę zakupionego zbiorowo samochodu. Nieproszony wyjawił, że będzie to fiat panda.

Używany. Tylko na tyle im starczyło – dorzucił rzeczowo i cmoknął z pewną dezaprobatą.

O-czy-wiś-cie.

 

Uwielbiał swego starszego brata i życzył mu wszystkiego, co najlepsze.

Józek zatarł ręce, ucieszony, a babcie Doroty pospieszyły, zakłopotane, z wyjaśnieniem, że od nich będzie niestety tylko skromny i symboliczny prezencik, ale za to wyjdą z siebie jeśli chodzi o ucztę weselną.

Sąsiadki pomogą, jak to jest u nas w zwyczaju, Marciniakowa porobi pasztety, od Walkowiaków będą szynki jałowcowe, a ta Nowakowa, co ma jeszcze stary piec chlebowy, upiecze z dziesięć dużych bochenków na swoim zakwasie, tak po staremu, na liściach kapusty. Co to jest za chleb! Aż pachnie!

Bo inne chleby, to wiadomo, nie pachną.

I tym samym całe wesele opędzi się kanapkami z pasztetem 😉

 

Tylko tort zamówiłyśmy w cukierni „Ibiza”, cały biały, z młodą parą na czubku. Będzie wielki, trzypiętrowy, bo chyba dużo gości przyjdzie.

Chyba dużo gości” – czyżby na dziesięć dni przed weselem nie wiedziały, ilu dokładnie?

(Spoiler: owszem, nie wiedzą. Sprawą przygotowań do wesela zajmiemy się w kolejnym odcinku.)

 

Ho, ho, na pewno w domu się nie pomieścimy. Więc wesele będzie na dworze – dorzuciła babcia Andzia. – Po dawnemu. Żeby tylko pogoda była!

No tak, jak się ogłasza zamiary ślubne na dwa miesiące przed, to trudno znaleźć salę w jakimkolwiek domu weselnym.

(Ale nie, chodzi raczej o to, że z jakiegoś powodu MM za doskonały pomysł uważa urządzanie wesel we własnym mieszkaniu – Ida takie miała, Laura takie miała, teraz Józek.)

 

Będzie, będzie. Raz, że zapowiadali, a dwa, że wrzesień tu zawsze jest spokojny, aż do połowy. Potem dopiero wiatry przychodzą.

Moja mama i ciotki mają inne przeczucia – zdradziła Nora.

E tam! – zbył sprawę Józek, nawet na nią nie patrząc. – Nic się nie zdarzy. A jeśli nawet, to co z tego.

A suknia? – spytała Nora niespokojnie: Laurze przecież Fatum Ślubne wywiozło suknię ślubną w dniu ślubu. Do Lublina.

Do Zamościa!

 

Ale babcie Doroty zaraz ją uspokoiły. Jest suknia, jest, wisi zamknięta w szafie, w foliowym okryciu, nic się jej stać nie może.

To bardzo źle wróży. Pewnie myszy ją zeżrą albo kot obsika.

 

Zabrały Norę do bocznego pokoiku i pokazały prościutką białą sukienkę – długą, ale bez żadnych ozdób.

OCZYWIŚCIE. Cud, że nie ubożuchny kostium po babuni.

 

O! – powiedziała Nora.

A bo ta nasza Dorotka jest za skromna! – użaliła się babcia Andzia. – Sama sobie taką wybrała, z katalogu. Zamiast iść, jak Pan Bóg przykazał, do krawcowej.

Jest w porządku – wystąpił z boku Ziutek. – Nie lubię, jak się dziewczyny stroją do ślubu. To nie jest bal.

Taki mały, a już stetryczały…

To tkwi w genach…

E, powtarza po braciszku. Ukochanym. Takim męskim, szczerym z kościami, autentycznym, że ojej.

 

Dziecko, ty się nie znasz! Raz w życiu trzeba się ustroić, to jest wielki dzień, a panna młoda musi się wszystkim podobać!

A ja – głupia! – myślałam, że musi się podobać przede wszystkim sobie.

 

Ale nie, uparła się, ona wszystkim nie musi, powiada. A ten nasz Józuś, zamiast swoje zdanie mieć, to tylko jej potakuje, co by nie mówiła. Głowę stracił do reszty, do reszty!

Za nimi dał się słyszeć w odpowiedzi cichy, podwójny śmiech, a kiedy Nora się ukradkiem obejrzała, zobaczyła, jak narzeczeni, wyciągając ręce, suną ku sobie równomiernie przez kuchnię.

Niczym para zakochanych dementorów.

TAK! Bogowie, jak fachowa, bądź co bądź, pisarka mogła popełnić takie zdanie, jest wybitnie i wbrew, jak mniemam, zamiarowi, śmiechogenne 🤣.

Mnie to się kojarzy z tym obrazkiem z czternastoletnią Idusią, której oczy zapuchły od niedokładnie zmytego makijażu i teraz idzie przed siebie na ślepo…

O, z tym:

❤️

 

Jakby ich przyciągał potężny magnes! Padli sobie w objęcia. Dorota ułapiła Józka w pasie, on ją mocno ogarnął ramionami i stali tak bez słowa, i stali, i stali, czoło w czoło, z przytulonymi głowami, z zamkniętymi oczami, lekko tylko się kołysząc. Ach! Potęga prawdziwej miłości! Wydawało się, że świat dla nich przestał istnieć i że nic nie mogłoby ich rozłączyć.

Ach! Ach!

Każdej samotnej ekstrawertyczce pękłoby serce na ten widok.

 

A wróćmy jeszcze na chwilę do planów ślubnych Józka.

Kuzyn Józinek oznajmił tuż przed wakacjami, że tuż po wakacjach weźmie ślub z Dorotą Rumianek” – wspomina Nora. No ja nie wiem, ale dla mnie takie to trochę ni w dupę, ni w oko. Chodzą ze sobą od czterech lat, jasne, że nie chcieli się chajtać od razu (choć zaręczyli się na pierwszej randce), popieram pomysł poczekania, aż… eee… na przykład skończą studia.

No ale nie skończyli. Kuzyn Józinek, rocznik 1994, ma w czasie akcji lat 23 i studiuje architekturę, Dorota studiuje medycynę. Dobra, powiedzmy, że po kilku latach uznali, że to już czas – ale dlaczego taki pośpiech? (Zwykle to by się podejrzewało dziecko w drodze, ale tutaj – nie). Dlaczego nie mogli ogłosić swojej decyzji np. poprzedniego roku zimą, dać sobie i rodzinie czas na przygotowania? Przecież zdecydowani byli od samego początku.

No właśnie, a kwestia przygotowań… Mwahahahahaha! *wybucha śmiechem mrocznym a złowieszczym* Stay tuned!

 

Po żywych gawędach oraz sowitym obiedzie (pieczona, i to na maśle, tłusta kaczka z jabłkami i majerankiem) Ziutek, na szczęście, został z bratem w celu dalszego wkręcania śrubek.

Tłusta kaczka na maśle, no doprawdy, Ida powinna z taką synową osiwieć ze zgryzoty.

Zwykłam piec tłuste kaczki kilka razy w roku, dokładanie im masła kompletnie mija się z sensem, bo w samej kaczce jest tyle tłuszczu, że swobodnie w nim pływa.

 

(…)

Nora wraca przez las i rozmyśla o Gaudentym. Long story short: przystojny, popularny chłopak, w którym była zakochana przez całe gimnazjum, a on jej nie zauważał. Jednakże nieortograficzne esemesy nie pasują do Gaudentego, gdyż jest on laureatem olimpiady polonistycznej. Ot, zagadka.

 

[Mail od Gabrieli] czyli bezsensownej historii powrotu Róży na ojczyzny łono odsłona pierwsza.

 

Kochane Siostry,

wysyłam tego maila do Was wszystkich jednocześnie, żeby się nie powtarzać. Przepraszam, że tak długo się musiałyście denerwować, ale napięcia tu były takie, że nie miałyśmy z Różą głowy do niczego. Zresztą zupełnie nie wiedziałam, co powiedzieć i napisać, dopóki nie zapadły postanowienia. A te zapadły dopiero kwadrans temu!

Tak przypomnę, że Gaba pojechała do Róży na początku wakacji, teraz mamy wrzesień. Nie pisała, nie dzwoniła, nie odbierała telefonów. Mimo to rodzinka nie wykazuje oznak szczególnego zdenerwowania.

 

Zacznę od ważnego zastrzeżenia: piszę tylko do Was, a to znaczy, że macie nikomu na razie nic nie zdradzić. Początkowo Róża uważała, że nawet Wam nic powiedzieć nie możemy, po prostu przyjedziemy sobie nieoczekiwanie wszyscy, ja, Róża (nic to, że ciut nieswoja i zapuchnięta od płaczu) i dzieci, a nasza rodzina jest na szczęście taka dyskretna i taktowna, nie ma obaw, że ktoś zacznie coś podejrzewać, zastanawiać się, albo i, co gorsza, o coś zapyta, ale przekonałam ją, że tylko my cztery – jak zawsze – w niepokonanej drużynie silnych sióstr damy radę problemowi.

A oto ów problem: Fryderyk Schoppe zamieszkał nagle w Stanach, zrobił to dość zręcznie, bo tuż przed moim przyjazdem do Oksfordu, tak że trafiłam na gotowe i już od razu mogłam wspierać zapłakaną Różę.

Moim zdaniem spierdolił, gdy tylko usłyszał, że teściowa przyjeżdża.

Jakoś nie potrafię mieć mu tego za złe 😉

Możliwe, że macie rację, jako że Fryderyk jest astronomem, trudno mi sobie wyobrazić tak pilną sytuację – nic nie wspomniano o komecie zagrażającej życiu na ziemi 😉

 

Otóż genialnego i niezastąpionego Fryderyka gwałtownie – jak on sam twierdzi – potrzebują w USA, z uwagi na długofalowy a pilny projekt badawczy o (jak on sam sugeruje) przełomowym znaczeniu dla ludzkości. Jego rodziny natomiast (jak on sam dodał) bynajmniej tam nie potrzebują.

To, co napisałam, powinno Wam wystarczyć jako zarys nieciekawej sytuacji, z której obecnie wyjście jest tylko jedno: muszę córkę i wnuki przywieźć do domu.

Przez te dwa letnie miesiące Róża na przemian to stawiała mi opór (twierdząc, że musi być na miejscu i wiernie czekać), to znów traciła nadzieję i skłaniała się do powrotu.

Wygląda to tak, jakby całe życie Róży w Anglii było uwieszone na Fryderyku. Jakby oprócz niego nie miała tam nic – pracy, znajomych, zainteresowań, zobowiązań. Kiedy zabrakło Fryca, pękła jedyna nitka łącząca Różę z Oksfordem.

No pewnie, przecież w ogóle całe życie Róży było uwieszone na Fryderyku, od ich „zaręczyn” w stogu siana. Ona jest przecież glutem bez zainteresowań i bez charakteru, Miągwa to przy niej skrzyżowanie Supermana i Spidermana z domieszką Arsena Lupin.

 

I tak da capo. Jednakże mąż ułatwił jej decyzję, a mianowicie oświadczył przez telefon, że wyjechał na jeszcze dłużej niż początkowo przypuszczał, lecz więcej nic powiedzieć nie może ze względu na tajemnicę służbową.

