98. Nie bij Niemca po kasku, czyli opętany ninja (D.E.A.T.H. cz. 2/2)

Drodzy Czytelnicy!

W poprzednim odcinku poznaliśmy tragiczne dzieje “galaktyki” CrySkyline, która zniknęła podczas partyjki kosmicznego bilarda. W tym – zobaczymy, co się dzieje, gdy chciwy wojownik niespodziewanie znajdzie tajemniczy a cenny kamień…

Przypominam – analizujemy jedynie udostępniony przez autora fragment powieści.

Indżojcie!

Piotr Nytko: D.E.A.T.H. Tom I: Nadchodzi ciemność, wyd. Poligraf, 2019

Analizują: Kura, Sineira i Zaciekawiony

część 1


ROZDZIAŁ 1

Nie przypominał kruszców, które wszyscy znamy. To nie był diament, szafir, szmaragd ani żaden inny kamień szlachetny o wielkiej wartości. Wyglądał jak ciemne przezroczyste szkło, mienił się czarną barwą,

Niechybnie odbijał ze spektrum światło o czarnym kolorze. Czy ja już mówiłem, że z fizyką tego świata jest coś nie tak?

Nie dramatyzuj, to był zwykły kwarc dymny.


a w środku znajdowały się jakby drobinki kurzu, które cały czas się poruszały, co przypominało miniaturową galaktykę.

No dobra, jednak nie.

Kamień wyglądał niecodziennie i nadzwyczajnie. Szczęśliwy znalazca w pierwszej kolejności zastanowił się, ile może być wart.



https://brickshelf.com/gallery/nori-gallery/movies/clutch1/16.jpg

Wyglądał okazale, mimo że był trochę brudny od piasku, mieścił się w dłoni i miał bardzo ciekawy kształt.

Konstrukcja zdania sugeruje, że wyglądałby lepiej, gdyby nie miał ciekawego kształtu.


Nowy właściciel obracał go w palcach w tę i we w tę, uważnie mu się przyglądając. Było w nim coś dziwnego, co napawało znalazcę zarazem niepewnością i pożądaniem. Gość z ciemną czupryną, w czarnym stroju, chuście na szyi i opasce na głowie przyglądał się znalezionemu przedmiotowi przez ciemne okulary.

Wprowadzanie nowych opisów jednej postaci tak, abyśmy nie mieli wrażenia, że mowa o dwóch osobach – robisz to źle gościu autorze.

Przez moment miałam wrażenie, że „gość z ciemną czupryną” był tym dziwnym czymś we wnętrzu kryształu.


Pierwszym uczuciem, jakiego doznał po jego wykopaniu spod zwyczajnych kamieni i piasku, była pustka.

W żołądku.


Bezmyślnie wziął go do ręki i zaczął mu się przypatrywać.

Kłania się klasyczne opkowe „zaczął iść”.


Ogarnął go strach, nie docierało do niego nic z otoczenia, tak jakby nic poza tym kryształem nie istniało. Kamień wyglądał jak część czegoś większego. Ostre kanty świadczyły o tym, że jest to tylko kawałek całości, i to znacznie mniejszy niż reszta. A może tak się tylko wydawało?

„Kanty” to mają stoły albo spodnie. Kryształy mają krawędzie.


Po dłuższej chwili wojownika naszła myśl, że gdzieś jest tego więcej. Czy faktycznie ten kamień oderwał się od jakiegoś dużego kryształu, czy może wszystkie były tak małe? Czy w miejscu, gdzie go znalazł, są całe złoża?

To jest, przepraszam, wojownik czy górnik?

Wojowniczy górnik ninja. Albo krasnolud.


Zadumę przerwał na widok szkarłatnych kropel na kamieniach obok swojego lewego buta. Na ułamek sekundy oderwał wzrok od znaleziska i dostrzegł, że w „słońcu” mieni się krew, jego krew.

Czy ta nieszczęsna gwiazda nie ma własnej nazwy?

Wyobrażam sobie, jak mieszkańcy planety machają zakrzywionymi palcami przy uszach za każdym razem, gdy o niej mówią:

– Ładna dziś pogoda, „słońce” tak przyjemnie przygrzewa!