Ani chybi wysłano go do Los Alamos! Astronoma? 😀

Oczywiście! Teraz wszystko jasne! To po prostu “Głos Pana” wersja 2.0!

 

Los dodatkowo sprawił, że termin wynajmowania przez nich tego domku w Oksfordzie właśnie minął, toteż Fryderyk uznał, że nie warto przedłużać umowy, gdyż dzieciom i Róży najlepiej będzie w ojczyźnie, wśród pomocnej jak zawsze rodziny. Oczywiście.

I oświadczył jej to znienacka przez telefon. Bohaterowie Musierowicz – wszyscy, jak jeden mąż! – mają zadziwiającą tendencję do zachowywania się jak pięciolatki bawiące się w dom i do robienia różnych rzeczy nagle, bez przygotowania, bez przemyślenia i bez oglądania się na innych.

Ja w tych słowach Fryca słyszę gryzącą ironię. Coś mi się widzi, że tutaj długo, latami całymi może trwało takie przeciąganie liny: kto silniejszy, kto będzie ważniejszy dla Róży, on, czy matka. Z innych książek wiemy, że Gaba miała zwyczaj odwiedzać córkę często i siedzieć tam długo; może tutaj Fryderyk już ostatecznie się poddał.

 

Cóż, jakoś dałyśmy radę. Co do pomocnej rodziny – jak zwykle świetna okazała się Hildegarda, która bardzo się wstydzi za brata (znowu!); przyjechali specjalnie z Londynu i pomogli nam we wszystkim, ona i ten jej walijski mąż, bardzo miły zresztą (znowu zapomniałam, jak on ma na imię).

Rozumiem, ktoś pomaga ci ogarnąć życie, gdy jesteś w totalnej rozsypce, przyjeżdża specjalnie do ciebie, a ty nawet nie umiesz zapamiętać imienia. Codziennie przy śniadaniu witasz go per “mały łysy w kapeluszu”.

Jeżu, już przyznałaby się, że nie wie, jak się pisze to jego walijskie imię, a nie wymyślała głupie wykręty.

Cóż, ten walijski mąż nie jest z Borejków, cud, że w ogóle uznajemy, że ma to swoje jakieś tam imię.

 

Zaproponowali nam też pobyt u siebie, dopóki wszystkiego nie załatwimy.

Tak więc, kiedy tylko udało mi się Różę ostatecznie przekonać do wyjazdu, ruszyliśmy wszyscy do Londynu i stąd oto w niedzielę rano polecimy do Poznania. Piszę o tym tak późno, bo do teraz nie było pewne, co Róża w swej desperacji postanowi. Przeważył jednak początek roku szkolnego, to ją ruszyło, a ja dołożyłam wzmiankę o ślubie Józka.

Nie pojmuję kompletnie, dlaczego początek roku szkolnego w Polsce miałby mieć jakikolwiek wpływ na decyzję o nagłej przeprowadzce.

No wiesz, jest rok 2017, właśnie zaczyna wchodzić w życie reforma Zalewskiej, tyle się pewnie nasłuchały o tym, jaka teraz polska szkoła będzie super, że nie mogą sobie odpuścić uczestnictwa w tym eksperymencie!

No dobrze, a teraz poważnie: to nie jest coś, co się załatwia w pięć minut. Obecnie wygląda to tak:

https://www.gov.pl/web/edukacja-i-nauka/informacja-o-ksztalceniu-w-polskim-systemie-oswiaty-osob-przybywajacych-z-zagranicy

Początek roku szkolnego w UK i PL mniej więcej się pokrywa, więc ma sens planowanie przenosin w wakacje, w kontrze do środka semestru. No ale nie na dzień przed, bądźmy poważni. Żeby nie było: nie wieszam tak zupełnie psów na Róży, bo dorośli ludzie mają bardzo różne motywacje żeby zmieniać miejsce i kraj zamieszkania – i nagłe pozostanie samemu bez żadnej sieci wsparcia, jeśli się samemu nie zżyło z nikim, jest bardzo trudne. Ale dzieci to nie przedmioty i tego typu przeprowadzka generuje bardzo dużo problemów – tak czysto naukowych, jak i emocjonalnych, i powinno się tym dzieciom okazać kawał porządnego wsparcia. I tak hojnie zakładam, że te dzieci znają język polski na tyle, by płynnie się nim posługiwać w mowie i w piśmie…

 

A więc lądujemy na Ławicy o dziesiątej rano, w niedzielę. Grześ po nas wyjedzie.

(…)

Nutria, dla Ciebie mam zadanie numer jeden: piorunem załatw przeniesienie Karolka i Mili do szkoły Damazego. Wszystko zeskanowałam, masz w załączniku. Na razie powinno wystarczyć. Wiem, wiem, że rok szkolny zaraz się zaczyna, ale przecież ich jeszcze wcisną, sytuacja jest wyjątkowa. Poproś! Może niech Adam też poprosi.

Ha, ha, ha.

Gabuniu, luzik. Dzieci są objęte obowiązkiem szkolnym, nie trzeba uruchamiać wszystkich znajomości na ziemi i w niebie, żeby je gdzieś upchnąć. Któraś ze szkół je przyjmie, wiem co mówię, ta, w której pracowałam przyjmowała dzieci nawet w środku roku szkolnego. A nie był to Poznań, a jedyna szkoła w małej miejscowości – lecz choćby w klasie było i czterdzieścioro dzieci, musiała je przyjąć, gdyż przepisy.

 

Iduś, Tobie zlecam dyskretną troskę o zdrowie Róży, i to od razu, bo nie jest za dobrze; sama zobaczysz. Skarży się na ciężkie migreny.

Pulpecie, do Ciebie się zwracam z prośbą o locum*. Czy możemy po powrocie na jakiś czas zatrzymać się u Was, Grześ i ja? Wystarczy nam byle kącik. Postanowiliśmy zostawić do dyspozycji Róży i dzieciaków nasz pokój przy Roosevelta, niech czują, że wrócili w znane, bezpieczne miejsce i że mimo wszystko mają na tym świecie jakiś dom. Na razie dobrze im tam będzie. A potem się zobaczy.

Na litość Bora, COOOO??? A co z osobami, które tam teraz mieszkają, czy nie wypadałoby tego z nimi omówić?

 

My z Grzesiem przeliczymy nasze zasoby, które dość silnie ostatnio stopniały, i może starczy nam na jakąś bardzo, bardzo używaną kawalerkę.

Rozumiem, że chodzi o kawalerkę z rynku wtórnego, a nie nówkę sztukę od (pato)dewelopera, ale czy ktokolwiek opisując mieszkanie użyłby tego ulubionego słowa Borejków? “Niewielkie”, “ciasne” to tak, ale “używane”?

Ale… dlaczego to oni muszą sobie kupować kawalerkę? Przecież akurat oni mają gdzie mieszkać – dlaczego to nie nowe pokolenie będzie szło na swoje?

Nie no, nowe pokolenie ustaliło z rodzicami, że będzie mieszkać właśnie tu; zresztą wyremontowali mieszkanie na Roosevelta – dla siebie. A teraz… No cóż, można byłoby zrozumieć tymczasową sytuację “potrzebny nocleg dla Róży, póki się czegoś nie ogarnie”, ale w kontekście kawalerki to wygląda tak, jakby Gaba zamierzała zainstalować tam Różę na stałe (oczywiście, że bez pytania Ignasia i Agnieszki, BO PO CO).

 

A jak nie, to weźmiemy kredyt. Gadaliśmy o tym przez telefon tyle, że aż nam obrzydło. Ale na razie przed nami dwa ważne wydarzenia, ślub i narodziny, a na resztę przyjdzie czas.

Dlatego w tej chwili powinnyśmy znać sprawę tylko my cztery. Nic nikomu nie mówcie szczegółowo, dobrze? – nawet mężom! Zwłaszcza że my tu z Różą jeszcze nie do końca rozumiemy, co właściwie zaszło i jak się to skończy.

Dwa miesiące rozkminiały i nadal nie wiedzą, na czym stoją? Może Róża z wrodzoną borejkowską dyskrecją nie rozmawiała o tym z mężem, bo nie.

 

Przemilczmy to (AAAAAAAGHRRRR!!!!!), bo Babi z pewnością się będzie zamartwiać, nasz ojciec wyzwie Fryderyka na pojedynek, narzeczeni pomyślą, że to dla nich zła wróżba, a pozostałym zwarzą się nastroje.

Przemilczmy to! Borejkowska rada na wszystko.

Ale ani Babi, ani Dziadzi nie zamartwiali się, że córka i wnuczka przez dwa miesiące nie dawały znaku życia.

 

Poza tym – taka sytuacja (ja jedna wiem, tak, ja, tylko ja, ja jedna, najjedniesza! jak bardzo bolesna!) raczej nie powinna być zbiorowo roztrząsana przez ochoczą rodzinę.

To ciekawe, bo w tej rodzinie ochoczo roztrząsa się mnóstwo rzeczy prywatnych, bolesnych i nieprzyjemnych, tylko akurat nie tych, które powinno się zbiorowo roztrząsać.

ONA JEDNA WIE, JAK BARDZO BOLESNA, NIKT NA ŚWIECIE NIE PRZEŻYŁ TAKIEJ TRAGEDII JAK GABRIELA. OCZYWIŚCIE.

 

Im mniej się o takich sprawach gada, tym lepiej – najlepsze wyjścia ujawniają się w ciszy, a dyskrecja sprzyja dobrym rozwiązaniom.

Totalnie tak. Dlatego zwiał na antypody Janusz, dlatego ucieka teraz Fryderyk. Przez tę celebrowaną przez Borejków ciszę (czytaj: “poczekamy, może się samo rozwiąże”).

Matko, co za stek bredni!

Całej rodzinie Borejków nieustająco dedykuję to motto z Odmętów Absurdu. Powinni je sobie powiesić centralnie na swojej świętej tablicy korkowej.

 

(chyba już to zresztą wrzucałam do którejś poprzedniej analizy… No ale cóż, u Borejków nic się nie zmienia)

 

A reszta – potem.

Bene vale!*

Gaba

 

Zreasumujmy: termin wynajmu domu minął. I landlord nie przypomniał się wcześniej, nie pytał o przedłużenie umowy? I Róża z dziećmi tam sobie mieszkała dalej, choć termin minął? A teraz wraca do Polski, bo Fryderyk wyjechał i nie wie, kiedy wróci?

Róża ma dwoje dzieci w wieku szkolnym. Dla obojga Anglia jest domem i ojczyzną; co prawda Mila urodziła się jeszcze w Polsce, ale wyjechała jako malutka dziewczynka. Jedną idiotyczną decyzją Róża pozbawia ich całego dotychczasowego życia: języka, kolegów, domu, szkoły. Szkoły! Te dzieci mają teraz pójść do polskiej szkoły, i już pomijam oczywisty szok kulturowy, ale czy mała Mila wie na przykład, co to jest przydawka? Albo stułbia? Albo iloczyn? (Oczywiście wie to, ale wie po angielsku, że tak powiem.)

Co ze zgoła odmiennym programem nauczania, z innym stylem nauczania?

Czy jest bardziej absurdalny wątek w tej książce?