Dopiero teraz zauważył, że skaleczył się o krawędzie kryształu. Kanty musiały być bardzo ostre, bo rozcięły rękawice, których nie ściągnął, schylając się po niego. Krew ciekła z rany i spływała po materiale, a potem kapała na ziemię.

Zapamiętajmy.


Wziął przedmiot do drugiej ręki i z zaciekawieniem obejrzał w słońcu rozciętą dłoń. Patrzył z uwagą, jak krew płynie po wnętrzu dłoni w stronę nadgarstka.

Zranił kamieniem jedną rękę do krwi od samego trzymania. Więc przełożył go do drugiej…

Lubił symetrię.

I tak sobie patrzył i patrzył… Tymczasem krew musiała płynąć naprawdę obficie, skoro przemoczyła rękawice i kapała na ziemię.


Surowy wiatr wysokich gór i kanionów, które przypominały kamieniołomy w górach skalistych, gwizdał mocno w uszach mężczyzny. Mimo ciepła niebo było zachmurzone, a wiatr przesuwał chmury w szybkim tempie, więc „słońce” to zachodziło, to znów rozbłyskiwało promieniami rozbijającymi się o skały.

Ledwie nadążał uchylać się przed rykoszetami.


Była wczesna wiosna. Roślinność budziła się do życia po zimowym śnie, a po białym puchu nie było już śladu. Drzewa i krzewy zazieleniły się i krajobraz budził podziw.

Za słownikiem PWN: podziw «zdumienie połączone z uznaniem, zachwytem»

Dobór słów MA znaczenie.


Świeże górskie powietrze rozchodziło się w nozdrzach.

A chłód rozchodził się po kościach.


Pomimo tak bujnej roślinności (przypomnijmy: “gór i kanionów, które przypominały kamieniołomy w górach skalistych”) i tętniących życiem lasów trudno było teraz znaleźć jakiekolwiek zwierzęta poza sokołami i orłami, krążącymi wysoko nad głową i znikającymi gdzieś w oddali. Najprawdopodobniej ze względu na porę roku, bowiem temperatura była jeszcze za niska dla większości zwierząt, choć odpowiednia dla trenujących tu wojowników.

Ewolucja na tej planecie nie wpadła na pomysł, żeby dać zwierzętom sierść, pióra, czy jakąkolwiek inną ochronę przed chłodem.

Facet stoi i krwawi. Zaiste idealny moment na moment na wciśnięcie opisu przyrody.


– Rusz dupsko! – Echo poniosło głos innego mężczyzny, stojącego niżej na kamiennej ścieżce. Oddalony o jakieś trzysta metrów (spory kawałek!) towarzysz krzyczał, spoglądając na zamyślonego wojownika. – Edraa!

Edraa wstał szybko, schował znaleziony przedmiot do kieszeni i skierował głowę w kierunku kolegi.

Pomyślmy. Kamień miał krawędzie tak ostre, że rozciął mu dłonie i rękawice od samego trzymania. A teraz schował go do kieszeni. To brzmi boleśnie.

Och, może nosił stalowe ochraniacze na klejnoty?

Może to był Edraa Żelazomoszny?


– Coś zrobił? – zapytał tamten, podchodząc powoli. Jego głos znów poniosło echo.

– Pierdolone kamienie – mruknął cicho Edraa, po czym wrzasnął do tamtego: – Idę!

Obaj byli wojownikami ninja (O kurczę, zgadłam! Eeej, autorze, żartowałam z tym górnikiem ninja!) należącymi do małej, pięcioosobowej grupy samurajów, których władcy różnych rejonów zatrudniali jako tajnych agentów albo morderców. Cała piątka spędzała czas głównie na trenowaniu i doskonaleniu swoich umiejętności, a gdy nie mieli zleceń, ruszali na dalekie wyprawy, zazwyczaj pieszo.

Z nudów urządzali sobie wycieczki krajoznawcze.

Zauważcie, że nadal gwiazda centralna układu z tą planetą jest nazywana słońcem w cudzysłowie, aby podkreślić, że to nie jest to samo co nasze Słońce. A równocześnie bez takich zastrzeżeń wojowników nazywa się ninja i samurajowie, mimo że to nie jest Japonia.