No cóż, kiedy omówimy wątek przygotowań do wesela, możemy zrobić na ten temat ankietę wśród Czytelników.

Wiesz co, ja tu nie tyle widzę idiotyczną decyzję Róży, co przemoc ekonomiczną ze strony Fryca. Jeśli tylko on ma pracę (a tak to wygląda), to na podstawie tego listu wnioskuję, że to on rozporządza życiem dzieci i małżonki jak przedmiotami – decyduje gdzie będą mieszkać, gdzie będą się uczyć i przestawia je jak pionki. Do tego chyba nie informuje Róży o swoich decyzjach z wyprzedzeniem, więc ja się nie dziwię, że ona ma nerwicę i migreny, skoro nigdy nie wie, gdzie następnym razem ją przesiedli kaprys Pana i Władcy Małżonka.

 

[Bla bla, siostry wymieniają maile, naradzając się, jak teraz zorganizować mieszkanie i życie rodzinne; wtrąca się też Florian]

 

Od dawna już przeczuwałam coś NIEDOBREGO. Biedna, kochana Pyzunia, dlaczego ją właśnie to spotyka? Ona tak MOCNO i boleśnie przeżywa

Tak wyglądają listy od Natalii. Wybrane słowa zapisane kapitalikami, nieznośnie pretensjonalne. No i oczywiście okazuje się, że Ida nigdy nie lubiła Fryca, a Natalia przeczuwała katastrofę, Kassandra ich mać.

 

Popłakałam się tu nad nią, zwłaszcza kiedy ją sobie przypomniałam taką malutką, ufną i poczciwą, wierną i niezawodną, jak wtedy, kiedy byłam z nią na pamiętnych (NERWUS!) wakacjach.

Drugi mail od Natalii, drugie wspomnienie Nerwusa. Czy wy też w każdym liście wspominacie romansy sprzed kilkunastu lat, mimo że nijak nie nawiązują do omawianego tematu?

U nich to rodzinne, ile lat Gaba wspominała Pyziaka?

Malutka Pyzunia, lat wówczas bodajże jedenaście…

 

Gaba, nie złość się na Patrycję! Zdradziła mi pod presją, czemu popłakuje po kątach i teraz każe mi się z tego tłumaczyć. Przecież rozumiesz, że musiałem znać powód tych łez. Dobrze żonka [AAAAAAA!!!!] zrobiła, że mi powiedziała, bo mam proste rozwiązanie i macie mnie słuchać. Bez gadania! Bo jak nie, to w ryj nahajem po białych plecach!

Zajmiecie oczywiście z Grzechem pokój po Ani! Będzie Wam trochę ciasno, ale to tylko na razie.

Uwaga generalna: nigdy żadnych kredytów! I nie wygłupiajcie się z kupowaniem kawalerki!

Floreczku kochany, jak to miło, że żyjesz w świecie, w którym wszystko da się załatwić bez kredytu, no ale nie każdy ma twoje zasoby finansowe.

Ludzie, to wszystko jest tak chore, że brak mi słów. Od momentu, gdy zaczyna się mail od Gabrieli, jestem wrzeszczącym oposem. Z dnia na dzień ktoś się komuś zwala na łeb, ktoś komuś rozpieprza plany, wymaga załatwiania „na wczoraj” różnych spraw, wywraca życie do góry nogami – to jest jakiś niewiarygodny horror! I przy tym – oczywiście! – planuje się przemilczanie, ukrywanie i słynną borejczą dyskrecję.

Jaką dyskrecję, do ciężkiej cholery, czy Gaba ma zamiar przebrać Różę i jej dzieci za renifery i udawać, że to świąteczna dekoracja?!?

A w to wszystko wkracza zdrowo szurnięty mąż, który oddaje nagle pokój córki.

Czy oni wszyscy są niespełna rozumu???

 

Ja tu się właśnie wziąłem za ten letni pawilon. Patrycja się śmieje, że realizuję marzenia młodości i dlatego wciąż coś buduję, ale prawda jest taka, że mi huragan zerwał całe pokrycie z dachu (to była licha dachówka papowa). Jak już się wziąłem, to porządnie, nie tylko za dach. Ocieplam całość styropianem, daję nowe okna, będę podłączać ogrzewanie. Jak Grzegorz chce, może mi pomagać – możecie się też dołożyć. Tylko się ucieszę, bo właśnie dokupiliśmy 1,5 ha od sąsiadki i trochę się spłukaliśmy – ale wierz mi, musiałem tę ziemię ratować, bo kobiecina chciała sprzedać Niemcowi!

AAAAAAAA!!!! Florian, ty ksenofobie cholerny! Mamy rok 2021, a nie 1821!

Aaaaaaaa. Czy to jest ten sam kawałek ziemi, na którym miał stawać Lidl-Senpai?

obrazek stąd

 

Brawo Florian, uratowałeś ugór i pustostan przed germańskim oprawcą.

 

No, ale do rzeczy: za dwa miesiące z letniej budki będzie już domek całoroczny.

Wszyscy bohaterowie tego ksiopka są nieprzyzwoicie bogatymi ludźmi, skoro tak ochoczo – i w dodatku wiedzeni kaprysami, nie koniecznością! – kolekcjonują nieruchomości oraz szastają forsą na cele budowlano-remontowe.

Popraw mnie jeśli się mylę, ale nie można ot tak sobie stawiać całorocznych budynków mieszkalnych gdzie popadnie, wedle kaprysu? Są chyba potrzebne jakieś zezwolenia, plan zagospodarowania przestrzeni też zwykle bywa istotny?

Postawi sobie wóz! Na tym nieużytku! I będzie codziennie przesuwał go to w jedną, to w drugą stronę, nasz Drzymała XXI wieku!

W kolejnym tomie poznamy wstrząsającą historię potrójnej kontroli przeprowadzonej przez złowrogi i bezduszny nadzór budowlany, który nałoży na nieszczęsny ród horrendalnie wysokie grzywny.

Do tego w przypadku secesyjnej kamienicy przy Roosevelta oraz stuletniej Ruinki (o ile ta druga jest wpisana do rejestru – co nota bene jest całkiem prawdopodobne) mogą jeszcze dojść kary za niedopełnienie obowiązków wynikających z ustawy o ochronie zabytków. Licząc wg stawek z 2019 roku, za niedopełnienie obowiązku informacyjnego od 500 do 2000, za prowadzenie prac bez zezwolenia od 500 do 500000.

 

Jest satysfakcja! Mały bo mały, dwa pokoje, ale solidny. A tam za domem jest jeszcze stara wygódka-sławojka, na kolejne urocze mieszkanko jak znalazł!

 

Wybijcie sobie z głowy kawalerkę! Zresztą nie widzę Was w kawalerce, z tą Waszą biblioteką. Za to widzę was w domeczku z przerobionego “letniego pawilonu”.

Patrycja będzie szczęśliwa, mając Cię tu na stałe.

Aż z tej radości popłakuje po kątach.

 

z tą Waszą biblioteką.

Zawierającą, jak pamiętamy, podwójne i potrójne egzemplarze większości książek, bo szlachetnie ubodzy Gaba i Grzegorz zawsze kupowali nowości wydawnicze po dwie sztuki, żeby się przypadkiem nie pokłócić, kto czyta pierwszy (McDusia).

 

A rodzice Wasi tym bardziej. Jeździsz w kółko z Poznania do nich i znów z powrotem, to będzie tego trochę mniej. Oczywiście będziecie musieli na odmianę dojeżdżać do pracy.

Znaczy, jeżdżenia będzie tyle samo, tylko w drugą stronę…

A nawet więcej, bo rodziców nie musiała odwiedzać codziennie, a jeździć do pracy będzie musiała.

 

Nie ma czego się bać, tu cała okolica dojeżdża i żyje.

I co rano kisi się w korkach na wjeździe do miasta, a co popołudnie kisi się na wyjeździe, produkując chmury spalin. A potem jęczy, że na nic nie ma czasu, bo pół dnia spędza w samochodzie.

A do katedry tylko dwadzieścia minut!

 

Jest nawet nowa linia autobusowa, prywatna, bardzo wygodna i niedroga, dacie radę. W ogóle na wsi żyje się znacznie taniej, wiedzcie o tym.

Któż by się przejmował kosztami codziennych dojazdów.

Z pewnością nie Florian, który pracuje na miejscu.

 

A więc postanowione! I bez protestów, bo to jest sensowna propozycja!

Uwaga! Ignasiowi to tylko dobrze zrobi, jak go zostawisz samego na Roosevelta. To znaczy, nie samego, oczywiście, tylko bez mamusi. Już czas, staruszko! Najwyższy czas! Zawsze mówiłem, daj mu spokój!

No, akurat Gaba to nie należała do nadopiekuńczych matek, WRĘCZ PRZECIWNIE.

 

I jeszcze coś, powiem to także bez ogródek: rodzice Wasi są coraz starsi. Przydałabyś się i im, i Patrycji.

Dobrze skalkulowałem, nie? Obie miałybyście mniej roboty!

Gaba to chyba akurat więcej…

W ogóle, gdyby nie chodziło o Świętą Gabryjelę Poznańską, podejrzewałabym, że pomysł z kupnem kawalerki miał na celu oderwanie się wreszcie od rodziny i urządzenie sobie domu oraz reszty życia tak jak sami chcą. No ale to Gaba, jak się do tej pory nie odpępowiła, to i na emeryturze tego nie zrobi.

 

Zresztą, co ja Ci będę gadać, dwa razy już byłaś teściową i babcią, więc wiesz: niech sobie sami radzą, tak jest najzdrowiej.

A co, poprzednie dwa razy skończyły się jakąś kosą na linii teściowa/zięć? Ta teoria, że Fryc uciekł przed Gabą, chyba nabiera mocy.

 

Już tylko się nie martw, poradzimy sobie!

Cześć. Florian

 

Z porośniętych chaszczami ruin baśniowej chatynki pozdrawiają zajęci pracami murarsko-tynkarskimi Analizatorzy,

a Maskotek piecze na węglach tłustą kaczkę na obiad dla strudzonej ekipy, polewając ją hojnie masłem z wiaderka.

 

Tu obiecany wątek o Ruince.

70 komentarzy do posta “99. Robota Chrobota, czyli Pani na Ruinach (Ciotka Zgryzotka, cz. 1)

  1. Przeczytałam i jakoś tak mi się słabo zrobiło… Nie wiem co gorsze – Ida, która staje się jeszcze gorsza, te cuda budowlane, Borejkowa dyskrecja, brak planowania czegokolwiek, załatwianie spraw na ostatnią chwilę…
    Brak mi słów na sensowny komentarz, więc tylko kłaniam się głęboko i dziękuję za kolejną dawkę tak ciepłej rodziny Borejków.

  2. Jestem jeszcze przed czytaniem, ale muszę, po prostu MUSZĘ napisać teraz, już, natychmiast: to najlepszy prezent noworoczny, jaki mogliście podarować swoim czytelnikom.
    Straciłam już nadzieję, że Musierowicz kiedykolwiek pojawi się na Niezatapialnej, ale dowiedliście, że nadzieja powinna umierać ostatnia.
    Dziękuję za tę analizę, bo wiem, że będzie to cudowne przeżycie <3
    Wszystkiego dobrego w nowym roku! Zdrowia, wytrwałości i wielu naszpikowanych głupotą ksioopek do analizy.
    A teraz z radością biorę się za czytanie.