Zwłaszcza “samuraj” powinno być w cudzysłowie, bo nie byli oni agentami i mordercami do wynajęcia!

I, jak już, nie „samuraj”, tylko „ronin”.


Tego dnia wszyscy ćwiczyli manewry w terenie. Skradali się i przemieszczali bezszelestnie. Edraa, jeden z najszybszych wojowników w grupie, dostrzegł w pewnym momencie coś błyszczącego w pobliskich zaroślach. Udając, że jest zmęczony i chce zawiązać buta (i zjeść torta) (gdyby był wypoczęty, but zawiązałby się sam), przykucnął obok i przyjrzał się świecidełku. Mieniło się w blasku centralnej gwiazdy – Sodraax, ale gdy to schowało [ta schowała] się za chmurą, kamień nadal błyszczał.

Więc jednak ta gwiazda ma nazwę! Prawdopodobnie autor wymyślił ją właśnie w tym momencie i podmienił „słońce” na „centralną gwiazdę – Sodraax”, ale „to schowało się” mu umknęło i pozostało niepoprawione.

A do wcześniej napisanych kawałków już się autorowi nie chciało wracać.


W pierwszej chwili Edraa pomyślał, że to może złudzenie optyczne, ale stwierdził, że lepiej to sprawdzić.

Ciekawe, czy podczas wykonywania zleconych zadań też tak byle co potrafi go rozproszyć.

Ninja z ADHD.


Uznał, że było to coś cennego i nadzwyczajnego. Nie mylił się. Nie był jeszcze świadom tego, co znalazł (powiedział narrator profetyczny i zrobił tajemniczą minę), wiedział natomiast, że największą głupotą byłoby się tym pochwalić reszcie grupy.

– Chyba coś zgubiłeś – powiedział Grikdaa, wskazując na miecze w pokrowcach (ten “pokrowiec” nazywa się pochwa, niezależnie, jakie skojarzenia to budzi) i pasach leżące w miejscu, gdzie wcześniej kucał wysoki samuraj z opaską na głowie. – Nikt ich nie weźmie prócz ciebie, więc rusz dupsko, nie mamy czasu – warknął rozkazująco.

A przecież Edraa miał tylko udawać, że zawiązuje but; czy do tej operacji konieczne jest odpięcie mieczy?

Teoretycznie mógł je nieść w ręku, jak człowiek idący na trening – wtedy faktycznie mogłyby być w pokrowcach.


Grikdaa był starszy od Edry i dowodził całą grupą. Samuraj o atletycznej budowie również miał na sobie czarny strój, na szyi jednak nie nosił chusty, a czarny komin służący do zasłaniania twarzy, gdy sytuacja tego wymagała. Na głowie miał czarną czapkę, którą mógł naciągnąć na oczy.

Robił to za każdym razem, gdy działo się coś, na co nie chciał patrzeć. Był bardzo wrażliwym ninją.

Nosili czarny strój typowego ninja, pewnie aby nie być widocznymi. W dzień, w zielonym krajobrazie. To Samurajowie Monty Pythona?

W nocy odziewali się w białe narzutki maskujące.


Był niewiele niższy od Edry, ale silniejszy, i nie spodobało mu się to, w jaki sposób kolega (sic!) popatrzył na niego, gdy kazał mu się pospieszyć. Zwykle bywał trochę ponury i rzadko się uśmiechał (cały czas mowa o Grikdaa?), ale tym razem nie było to to samo spojrzenie co zawsze (ups, jednak nie). Edraa nie miał na nosie okularów (a co się z nimi stało?), a jego oczy były nienaturalnie puste, pozbawione wyrazu i błyszczące, jakby się czegoś naćpał. Przypominały oczy rekina.

Edraa wrócił w milczeniu po zostawione miecze.

Dwóch innych kolegów (imiona niewarte wymienienia), którzy byli już dużo dalej, głośno się śmiało.

Dwaj inni (…) się śmiali.

W tym miejscu pozwolę sobie zacytować słowa, którymi reklamuje się wydawnictwo: „W 3 miesiące przygotujemy, wydamy i pomożemy sprzedać Twoją książkę!”

Aha.