  3. „Dobrze się stało, że ciotka Ida zjechała wreszcie na urlop. Na pierwszą o nim wieść (przedwczoraj) Nora natychmiast zażądała, by jej pozwolono przenieść się do ciotuni. Choćby na ten ostatni letni weekend. A najlepiej na całe dwa tygodnie. Żądanie podparła argumentem, że osławiona Ruinka położona jest na dzikim odludziu i że ciotka nie będzie tu bezpieczna, samiutka jak ten palec.
    Ten właśnie aspekt najwyraźniej przeważył. W to im graj! Rodzice zadali jej srogą pokutę, zrzucając na nią prace domowe i porządkowe, więc budowlane wydały im się zapewne idealnym uzupełnieniem dotychczasowych udręk. Zgodzili się! I oto dziś, przejechawszy na rowerze ponad dziesięć kilometrów przez upalne pola i lasy, mogła spocona Nora zasiąść – nareszcie bezczynnie! – przed tą stuletnią kupą gruzu”

    Chryste panie poniemiecki, czy Musierowicz myśli, że jest Reymontem? Przecież cały ten fragment brzmi jak wydarty z dziewiętnastego wieku. Brr.

    ” Matka podskakiwała. A biedne dziecko płakało. Siedziało w kąciku i tymi malutkimi rączkami zatykało sobie te malutkie biedne uszka.”

    Nie wyrobię, naprawdę nie wyrobię. Czy na koniec zajęć trzeba było obowiązkowo to dziecko opluć i skopać? A może była to bosa „dzieweczka” próbująca sprzedawać zapałki? I domyślam się, że okoliczne małe pieski i kotki już wszystkie „zumbaba” wymordowała?

    Ida… z tą głupią nienawiścią do ludzkiego ciała, z tą ciągłą słowną agresją, jako człowiek naprawdę potrzebuje solidnej terapii. Jako postać literacka jest natomiast po prostu obrzydliwa. Nadaje się najwyżej na szwarccharakter, który trzeba pokonać, a i na to jest zbyt topornie ciosana.

    „pod moją nieobecność doprowadził elektryczność, wykopał kanalizację oraz szambo i zręcznie połączył to wszystko ze sobą”

    …czyli kanalizacja i szambo są obecnie pod prądem?

    Co do pytania, czy Marek zna imiona pielęgniarek i czy mówi im „dzień dobry,” to wiem, o co chodziło, ale natychmiast pomyślałam sobie, że owszem, zna, zna ich imiona, znaki zodiaku, rozmiary stanika i ulubione czekoladki. Oraz przelatuje je wszystkie, rotacyjnie, według grafiku. Dlatego w domu jedynie śpi.
    Mając żonę taką jak Ida facet naprawdę z radością zostałby wspaniałym, etycznym i szanującym kochankiem całego personelu szpitala.

    „córki starszej, tej, która już opanowała – i to aż nadto dobrze! – sztukę nieprzysparzania kłopotów i niewykrzykiwania prawdy w oczy”

    Borze. Borze zielony, chłodny i miłosierny, przecież to jest jakiś koszmar. Ja rozumiem, o co miało chodzić, miało chodzić o nastoletnie fochy i dąsy, ale wyszło coś strasznego. Jeśli kiedyś spotkam rodzica, który będzie z satysfakcją monologował o tym, że jego dziecko nauczyło się nie sprawiać kłopotów i nie wykrzykiwać prawdy w oczy, czym prędzej postaram się skontaktować poufnie z tym dzieckiem i być może, z pomocą koleżanki terapeutki, zaplanować interwencję.

    „W Poznaniu, w centrum starych Jeżyc, na wysokim parterze secesyjnej kamienicy przy ulicy Roosevelta 5, także trwał optymistyczny i krzepiący remont, i to nawet teraz, kwadrans przed północą.”

    Ten „optymistyczny i krzepiący remont” brzmi jak wyjęty żywcem z „Kryzysu Wieku,” tylko że tam to jest czysty destylowany sarkazm, a tutaj… trudno powiedzieć, co.

    Agnieszki-malarki nawet nie chce mi się komentować. Od wielu tomów MM nie stworzyła właściwie żadnej ludzkiej postaci, tylko zlepki stereotypów i dziewiętnastowieczne Ideały, ale anielica-artystka wybija się chyba na czoło. Szkoda że nie stała i nie malowała na tej drabinie w jedwabnej sukni swojej prababki hrabiny, śpiewając starogreckie psalmy.

    „Im mniej się o takich sprawach gada, tym lepiej – najlepsze wyjścia ujawniają się w ciszy, a dyskrecja sprzyja dobrym rozwiązaniom”

    Przecież to by można verbatim przepisać do jakiejś Pani Dulskiej, albo jednego z tych wiktoriańskich melodramatów, gdzie panna wychodzi za szubrawca bo nic nie wie i nie ma wyboru. Tylko że takie utwory nie miały być wzorami, jak to robić.

    Ogólnie… rozpacz. Szczera, prawdziwa rozpacz, nad tym stekiem bzdur, nad tym koszmarnym stylem, ale nade wszystko nad autorką, która kiedyś potrafiła ciepło i, tak, miło pisać o młodych dziewczynach i ich rozterkach, a teraz opisuje je z protekcjonalną pogardą albo robi z nich manekiny napędzane własnymi uprzedzeniami.

  4. Marek jest ojcem od 20+ lat, serio trzeba mu pisać szczegółową instrukcję jak zajmować się własnym dzieckiem, włączając w to tak skomplikowane punkty, jak „nakarm go”?

    „W centrum tablicy zaś tradycyjnie pyszniło się tak zwane Zdjęcie Roku. Było to znowu dzieło Józka. Przedstawiało spanikowanego Ignasia w ślubnym garniturze, który, przed ołtarzem, a u stóp spowitej w biel Agi, na czworakach szuka upuszczonej przez się obrączki. Doprawdy ciekawe ujęcie.” – pomijając już tradycyjnie MIŁE traktowanie Ignasia przez rodzinę – Józwa świadkował na tym ślubie. Nie ma to jak świadek, który w takiej chwili miast pomóc panu młodemu wyciąga smartfona (bo z aparatem na szyi chyba nie siedział) i zaczyna cykać prześmiewcze focie.

  5. Z tym związkiem kręgosłupa z rosnącymi piersiami prawdopodobnie jest coś na rzeczy u osób starej daty. Moja babcia była święcie przekonana że ja (a także „wszystkie” nastolatki) garbią się specjalnie, garbią się dlatego żeby piersi wydawały się większe. Innego „powodu” garbienia się nie ma, a wszystkie dziewczęta garbią się z próżności i mogą przestać kiedy tylko chcą…

    • Ale jak to „większe”? Ja spotkałam ludzi którzy odwrotnie, uważali garbienie pleców za próbę ukrycia piersi, a prostowanie się za próbę wypychania ich do przodu i chwalenia się nimi (ponieważ nic, co robi żeński człowiek, nie może po prostu być okej, więc społeczeństwo znalazło nawet sposób na to, żeby dobra postawa była w naszym wykonaniu czymś złym). Nigdy nie słyszałam żeby garbienie się miało być dobre na cycki.
      Niesamowite, jakie głupoty ludzie są w stanie wymyśleć kiedy chodzi o ciała kobiet.

      A swoją drogą słownie upominanie „nie garb się” jest równie skuteczne, co mówienie komuś wściekłemu „uspokój się.” Jedyne co to sprawi to że człowiek nabierze wstrętu do własnych pleców, nic więcej. Proste plecy się ćwiczy przez wzmacnianie mięśni, a nie uzyskuje przez ględzenie.

      • Ida w swoim czasie (tzn. w czasie, gdy ona była nastolatką, a książki te można było z przyjemnością czytać) „garbiła się, by ukryć biust”. Może jej się przypomniało.

  6. Japindolę, autorka w wieku głęboko pobalzakowskim, chyba jakieś remonty czy budowy przeżyła, a opisuje je jak nastolatka, która wyobraża sobie, że remont wygląda jak na zdjęciach stockowych, roześmiana para macha wałkiem z farbą po ścianie.

    Co do dojazdów Gaby do pracy ze wsi, tu akurat bym się nie czepiała, przy pensum nauczyciela akademickiego (czy Strybina jest już profesorką?) zajęcia można spokojnie skomasować w dwa dni w tygodniu.

  7. Będę komentować na bieżąco.
    Z uwagami do kupna domku i lodówki mogę się nie zgodzić popierając to własnym doświadczeniem – moi rodzice kiedyś chcieli kupić rozpadający się dom na wsi, w którym nie było prądu i kanalizacji, za to była przegniła podłoga po której nie dało się chodzić, oraz znajdował się na szczycie bardzo stromego podjazdu. W końcu tego nie zrobili, ale z tego, co pamiętam, dlatego, że ktoś ich ubiegł. Więc są ludzie, dla których takie miejsca są atrakcyjne. Natomiast lodówki występują w różnych rozmiarach i jestem w stanie sobie wyobrazić, że ciotka Ida chciałaby na odludziu mieć taką mieszczącą zakupy zrobione na cały tydzień, tzn dużą. Sama mam w domu lodówkę, którą może dałabym radę przesunąć w pojedynkę, ale jednak wolałabym, żeby ktoś mi pomógł.

    Natomiast na wspomnienie położenia się w samej bieliźnie na starym leżaku wygrzebanym z zielska… Stare leżaki nawet, jeśli nie leżą w zielsku, mają tendencję do pleśnienia od wilgoci. I ogólnie bycia wilgotnymi. A znając zielsko, na leżaku jest pewnie sporo owadów typu pająki i inne takie. Osobiście wolałabym się położyć na trawie (mimo robactwa) niż na starym leżaku.

    Co do bycia Idy denerwującą ciotką i nieprzyjemną osobą – mam wrażenie, że o to właśnie mogło chodzić pani Musierowicz… nawet tytuł książki to sugeruje.
    Oraz jej obsesja na punkcie sylwetki innych jest kreowana (poza casusem Juzinka jedzącego wiele kiełbasy) raczej konsekwentnie, w tej książce także w ten sposób, że trudno podejrzewać, aby narrator uważał to za zdrowe podejście.
    Chciałam napisać, że wytykanie tego to trochę oburzanie się, że w książce postać negatywna robi złe rzeczy i że to tak, jakby twierdzić, że J. K. Rowling jest rasistką bo Śmierciożercy nienawidzą mugoli (co zabawne widziałam kiedyś takie stwierdzenie) ale z pomarańczowego komentarza wnioskuję, że chodzi o co innego.
    Tak więc na razie tu kończę czytanie i zostawiam sobie resztę na później 🙂

    • Z jednej strony tak, Ida jest kreowana konsekwentnie, ale z drugiej – ona nie jest śmierciożercą. Jest pozytywną bohaterką, członkinią pozytywnej rodziny, co najwyżej z dziwactwami… no właśnie, te jej obsesje w zamierzeniu prawdopodobnie mają być nieszkodliwym dziwactwem.
      Z jednej strony ona chyba faktycznie ma ośmieszać trendy odnośnie zdrowego żywienia itp. (zgodnie z przekonaniem MM, że zdrowe żywienie jest niesmaczne itd.), z drugiej – jej zachowanie jest wredne i chamskie, ale nikt nie zwraca na to uwagi, nie zostaje to w żaden sposób skomentowane. Ida ma pełne przyzwolenie na zachowanie się tak, jak się zachowuje.

    • O tym leżaku też pomyślałam, mniej więcej to samo.

      Co do Idy, to tak jak pisze Kura (oraz ja sama wyżej, cytowanie siebie samej, classy!) – owszem, z takim zachowaniem Ida mogłaby być czarnym charakterem tej książki. Antagonistką, tym kimś, kogo bohaterka musi jakoś przezwyciężyć, z kim musi sobie poradzić, albo może znaleźć przyjaciół z którymi połączy ją wspólna niechęć do agresywnej, toksycznej zołzy. Dursleyami tej powieści.
      Tylko że o ile mi wiadomo, po pierwsze nie tak będzie w książce. Ida będzie po prostu ubliżała siostrzenicy cały czas, bo tak, i nic. A po drugie, wokół Idy – w przeciwieństwie do Dursleyów – jest mnóstwo osób, które powinny ją przystopować, którym Nora powinna być w stanie się chociaż poskarżyć, którzy powinni choćby jakoś skomentować zachowanie Idy. Tymczasem jest przeciwnie – narracja informuje nas, że Ida jest inteligentna, oczytana, „charakterystycznie zgryźliwa” czy cokolwiek, nikt nie mruga okiem.
      Nawet sama Nora po prostu biernie akceptuje przemoc psychiczną ze strony ciotki, chociaż jako wzburzona nastolatka wykrzykująca prawdę w oczy powinna choć raz wrzasnąć coś naprawdę chamskiego i trzasnąć drzwiami.

  8. Uuuch, ten pańszczyźniany stosunek do Chrobota. Pazerny robol, prawda, z braku zajęć przesiaduje (!!!) na Roosevelta, ćmiąc te ohydne papierochy… A oto nasza łazieneczka, ślicznie ją umyśliliśmy, co? Kto kładł? No kto, robol oczywiście, na szczęście już sobie poszedł. Aż się rabacja galicyjska w kieszeni otwiera.

    Proponuję grę: znajdźcie bohatera, o którym Ida ani razu nie wypowiada się wrednie. Nawet anielska Dorota chce upaść Józaka-junaka!

  9. Ida się porównuje do Królowej Mrówek, ale jednocześnie myśli, że jest robotnicą zapierdalającą na pozostałe mrówki.

  10. Cudny początek roku!

    „– To jest jedna z najbardziej rozpowszechnionych skarg w okresie adolescencji”
    Adolescencja brzmi jak imię dla zakonnicy. Kto w ogóle używa takiego słownictwa poza pracami naukowymi?

    „Dojrzewanie! – cóż za okropny czas, gdy wszystko się biednemu człowiekowi dokumentnie kićka.”
    I bądź wdzięczna, że w ogóle pamiętają o twoim istnieniu, pannico!

    Nie wiem, jakiego smyrfona ma Nora, ale tych, które znam, nie da się “panicznie wyłączyć” jednym kliknięciem.
    Niektóre mają taki guziczek na boku.

    Czy z chorobami neurologicznymi nie jest tak, że rozwijają się długo, a nie pstryk jak katar czy zapalenie wyrostka?

    nie, to wcale nie to, o czym myślicie!
    Odpępowienie od matki-histeryczki?

    Ale dlaczego Łusia, która od zawsze miała hopla na punkcie języka polskiego i zamęczała wszystkich swoim gramatycznym upierdlistwem, nie poszła na polonistykę – jak każdy by się spodziewał – ale na japonistykę? Cierpliwości, ta zagadka rozwiąże się pod koniec powieści!
    W języku polskim osiągnęła już stan ponadmistrzowski, i teraz ostrzy sobie zęby na level wyżej?

    Albo i nie wyschnie, tylko zapleśnieje radośnie, bo nikt nie pomyślał o skuciu starego tynku z zawilgoconych ścian stuletniej, rozsypującej się ruiny z cieknącym dachem.
    To będzie jak łażenie po wnętrznościach rozkładającego się wieloryba. Turkusowego.

    Niebieskie z czerwonymi kokardkami. Ała, moje oczy.

    Oczyma wyobraźni już widzę gigantyczny, wielobarwny, zaiste cudowny… grzyb na ścianach.
    Jak w „Anihilacji”.

    Skoro niebawem szczęśliwa mamusia wdycha opary lakieru przez sen, to nie wiem, czy aby niebawem szczęśliwe dziecię nie urodzi się z mackami i trzecim okiem.
    Jaki kraj, taki Wilbur Whateley.

    „Łazienka była tym miejscem, w którym wybranka Ignasia przebywała najczęściej.”
    Czy w którymś momencie padały pod jej adresem takie określenia jak „nimfa”, „rusałka”, albo podobne?

    Wreszcie ktoś powiedział trochę prawdy o tej chorej rodzince.
    A widzisz? Czarownica! Nie poddaje się (jeszcze) normom rodowym.

    Niczym para zakochanych dementorów.
    Dzięki za tę wizję X-D

    ale dlaczego taki pośpiech? (Zwykle to by się podejrzewało dziecko w drodze, ale tutaj – nie).
    No przeca mówię, odpępowienie od Idusi – nieporadne bo nieporadne, ale takie geny.

    Kaczka w sosie kaczo-maślanym. Zimowe rezerwy energetyczne to na pół roku przed przygotowują…

    PS. Zajmiecie się kiedyś „Berłem Piasku”?

  11. Wiecie, moja mama 20 lat temu lubiła „Jeżycjadę” na tyle, że zainspirowana „Idą sierpniową” nazwała mnie imieniem głównej bohaterki. Także tego. Czytanie zanalizowanej „Ciotki…” to dla mnie dodatkowy ubaw.
    (aż się zastanawiam, czy mamie tej analizy nie podsunąć, bo ona tych nowszych tomów nie kojarzy i najpewniej nie wie, jak bardzo ta seria się zrypała)

    A że (niestety) mam w domu papierowe wydanie „Ciotki…”, to z ciekawości aż odświeżyłam sobie końcówkę i sprawdziłam, o co chodziło z tą japonistyką Łusi. Cóż, czego ja się spodziewałam.

    • Siostro w cierpieniu! Ja zostałam (nieoficjalnie) nazwana po tutejszej Gabryjeli Cierpiącej, która jest moją absolutnie najbardziej znienawidzoną postacią fikcyjna o tym imieniu. Serio, już bardziej lubię jakieś Gabriele – antagonistki, które topią małe kotki czy stosują chińskie tortury (oba przypadki z własnego doświadczenia książkowo-filmowego).

      A ja papierowego wydania nie mam, ergo o so cho z tą japonistyką Łusi?
      Bo jak na razie obstawiam, że:
      a) Łucja nie na japonistykę, tylko jak Róża na mężologię poszła;
      b) Łucja od zawsze się japonistyką pasjonuje, a wcześniej mowy o tym nie było, bo ukrywała to przed rodziną, bo przecież każdy normalny człowiek ukrywa przed własną rodziną swe równie normalne hobby;
      c) pani MM kolejną postać chce upupić – Upupiana Przez Autorkę Postać (w skrócie UPAP) miała zanieść dokumenty Łusi na uczelnię, ale UPAP jest oczywiście głupia jak but z lewej giry, toteż nie poradziła sobie z przeczytaniem tak długich słów jak polonistyka i japonistyka, a umieszczone obok małe flagi (jak przy nazwiskach skoczków narciarskich podczas transmisji zawodów) nie pomogły, bo UPAP pamięta tylko, że flaga Polski jest biało-czerwona, a czy pasek, czy kółko to już żadna różnica.

      • [UWAGA SPOJLER dla tych, którzy wolą sobie doczytać to w analizie w odpowiednim czasie, no bo to jest jednak sama końcówka książki]
        Otóż to. Odpowiedź A. Tyle że poniekąd jeszcze… bardziej, bo amant jest nie japonistą, a Japończykiem.

        Cóż, podoba mi się to, że to było tak bardzo przewidywalne, że od razu do zgadnięcia jako pierwsza opcja XD

        • Dziękuję serdecznie za odpowiedź.

          Cóż… dokładnie tak – wypisałam te opcje w takiej kolejności, w jakiej mi przyszły do głowy. Z ostatniej nawet zamierzałam zrobić fanfik równie absurdalny jak Mroczna Twierdza Mrocznego Mroku, ale nie bardzo mam teraz czas na takie zabawy – to raz, a dwa – nie wiem, czy spodobałoby się to Szanownej Załodze Armady.

        • [DALSZA CZĘŚĆ SPOJLERÓW]
          .
          .
          .
          .
          Ja też pamiętałam to z książki. To, że Łucja poszła na japonistykę, ponieważ zakochała się w Japończyku, zachwyca mnie w tym wszystkim najbardziej. Czy kogokolwiek z Was to spotkało, albo czy znacie przypadek, żeby jakiś cudzoziemiec zakochał się w Polce/Polaku i z tego powodu poszedł na polonistykę? Ujęte w ten sposób, brzmi to jeszcze bardziej niedorzecznie.

          • Na YouTube jest kanał dziewczyny, co studiowała polonistykę w Korei i ma chłopaka Polaka. Aczkolwiek nie przypominam sobie, co było pierwsze – ale strzelam, że studia, bo podejście do edukacji w Korei jest wręcz niesławne…

          • [JESZCZE DALSZA CZĘŚĆ SPOJLEROWANIA]

            Szczerze nie wiem, może i takie historie się zdarzają, i to w obie strony.
            W każdym razie, gdyby to się pojawiło w książce wolnej od dziwnych stereotypów i toksycznych postaw, pewnie dałoby się znieść, ale tak to… cóż, muszę to zaliczyć jako kolejny stereotyp. I to w pewnym sensie mi bliski, bo jako iranistka nie raz i nie dziesięć słyszałam pytania o to, czy nie wyjdę za Araba (sic) albo czy nie przejdę na islam. I część moich koleżanek z uniwerku podobnie. Najwyraźniej niektórzy ludzie myślą, że jeśli dziewczyny interesują się obcymi kulturami i językami, to tylko po to, by sobie złapać męża z egzotycznego kraju. ¯\_(ツ)_/¯

          • [i jeszcze ciąg dalszy tematu okołoSPOJLERowego]

            Na dodatek odnoszę wrażenie, że pani Musierowicz usilnie chciała wprowadzić jakąś kulturową różnorodność, tyle że… serio nie dało się na odwrót, że Łusia wpierw zainteresowałaby się Japonią (bo czemu nie, ludzie odkrywają nowe zainteresowania w różnym wieku przecież), a dopiero później poznałaby kogoś w związku z tym? Np. na jakimś stażu za granicą? Już wtedy byłoby w tym mniej, jak to ładnie CzarnyKot ujęła, mężologii.