Aha. Piszą także: “Dostarczymy ją do najlepszych księgarni w całej Polsce!” – ciekawe w takim razie, czemu autor osobiście sprzedaje ją na allegro… No i nie zapominajmy o “Wydanie finansujesz Ty”!


Nabijali się z Edry, stwierdzając, że jest zbyt niezdarny jak na ninja. W końcu taki czujny wojownik zapomniał o swojej broni i jeszcze się skaleczył jak mały chłopczyk, bawiąc się kamieniami. Przynajmniej oni tak to widzieli. Lubili się śmiać, toteż nie przepuszczali żadnej sytuacji, w której mogliby się trochę z kogoś ponabijać czy pożartować.

Sympatyczne, wesołe chłopaki. Najbardziej bawiło ich podrzynanie gardeł, bo krew wtedy tak śmiesznie bulgotała.


Byli braćmi, doskonale się rozumieli i bardzo dobrze uzupełniali, zarówno w ataku, jak i w (obronie?) asekuracji.

Wiedzieli, gdzie zaraz będzie ten drugi, i umożliwiali sobie nawzajem swobodne przejście do ataku.

Ostatnim członkiem grupy był dość krępy jak na samuraja mężczyzna (o imieniu…), który lubił dużo biegać i zazwyczaj wyznaczał tempo całej piątki.

Krępy, czyli niewysoki i mocno zbudowany. Pfff, niewydarzony jakiś. Jak powszechnie wiadomo, typowy samuraj jest wysoki jak sosna i wiotki jak gałązka. O, taki:

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/7/7c/Samurai_with_sword.jpg/640px-Samurai_with_sword.jpg

Jako urodzony lider, przejmował inicjatywę, kiedy tylko mógł, choć nigdy nie kwestionował dowództwa Grikdy. Miał mnóstwo energii i trudno go było zatrzymać na dłuższy czas w jednym miejscu. Jego postura sprawiała jednak, że gorzej radził sobie z akrobacjami.

Chyba cyrkowymi.


Grikdaa był jedyną osobą, której osiłek chciał się podporządkowywać.

Krępy był urodzonym liderem, ale Grikdaa był liderem urodzonym bardziej.


Poprzednich dowódców irytowało jego ciągłe nieposłuszeństwo, ale on sam na niepokorności wychodził zawsze bardzo dobrze; twierdził, że lepiej, niż gdyby słuchał czyichś poleceń.

Lubił dodatkowe ćwiczenia i karcer o chlebie i wodzie, ale najbardziej uwielbiał solidne baty. A jeszcze jak zażył pewien środek, mmm…


Grupka powoli ruszyła dalej. Tym razem powolnym truchtem, żeby trochę odpocząć. Dowódca został całkiem z tyłu, aby mieć wszystkich na oku. Chciał się również przyjrzeć miejscu, gdzie wcześniej kucał jego podopieczny.

Podopieczny to nie to samo co podwładny. Coś tu śmierdzi.

Ci samurajowie! Człowiek nie może już nawet w spokoju kucnąć za krzaczkiem, bo zaraz przyleci dowódca na inspekcję.


Gdy nie dostrzegł tam niczego nadzwyczajnego, stał się jeszcze bardziej podejrzliwy.

Ojtam, ojtam, po prostu wojownik zawsze nosił ze sobą saperkę.

Pamiętacie, jak Edraa gapił się na krew, która kapała na ziemię? A pamiętacie, jak bracia kpili, bo się „skaleczył”? Wydawałoby się, że w tym momencie dowódca powinien zapytać, o co właściwie podkomendny rozwalił sobie rękę.

Ale nie, Grikdaa ma to w odwłoku.


Również dlatego, że czuł coś dziwnego w obecności Edry. Gdy ten przechodził obok niego, pojawił się nieprzyjemny dreszcz. Zauważywszy jego puste oczy, zapytał cicho (ten dreszcz zapytał):

– Co z twoimi oczami? Brałeś coś?

– VAD – odparł drwiąco Edraa.

VAD, Vacuum Accelerating of Dust,

Och, po mongolskim, afrykanerskim i rzymskim wracamy do basica!

Próżniowe Przyspieszenie Pyłu? Pył Przyspieszającego Odkurzacza?