          • [JESZCZE WIĘCEJ SPOJLERÓW]

            Dokładnie to miałam na myśli. Ponieważ my, kobiety, nie mamy innych zainteresowań poza mężologią. A co wydaje mi się w tym wszystkim jeszcze bardziej niedorzeczne, to fakt, że Łusia może sobie iść na japonistykę, żeby móc lepiej zrozumieć swojego chłopaka-Japończyka, podczas gdy on sam może o własnej kulturze nie wiedzieć zgoła nic, jeżeli np. jak dotąd nieszczególnie się nią interesował. Bo przecież nawet jeżeli jest intelektualistą (innych, może z wyjątkiem CKNUK-a, Borejkowie do rodu chyba nie wpuszczają), to może być z kolei zakochany, nie wiem, w kulturze brytyjskiej., i cały wysiłek umysłowy wkładać w jej poznawanie.

            Inną rzeczą, która bardzo mnie uderzyła w książce, był moment, w którym Łucja zaznacza w mailu do rodziny, że jej chłopak jest katolikiem i że bodajże poznała go na ŚDM. Niby wiem, że chodziło o to, by mógł być świadkiem na ślubie kościelnym Józka, ale wyznawanie tej samej wiary wcale nie jest w takich sytuacjach wymagane. W związku z tym to „Bez obaw, on jest katolikiem” napisane przez Łucję wydało mi się cholernie obrzydliwe.

  12. Miło że się pojawiliście i szczęśliwego Nowego Roku! Ta książka była tak napisana, że aż mnie wprost odrzucało od ekranu telefonu. Nawet wasze dopiski nic nie pomagały…ale recenzja jak zwykle świetna, naturalnie! Zachęcam także do spojrzenia na lekturę pt. „Te wiedźmy nie płoną” albo „Miss Independent”. Obie książki z tego co słyszałam i czytałam nie są zbyt dobre, więc możliwe że będziecie mieli nad czym się pochylić ^^
    Pozdrawiam! ^^

  13. Skoro Gabryjela pisze do sióstr (liczba mnoga), to powinno być nie „bene vale” a „bene valete”. „Miejcie się dobrze” zamiast „miej się dobrze”. Taka jest ta musierowska uacina – rekwizyt Prawdziwych Inteligentów, ale tak prawdziwy i wiarygodny jak drewniana szabla w teatrze.

    • Tak! Właśnie coś mi zgrzytało w tym pożegnaniu i nie wiedziałam, co (lektorat z łaciny na studiach miałam dawniej, niż śmiem się przyznać). Gaba w dodatku jest chyba filologiem klasycznym, więc skucha podwójna.

  14. Mam dwie córki w irlandzkim systemie edukacyjnym i jednym z wielu powodów dla których nie rozważam na razie powrotu jest myśl o przeflancowaniu ich do polskiej szkoły. To byłby dla nich autentyczny szok ten pruski styl z wkuwaniem i bieganiem „na galowo” z jakiejkolwiek okazji. Natomiast fakt że żadna z nich nie boi się szkoły i uczą się dużo jest dla mnie fantastycznym dowodem jak bardzo polska szkoła potrzebuje reformy, ale nie w wykonaniu Zalewskiej czy jak jej tam było.
    That being said, czasem trzeba. I potrafię zrozumieć Różę – z tego co słyszałam mieszkanie w Oxfordzie jest super, o ile masz związki z uniwersytetem albo sieć własnych znajomych. Inaczej jest dość ciężko. Więc rozważenie powrotu w jej sytuacji jest logiczne. Czego kompletnie nie rozumiem – to faktu, że nawet przez moment nikomu nie przyjdzie do głowy żeby spróbować ze szkołą z wykładowym angielskim. Z pewnością w Poznaniu jest jakaś. Dla mnie byłoby to oczywiste – nie chciałabym, aby traciły język kompletnie i chciałabym, żeby miały środowisko w którym będą się czuły kompetentne i pewne siebie językowo (mówią po polsku obie i biernie znają dość dobrze, ale zdecydowanie mniej instynktownie niż angielski). Co więcej tak właśnie zrobił mój kuzyn, kiedy powrócił na ojczyzny łono i świetnie się to sprawdziło dla jego córki, ułatwiając przejście. No ale tam mafia Roosevelta rządzi, tylko nasi znajomi i znajomi znajomych.

  15. I jeszcze dodam, że jako osoba z rodziny o dużym niemieckim odgałęzieniu odczułam autentycznie ogromną przykrość czytając o tym, jak to Broń Boże żeby ziemię Niemcowi sprzedać. Wszak to Kulturkampf i zabór tuż za rogiem, można by pomyśleć. To znaczy że gdyby jedna z moich polsko-niemieckich siostrzenic przyjechała i chciała kupić kawałek ziemi to też by usłyszała że Niemrze nie sprzedadzą zapewne. Zgroza. Z tego zdania Florka wynika, że Holendrowi czy Duńczykowi to by pewnie sprzedali, ale Niemiec to zło wcielone. Rany jakie to jest paskudne, ksenofobiczne i złe, na tylu poziomach….

    • Mam przyjaciół Niemców i, czytając ten fragment, pomyślałam o nich. Mnie również zrobiło się przykro. Co więcej, ta infantylna postawa kojarzy mi się z niektórymi dzieciakami, które wypisują w Internetach, jak to bardzo nienawidzą Niemców…

      • „No, ja to Prawdziwy Polak jestem i Niemców nie wspieram, a ziemi to już na pewno im nie dam” – pomyślał z dumą Florek, po czym nastawił zmywarkę (marki Bosh, zakupioną w MediaMarkcie), po czym kazał dziecku oderwać się od Gothica, posmarować nosek kremem Nivea, poprawić koszulkę (marki Puma), założyć buty (marki Adidas) i wsiąść do samochodu (marki Opel/Volsvagen/Audi/BMW/niepotrzebne skreślić), albowiem miał zamiar udać się do Lidla. „Trzeba będzie kupić jeszcze zupki od Knorra” – przypomniał sobie, wyłączając internet (otwarta akurat była strona główna Onetu) w telefonie (zarejestrowanym w sieci T-Mobile).

        Jakoś tak tę antyniemieckość, tfu, ten Najprawdziwszy Patriotyzm widzę.

  16. Yay, nowa Armada! <3 Już się bałam, że umarliście.

    Sama identyfikuję się jako osoba aseksualna i gdy byłam w wieku Nory, moje przemyślenia były dokładnie takie same. Szczególnie, że wszyscy moi przyjaciele mniej więcej w tym samym czasie zaczęli przechodzić burzę hormonów i spędzanie z nimi czasu stało się prawdziwą torturą. Szczególnie, że prowadziło to do różnych, nierzadko bolesnych sytuacji, jak np. wyśmiewanie mnie jako cnotki i „grzecznej dziewczynki”, ponieważ aseksualność po prostu nie mieściła im się w głowach.

    Szkoda, że potencjał Nory jako osoby, która mogłaby przybliżyć ten temat czytelnikom i pomóc aseksualnym nastolatkom oswoić się z własną orientacją, został tu tak spektakularnie zmarnowany.

    Co do wesela: nie pamiętam już, jak to zostało ostatecznie rozwiązane w książce, ale rozumiem, że skoro menu obejmuje wyłącznie szynki, pasztety i pieczywo, to Ignaś i Grześ, jako męczennicy-wegetarianie, będą pożywiali się suchym chlebem?

    • Obawiam się, że niestety o orientacji aseksualnej MM pewnie nigdy w życiu nie słyszała, a wypowiedź Nory jest jedynie odzwierciedleniem uczuć samej MM, włożonej w usta akurat tej postaci bo nie ma znaczenia, kto się wypowiada, każda postać stanowi tubę.
      (Jak wyżej wspominała chyba Kura, tę wypowiedź można też interpretować w kilka innych stron, jak choćby jako rodzący się w nastolatce feminizm, ale o to zapewne też nie chodziło.)

      Swoją drogą, że się tak zabawię w tzw. armchair psychology, czyli wysnuwanie wniosków na temat czyjejś mentalności na podstawie słabych, zdalnych przesłanek, przypuszczam że mimo całego obrzydzenia tematem seksu, popędów, namiętności i libido, MM wobec asów też pewne byłaby nastawiona wrogo. Bo przecież wiadomo, że seks to zło, grzech, okropność o której trzeba milczeć, ale no przecież bobaseczki muszą być!

      • Z niewiadomych przyczyn miałam wizję Gaby jako męczennicy leżącej na łóżku z zamkniętymi oczami i ciałem ułożonym w kształt krzyża, w takiej długiej dziewiętnastowiecznej koszuli nocnej z małą obrębioną haftem dziurką uplasowaną w okolicach niewymownych. Dzięki 😀

        • Ależ proszę, polecam się!
          Aczkolwiek ta wizja wydaje mi się zbyt romantyczna, w byronowskim tego słowa znaczeniu. Jest w niej nadal jakiś nastrój, a to przecież być nie może!

          Ja widzę jak Gaba zakłada wielkie flanelowe gacie, bezkształtną bluzę i grube skarpety. A następnie, kiedy odkrywa, że mąż absolutnie może nadal czuć do niej pociąg również wtedy, bo wygoda ukochanej osoby potrafi nieźle nastroić do czułości i czynności powiązanych, Gaba unosi się smutno zranionym honorem, wyrzeka na egoizm mężczyzn, którym tylko jedno w głowie, wyraźnie daje mężowi do zrozumienia, że coś jest z nim nie w porządku, a potem, dzielna, wspaniałomyślnie wybacza.

          • Szczerze mówiąc, Gaba od pewnego czasu wydaje mi się swoistym alter ego MM – jak inaczej wytłumaczyć tak dramatycznie zakrojony merysuizm tej jednej, jedynej postaci?

  17. O,nowa analiza, ale super! I to taka świetna!

    Przykro czytać, tak kiedyś to lubiłam ! A teraz to są złośliwe wywody starszej babci, której się rzeczywistość nie podoba. Ida była fajna, wrażliwa,co z niej wyrosło?
    Remonty to bajka!
    Jakbym siedziała na jakimś zadupiu i dostała sms (z nieznanego numeru) Widzę cię,to bym się chyba tochę zaniepokoiła…
    Ale fajnie się Was czytało!

  18. Dementorzy w rumiankowskiej kuchni sprawiły, że ryknęłam radośnie – przynajmniej miałam jakąś radochę, w przeciwieństwie do załamki przy czytaniu oryginału.

  19. Jakie to cudowne rozpoczęcie roku – taka analiza! TAKA ANALIZA!
    PoNoelkową Musierowicz czytałam regularnie i im dalej w las, tym więcej było zgrzytów. Od Języka Trolli zastanawiałam się, dlaczego takie fajne pełne ciepła książki zrobiły się pod pewnymi względami nie do zniesienia. Wasze analizy (a także forum ESD, na które od czasu do czasu rzuciłam okiem) otwierają oczy – nie na to, żeby zauważać, że coś jest nie tak, ale żeby umieć to nazwać, opisać i zrobić listę.
    Ale do rzeczy. „Zgryzotkę” czytałam raz, sporo już zapomniałam i nie pamiętam, czy pewne kwestie się rozstrzygnęły, czy nie, ale ogromnie szkoda mi Fryderyka.
    Jako astronom z wykształcenia (astrofizyk z pracy magisterskiej) i wprawdzie pracujący już w zupełnie innym zawodzie, ale nadal mający znajomych wśród astronomicznej braci stwierdzam, że Fryderyk dość biedny jest. Portretuje się go generalnie jako emocjonalnie wyprany umysł ścisły – taki prawie Pieróg 2.0. Znajomi astronomowie dzielą się na takich, którzy trzymają się jednej uczelni – ale są i tak sporo w rozjazdach, granty obserwacyjne, sympozja, konferencje – dłuższe lub krótsze wyjazdy, taki zawód, albo na takich którzy prowadzą „koczowniczy” tryb życia od grantu do grantu (od post-doca do post-doca) za każdym razem na innej uczelni – z tego co wiem, zagraniczne uniwerki chętnie to praktykują – jest częsty dopływ świeżej krwi i wzajemnie można się od siebie uczyć. Wbrew obiegowym opiniom niektórych specjalistów, którzy chcieliby astronomię wyłączyć z grona samodzielnych dyscyplin, astronomia ciągle się rozwija i ludzie tam naprawdę pracują. Jeśli Fryderyk jest ambitny, inteligentny i nadal kocha to co robi, to naprawdę nie dziwi mnie, że przy propozycji zmiany otoczenia naukowego, wejścia w inne środowisko, stworzenia zupełnie nowej burzy mózgów, że się na to zdecydował, w zasadzie bardziej mnie dziwi, że dopiero po takim czasie. Dla mnie Fryderyk mógłby być fajną postacią, która wcale nie wymaga od partnerki, żeby znała się na rozwiązywaniu równań różniczkowych (choć na pewno byłoby miło dzielić się pracą z małżonką, która rozumie o czym się do niej mówi), natomiast daje partnerce mnóstwo swobody do realizacji własnych zainteresowań. Nie chodzi mi nawet o to, że wymagam, żeby Róża poszła do pracy, jeśli na przykład jej pasją jest zajmowanie się domem i dziećmi, ale o to, że wierzę, że Fryderyk mógłby tak zorganizować czas, żeby po pracy choć na chwilę przejąc te dzieci od Róży i zająć je np. pokazywaniem piękna Wszechświata, wspólnym robieniem doświadczeń, wizytami w muzeach technologicznych, czymś co pozwoliłoby mu na wszczepienie we własnych dzieciach ciekawości świata i głodu nauki, a jednocześnie pozwolenie Róży na pobycie samej ze sobą – niech idzie na jogę, warsztaty gotowania, czy nawet niech zwyczajnie poczyta książkę. Jak autorka o nich nie pisała, to mogłam sobie wyobrażać, że mimo iż na zewnątrz nieco szorstki, to Fryderyk w zasadzie jest fajnym partnerem i, że dojrzał od czasów nastoletnich (kiedy to Róża musiała się dopasowywać tylko do jego grafika) i potrafi ogarnąć pracę i rodzinę. Kurcze moi profesorowie na studiach też mieli rodziny i jakoś dali radę wszystko ogarniać (wiem, nikt nie siedział u nich w domu, żeby wiedzieć to na pewno).
    Przepraszam, że ja tak tylko o Fryderyku, po prostu jak czytałam „Zgryzotkę” to był dla mnie takim bólem zęba, potem trochę zapomniałam, a teraz Wasza analiza przypomniała mi co mnie tak na tym etapie lektury właśnie denerwowało.
    Będzie teraz trochę hermetycznie – Słowo daję, jeszcze kilka powieści a pokuszę się na moją własną „Bałusię” w postaci „WrocławiANKI”, z Anią Górską idącą w ślady powinowatych i zaczynającą studia na fizyce – jakoś tak wydaje mi się, że miałaby w tym więcej osobowości niż ciągle naśladując Łucję.
    Komentarz mi się zrobił przydługi, wybaczcie. Pozdrawiam i życzę najlepszego w 2022.

    • No co Ty, mężczyznę spoza klanu Borejków chcesz w jakąś osobowość, w umysł, pragnienia i psychologię wyposażać? Apage, Satanas!
      Fryderyk to jest taki mini-Pyziak, nim nie kierują żadne kwestie zawodowe, naukowe czy intelektualne, on jest po prostu Zły Mąż, Co Niewolni- ee, chciałam powiedzieć Anielicy Domowej Nie Docenia. I już.

  20. Przyszła mi do głowy jeszcze jedna rzecz. Agnieszka jest blondynką i farbuje się na czarno, tak? A przy tym kilkukrotnie w ciągu każdego dnia bierze prysznic i myje głowę? Naprawdę nie chcę wiedzieć, w jak tragicznym stanie są jej włosy.

  21. Oooo ale niespodzianka, kocham Was 🥰 jakis czas temu skomentowałem analizę mcDusi chyba i napisałam, że marzy mi się analiza tego czegoś i oto jest!!! ja Ciotki nienawidzę szczególnie za jeden fragment, ale nie będę pisać, który. pojawia się pod koniec książki, ciekawa jestem, jak to skomentujecie. Wszystkiego najlepszego w nowym roku!

  22. Sprawiliście mi przeogromną przyjemność tą analizą <3 W czasie świąt przypomniałam sobie trochę stare analizy MM i miałam nadzieję, że jeszcze jakaś się pojawi, a tu proszę! Spełniliście moje życzenie. Jestem za to niezwykle Wam wdzięczna!

    Mam wrażenie, że Autorce już nie chce się pisać książek w tej serii, może nawet i w ogóle, ale muszą się dobrze sprzedawać, więc głupotą było by teraz przestać. Poza okropnymi postaciami i ich stosunkami do świata, to, co zwraca moją uwagę, to wrażenie, że MM pisze trochę automatycznie, niestarannie, stąd w jej ostatnich książkach wszelakie babole, mocno naciągane wątki i taki ogólny brak tego Czegoś, co kiedyś bardzo przyciągało mnie do jej książek.

  23. Jak ja lubię yntelygencka patole. Jak ja lubię to starcze znęcanie się nad młodszym ,jak ja lubię mundrosci starszego pokolenia nie rozumiejacego ni w ząb współczesnych realiów. Jak ja kocham ten kult studiow i zapierdolu. Kocham domowe psychopatyczne męczennice i mentalność z XVIII w. A co do znęcania się nad robolami. Kiedyś usłyszałam,że osoby z wyższym wykształceniem nie mogą być złymi ludźmi i tylko one mają zainteresowania….

  24. Im więcej dajecie Jeżycjady, tym bardziej zaczynam cenić Borejków & company. Są taką oazą normalności w dzisiejszych czasach…

  25. Wyjaśnijcie mi, jak Ałtorka łączy jednocześnie obsesyjny kult chudości, niechęć do sportu i przedstawianie zdrowych alternatyw jako niejadalnego syfu przy tym zachwalając tłuste, niezdrowe jedzenie? Kalorie Schroedingera mam rozumiec znikają w czarnej dziurze? Czy to po prostu popis nienawiści do każdego kto nie jest chudy bez żadnego wysiłku?

  26. Hurraaaa!! 😀 Dołączam do wszystkich opiewających analizy Musierowicz jako ich ulubione, ależ prezencik na nowy rok 🙂 Uwielbiam je, bo uwagi analizatorów są zawsze edukacyjne, a materiał sam w sobie uroczo naiwny i czasami głupawy, a nie wyżerający mózg.

    Mój headcanon „beztroskiej flirciary” na japonistyce jest taki, że Ania wkręciła się w gry otome, stamtąd w mangowe środowiska i tam złapała fascynację japońską kulturą oraz podstawy języka. Łusia na tym samym kierunku była tylko dodatkową motywacją :p

    Przemyślenia Nory o seksie są dokładnie takie, jakie sam miałem dorastając jako aseks więc przykro mi, pani Musierowicz, Nora jest aseksualna i tyle, tak stwierdziłem. Aż mnie trochę w gardle ścisnęło, jak zobaczyłem takie wyraźne, bezsprzeczne przedstawienie moich doświadczeń w mainstreamowej literaturze, chciałbym, żeby było to… cóż, celowe. No ale headcanonu nikt mi nie zabierze :p

    Ida to dobrze napisana koszmarna osoba. W książce o normalnej rodzinie nikt by się do niej nie odzywał, a Nora uznałaby pobyt z nią za wyjątkowo okrutny element „pokuty”.

    • No właśnie to jest w tym najsmutniejsze – że te różne poruszane w NeoJeżycjadzie kwestie mogłyby być wartością tych książek, a nie ich wadami. Gdyby obrzydzenie Nory przeseksualizowaną kulturą było, właśnie, sygnałem że to dorastająca aska, albo po prostu dziewczyna domagająca się kulturowego szacunku (bo akceptowanie i cieszenie się swoją seksualnością nie musi iść w parze z wlepianiem cycków do reklam gipsu, ja akurat np jestem hiperseksualna a też mam tego dosyć)…
      Gdyby obsesja Józka na temat tego co męskie, jego obrzydzenie wszystkim, co kojarzy mu się z dziewczynami, było znakiem budzącej się queerowości, albo eksploracją tego, jak mężczyźni tworzą sobie tożsamość na mizoginii bo żyjąc w seksistowskiej kulturze nie widzą innej opcji…
      Gdyby histerie Gabrieli na najdrobniejszą wzmiankę o Pyziaku sprawiły, że rodzina w końcu zrzuca się dla niej na terapię…
      Gdyby totalna lobotomia Laury posłużyła do pokazania, że kiedy rodzina przez całe życie kogoś nie akceptowała i demonizowała jego charakter, to ten ktoś w końcu pęknie, zamuruje i zabetonuje ten charakter i zostanie niewolnikiem pierwszego pozarodzinnego związku, choćby i najbardziej toksycznego…

      Długo tak mogę, ale na razie przestanę. W każdym razie, właśnie o to chodzi. Tyle by być mogło. Ale nie ma.

  27. BTW, nie wiem, czy ktoś to już zauważył/a, ale ten wątek esemesów od anonima jest straaasznie creepy. W analizie „Tysiąca obsesji” Armada wytykała stalking, i słusznie, a tutaj, nie wiem, może przeoczyłam krytykę?

  28. Jeżycjada nie jest moim cyklem dzieciństwa, kiedyśtam czytałam ino z dwie starsze części (Opium w Rosole i bodaj Kłamczuchę).
    I jak czytałam analizę to bardzo mnie zaskoczyło, że te kilkanaście lat temu autorka potrafiła opisać młodzież w czasach PRL-u, których nie mam prawa znać, tak, że ja kupowałam ich zachowania także i w XXI w. Kreska i jej rozterki były po prostu bardzo ponadczasowe i uniwersalne.
    A tu widzę za każdym razem jakąś kalkę, stereotyp a nie nastolatków/młodych dorosłych XXI w. Tak się po prostu ludzie nie zachowują, nie mówią. Chyba, że chcą, by postrzegać ich za bufonów.
    Druga rzecz, która ubodła w tej „familijnej serii” to bijący po oczach elitaryzm i kim my nie jesteśmy głównych i pobocznych członków rodu, i taka pogarda dla ludzi mniej wykształconych/oczytanych czy nawet po prostu z innym wachlarzem zainteresowań (choćby u Ani – pogardzanie makijażem czy zupełnie normalnymi, nastoletnimi zainteresowaniami).
    Trzecia to to, że cały mejl i zachowanie Gabryeli męczennicy ze spółką przypominał poziomem skomplikowania scenariusz z Trudnych Spraw, czyli Franiszek ten zuy, rzucamy się na niego etc. cały ten wątek był BARDZO jednostronnie przedstawiony.

    Co do komentarza wyżej apropo Franciszka i obronie jego dobrego imienia podrzucam fanfik – https://archiveofourown.org/works/32470321.
    Trochę to smutne, że przy tak uznanej serii „amatorzy” (w znaczeniu – osoby nieprofesjonalne, borze broń żadnych zarzutów co do techniki pisania!) potrafią napisać ciekawsze i bardziej realistyczne portrety postaci wykreowanych przez autorkę. I jak widzę jak toksyczną rodziną są Borejkowie (wytłumaczone tak w analizie jak i komentarzach) to o wiele bardziej jestem w stanie uwierzyć w ten ff klimat o Róży-Bluszczu, niż o złym Franku co rodzinę ot tak porzucił.
    Swoją drogą – Róża to jest mimoza, co nigdzie nie pracuje, nie wychodzi, nie spotyka się poza gronem rodzinnym? Czy wszystkie kobiety tam głupieją/zachowują się jak mamejowate budynie/są kompletnie out of character/stracą wszelakie zainteresowania, pasje i hobby jak tylko wyjdą za mąż?

    • Ale mówiąc o Franciszku, masz na myśli Fryderyka, tak? Pytam, bo nie wiem, czy już mi się wszystko nie pokićkało 😀

      Co do mentalnej sterylizacji kobiet po zawarciu małżeństwa – ja też to zauważyłam i też krew mnie zalewa, gdy po raz kolejny natykam się na podobny motyw. Tak samo było w cyklu „Magiczne miejsce” Agnieszki Krawczyk, który zaczęłam czytać z nadzieją na powieść stanowiącą iskierkę intelektu w zalewie miałkiej literatury kobiecej. Później okazało się, że wszystkie bohaterki – każda z nich błyskotliwa, inteligentna, o niezwykłych zainteresowaniach i wyrazistych charakterach – po złapaniu męża jedna w drugą zmieniają się w żony-zombie, które bez swego misiaczka u boku stają się kompletnie bezradne.

      • Taak, Fryderyki, czeski błąd z myleniem imienia. 😀

        U Róży, z tego co czytałam w poprzednich analizach, jeszcze przed ślubem było słabo z jakimiś cechami charakteru, ale że nawet młodsze, moje pokolenie, jak Ignacy czy Józefa zachowują się tak cokolwiek… Nietypowo.

  29. Oprócz rozlicznych wymienionych już problemów jest jeszcze to, że Musierowicz nie umie chyba za bardzo pisać maili (może w życiu, ale nie w książce).

    Taki słowotok może być zabawny w mowie (o ile jest dobrze napisany), natomiast kompletnie nie działa na piśmie. Każdy odbiorca maili, w których Ida przez pięć zdań usiłuje powiedzieć, że chce coś wyrazić, ale nie może, za to wdaje się w jakieś dziwne dygresje i poprawki, przy trzecim mailu wyraziłby raczej uprzejme zainteresowanie, czy nie zepsuł jej się może klawisz „Delete”. Po kolejnych trzech pewnie raczej mocną sugestię, by zaczęła go używać. A następnych maili po prostu by nie czytał.

    Bo na piśmie to jest po prostu nie do zniesienia. Owszem, można pisać długie maile, ale jeżeli odbiorca ma jakoś zrozumieć przekaz, potrzebna jest minimalna dyscyplina myśli.

    Jeszcze się zastanawiam, czy Dorotka na tej swojej posiadłości ma jakąś maślaną studnię, krzaczki z mąką itp. (bo że ma jakieś wielkie ilości bezobjawowego drobiu, to wiem). Kaczki na maśle, słodkie wypieki co drugi dzień… toż to dziewczę tak szlachetnie ubogie, że ma jedną za małą kieckę, jedne spodnie i chodaki. Może przez czas trwania zaręczyn dorobiła się jeszcze paru ciuchów, ale jej kury chyba nie zaczęły znosić złotych jaj?
    Pracującego fizycznie trzeba nakarmić, oczywiście, ale można taniej. Swoją drogą, czy Chrobot też się załapywał na te uczty, jak im robotę odstawiał za grosze?

  30. „Ciekawe, czy chcąc go podładować, musi wyłączać lodówkę z jedynego działającego gniazdka…

    No raczej. Jedno gniazdko, a do tego jedna lodówka, laptok i dwa telefony.”

    Nie, bez przesady. Istnieją przecież przedłużacze z wtyczką na jednym końcu, a listwą z kilkoma gniazdkami na drugim. Tych gniazdek może być nawet siedem, i każde może mieć osobny wyłącznik.

  31. W sumie jestem zaskoczona, że w analizie te obleśne esemesy z początku ksiopka przeszły bez echa jakby. Odkładając na bok zawarty w nich bodyshaming, są po prostu creepy i reakcja Nory jest nieprzystająca, delikatnie mówiąc.
    Wyobrażam to sobie: siedzę w środku lasu (jest starannie podkreślone, że daleko do cywilizacji i innych ludzi), do towarzystwa i obrony mam tylko cioteczkę w średnim wieku* i kilkuletnie pacholę. Ruinka też nie przedstawia sobą szczególnej wartości obronnej, z tym brakiem drzwi i okien. I WTEM! dostaję esemesa, który jest tak wielkim red flagiem, że związek radziecki chce znać jego lokalizację. No przecież wiadomość „widzę cię”, otrzymana pośrodku lasu, to bardzo mało wymyślny początek horroru, a połączenie tego z gwałtowną utratą łączności ze światem (jeden telefon ląduje w krzakach a drugi (w kuble)) daje efekt niezbyt wyrafinowanego kina grozy. A Nora może przez moment czuje się nieswojo, teatralnie ciska telefon w krzaki i idzie się biczować ględzeniem ciotuni.
    *jak tak teraz myślę – to ma sens. Młoda uknuła plan, w którym rzuca Idą w groźnego mordercę/psychopatę, a Idzie włącza się meltdown nad jego BMI i chłop pada rażony mocą tego pretensjonalnego jazgotu.

  32. Swego czasu z zapartym tchem i lodowatą grozą przeczytałam biografię Simony Kossak – poziom spierdolenia umysłowego jej rodziców, jeśli chodzi o hodowlę (bo wychowaniem tego karceru nie dało się nazwać) potomstwa był niebotyczny – i teraz przyszło mi na myśl, że Musierowicz zsikałaby się ze szczęścia wiedząc, że takie patologiczne familie to wcale nie jest fikcja literacka :/

  33. „I owszem. A ten temat mnie śmiertelnie nudzi i zniesmacza. Jest wszędzie, i to niestety w maksymalnie prostackiej formie. Z czegoś, co jest naturalne i o czym uczą nawet w szkole na biologii, zrobiono jakąś chorą ohydę. Wylewa mi się to z komputera przy każdej okazji! Media tym ociekają. Kino podobnie. To wszystko razem jest beznadziejnie ordynarne, a przy tym banalne, trywialne, tandetne, szmatławe, zużyte, a wręcz wyświechtane.”

    Ja jako nastolatka myślałam w podobny sposób. Tyle, że pewnie nie tak patetyczny. Ale rzeczywiście jestem „aseksualnym dziwakiem”. Zresztą do tej pory uważam, że sceny seksu są do książek czy filmów wpychane często na siłę, żeby były, choć niejednokrotnie nie wnoszą nic do fabuły.
    NWM

    Co do złośliwego komentowania przez ciotkę wyglądu Nory. Ktoś z Was napisał, że ma to zły wpływ na samoocenę czytających książkę nastolatków. Jasne. Ale jest to bardzo niewielki wpływ w porównaniu np. do tego co robi Instagram. Kobieta ma być szczupła wysoka, ze zrobionymi ustami, rzęsami i paznokciami. Inaczej jest nieatrakcyjna i niezgoda uwagi i lajeczków. Według badań coraz młodsze osoby mają ogromne problemy z samooceną, właśnie przez media społecznościowe. Bardzo to smutne i przerażające.

    Nie rozumiem czemu para lekarzy, najpewniej majętnych ludzi, po prostu nie zdecydowała się na budowę nowego domu, lub zakup takiego w stanie surowym?

    A opisy remontów są takie, jakby były opisywane przez dziecko, naiwnie. Może pani autorka nigdy takim kwestiami nie
    musiała się przejmować. Tyle, że naprawdę obecnie nie jest trudno zrobić risercz.

    Co do pana budowniczego. Jak Bob budowniczy, zawsze i ze wszystkim da radę. A i ma czas nad piwko pod płotem. Mam wrażenie, że to taki stereotyp pracownika budowlanego, dużo potrafi, ale swoje zarobki niestety przepije i przepali (oczywiście przegięty, bo umie absolutnie wszystko, pracuje bez zezwoleń itd., że jest to absurdalnie przerysowane).

    Jak robiłam remonty w domu i zlecałam pracę takim małym dwu-osobywm firmom, to zawsze było zrobione solidnie. Ale panowie w pokoju w którym pracowali zawsze robili sobie palarnię. Nie raz słyszałam ich rozmowy o tym, że po pracy pójdą sobie popić…tak dowody anegdotyczne, to nie dowody, ale może MM miła podobne doświadczenia lub zna je z opowiadań znajomych. Alkoholik raczej potrzebuje fachowej pomocy, a nie oceniania i rzucania oskarżeń.

    Pozdrowienia i dzięki za analizę 😉
    Eva

  34. A, to to jest faktycznie sensowna krytyka – skoro Ida nie robi ani kroku w stronę poprawy czy choćby uświadomienia sobie jak się zachowuje (moim zdaniem źle zachowująca się osoba nie musi być „pokonana” żeby przesłanie było dobre – wręcz przeciwnie, to czasem sugeruje, że jedynym powodem dla poprawy powinien być strach przed zemstą i karą, co może zamiast poprawy wywołać raczej chęć ukrywania złych cech, i brania za cel ofiar które nie będą mogły się obronić) i generalnie narracja nie sugeruje że coś jest nie tak, to wątek trochę mija się z celem. Chyba, że miało to być ciś podobnego do romansu Wokulskiego i Izabelą, który w zamyśle autora miał być denerwujący żeby czytelnicy zrozumieli jego toksyczność, natomiast narracja tego nie sugeruje.

  35. Mój śp. dziadek gdy rodzice budowli dom czy planowali remont zawsze psioczył że planują zatrudnić do tego fachowców. Bo jak to tak, budowlanka to pestka, wystarczy kliku chłopa zebrać ze wsi. Każdy facet przecież na budowlance się zna i z palcem w nosie chatę zbuduję i to lepiej niż te partacze z papierkiem.
    Owszem dziadek w ten sposób dom swój na wsi budował ale były to dechy łatane szmatami zimą, beton na podłodze i brak łazienki. W ten sposób wyglądało jednak wiele domów w okolicy. Kto oczywiście miał pieniądze lub znajomego bardziej obytego w fachu brał go na konsultacje.

    Wśród rodziny i znajomych po sześćdziesiątce dalej bez problemu spotykam osoby które dziwią się że np. ojciec sam nie odnawiał łazienki bo to przecież takie proste. Często chwalą się też że oni to sami w swoim domu takie remonty przeprowadzali i wygląda to zazwyczaj tak źle jak możecie sobie wyobrazić 😛 .

Napisz komentarz