Tak a propos – książka jest pierwszą częścią planowanego cyklu pod wspólnym tytułem D.E.A.T.H., który to akronim odczytuje się jako “Darkness, Energy, Aeon, Telepathy, Horizon” (widać te słowa u góry okładki). To tak, gdyby ktoś się zastanawiał, jakiego języka używa się w odległej galaktyce.


ciemnoniebieski proszek, który się wciąga lub pali, wdychając dym do płuc. Jest to swego rodzaju narkotyk, którego który produkowano głównie na planecie Zhekha Kyre, a największym rynkiem zbytu było Gobvinuin.

Eeee… Czym jest Gobvinuin? Planetą? Państwem? Miastem? Domem rozpusty?


Podczas palenia proszek zmieniał barwę na ciemnożółtą, podobnie jak wydobywający się z niego gęsty dym. VAD podnosiło tętno, rozszerzało źrenice i obniżało próg bólu.

Hm. Ciekawe, czy autor faktycznie miał na myśli to, co napisał, czy też w tej galaktyce i fizjologia działa odwrotnie.

Dla zdezorientowanych – niski próg bólu oznacza, że ból wywołuje już słaby bodziec, i jego obniżanie jest tak średnio przydatne wojownikom. Chyba że dla masochistów.

Edraa lubił.

„Ból jest najlepszym nauczycielem”. (Bruce Lee)


Wzrastał też poziom adrenaliny, a krew w żyłach zmieniała barwę na ciemnofioletową.

Serio – nie chce mi się tego rozkminiać. Moglibyśmy poprosić o konsultację kogoś z wykształceniem medycznym, ale po co. Mieszkańcy tej planety najwyraźniej są ludźmi, być może istnieje coś, co nadaje ludzkiej krwi kolor ciemnofioletowy, być może nie istnieje – to nie ma znaczenia. W dobrze napisanej opowieści czytelnik po prostu przyjąłby taki szczegół na wiarę, w tej, gdzie z każdym zdaniem coraz bardziej widać, że autor nie ma pojęcia, o czym pisze – już tylko macha ręką.

Nadmiar siarki zmienia krew na zieloną, więc może selen, tellur, pseudohalogeny? Tylko po co nam ta informacja w tym miejscu?


Każdy, kto wziął działkę, dostawał potężny zastrzyk siły i energii, ale przestawał być czujny i nie potrafił się skoncentrować.

Rzucał broń i gonił motylki.


Wielu wojowników ginęło po zażyciu VAD, pakując się w niebezpieczne sytuacje czy robiąc po prostu coś głupiego.

Albo zwijając się z bólu, gdy opadł na nich listek z drzewa.

Lub motylek.


Po chwili powolnego biegu Grikdaa zarządził krótką przerwę na uzupełnienie wody.

I elektrolitów! Nie zapominajcie o elektrolitach!


Najsilniejszy z grupy zatrzymał się daleko z przodu, dwaj śmieszkowie w połowie dystansu, a Edraa przed nimi.

– Co, ciamajdo? Znów łapsko rozwaliłeś? – zapytał jeden z rozrywkowych braci.

Samuraj nie odpowiedział. Zignorował zaczepki, co było w jego stylu. Nie przejmując się jego milczeniem, tamten kontynuował.

– Opóźniasz nas trochę.

Bez sensu, przecież Edraa zatrzymał się PRZED nimi!


– Opóźniasz nas trochę. Coś zrobił? – zapytał.

– Pewnie bił Niemca po kasku w krzakach, ale zapomniał, że w ciernie wszedł – rzucił ze śmiechem drugi.

Widzicie? Nawet w odległej galaktyce znają Niemców. A z nieba świeci im “słońce”.

Pewnie ci księżycowi Niemcy z “Iron Sky” opanowali wszechświat.


– Nawet pośmiać się z tobą nie można. Trzeba było kogo innego wziąć do grupy – odparł pierwszy.

– To z kogo byśmy się nabijali? – zaśmiał się znów tamten.

Z siebie nawzajem, pajace.


Edraa siedział w milczeniu i tylko popatrzył na nich spode łba.

– Czemu się nawet nie odezwiesz? – zapytał drugi z braci.

– Duma mu nie pozwala, z plebsem nie rozmawia – zażartował znów pierwszy.

Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale urwał w połowie zdania. Drugi z nich stał akurat tyłem parę kroków dalej, wykorzystując przerwę na załatwienie potrzeby fizjologicznej.

Pierwszy przerwał, bo nie lubił gadać do czyichś pleców.

Tak naprawdę CHYBA przeskakujemy w tym miejscu do punktu widzenia drugiego, ale jest to napisane tak nieporadnie, że głowy nie dam.


Usłyszał ciche uderzenie, trzask gałęzi i trzepot skrzydeł ptaków wylatujących w panice z zarośli na zboczu góry, na której siedzieli. Odwrócił się gwałtownie i otworzył szeroko oczy. Edraa błyskawicznie znalazł się przy drugim towarzyszu broni. Jego puste oczy (tego towarzysza?) lśniły czarną barwą, a źrenice nie reagowały na zmieniające się światło ani wiatr. Wbijał oczy rekina w twarz drugiego z braci.

Byłoby zdecydowanie łatwiej się w tym połapać, gdyby mieli imiona.


Ostatnią myślą, jaka przebiegła przez głowę przestraszonego wojownika, było to, że tamten cichy hałas był odgłosem spadającego ciała.

Hałas był cichy, a ciało spadało w górę.


Nie zdołał się już odezwać ani zastanowić nad sytuacją. Wzdrygnął się tylko, czując błogie ciepło rozchodzące się po ciele, a chłód cieczy na brzuchu uzmysłowił mu, że zaraz dołączy do brata.

Do końca zachował zimną krew.

Musieli się naćpać czegoś bardzo mocno podwyższającego próg bólu, bo u żadnego zabijanego nie ma wzmianki by coś poczuli. Nagle czują ciepło (albo chłód) krwi i sami nie wiedzą kiedy w ich ciele pojawił się dobry metr ostrej stali. I nie, bardzo cienkie ostrza i specjalne, samurajskie, szybkie i delikatne ciosy nie dadzą takiego efektu.


Drugie ciało spadło w te same zarośla. Odgłos łamanych gałęzi poniósł się echem, a schowana w nich zwierzyna znów zerwała się do ucieczki.

Jaka zwierzyna? Przecież tam było za zimno dla zwierzyny!

Były sokoły i orły. Może akurat poszły w krzaki za potrzebą.


Parę kroków dalej pozostał już tylko ślad rozbryzganej krwi pierwszego z braci.

Rozbryzganej, czyli cios był gwałtowny, żadne pieszczotliwe cięcie czy podstępne pchnięcie.


W miejscu, gdzie został zamordowany drugi z samurajów, teraz widniała kałuża. W miejsce miejscu, gdzie spadły ciała wojowników, widoczne były połamane gałęzie.

A w miejscu, gdzie nic się nie wydarzyło, nie było widać niczego.


Wszystko trwało zaledwie parę sekund. Żaden z nich nie zdążył wydobyć z siebie głosu, żeby ostrzec pozostałych. Gęste zarośla skutecznie zasłoniły zwłoki i gdyby nie te parę śladów, nie byłoby wiadomo, co się stało.

Wiatr mocniej zawiał, a wroga cisza dała się odczuć parędziesiąt metrów dalej, gdzie odpoczywał na kamieniu dowódca grupy.

To naprawdę Galaktyka Na Opak; nawet cisza tu zachowuje się jak dźwięk i rozchodzi z wiatrem.


Edraa zaszurał butem nieopodal miejsca pierwszego mordu, zasypując piaskiem krew (jak kot po skorzystaniu z kuwety), połamane zarośla przysłonił większymi liśćmi i ściąwszy dwa krzaki, rzucił je w dół zbocza.

Znaczy, połamał więcej roślinności, żeby zasłonić połamaną roślinność?

Zarośla musiały być bardzo malutkie, że dało się je zasłonić większymi liśćmi. Może to były zarośla czarnej jagody? Jak to trochę przemyśleć wychodzi na to, że zrzucał ich gdzieś poniżej, w dół stromego stoku, w wąwóz czy coś takiego. Ale jest to tak nieporadnie opisane, że czytelnik tego nie widzi.


Przy drugiej plamie natomiast kucnął i ściągnął rękawicę ze zranionej wcześniej dłoni. Gdy podszedł Grikdaa, podniósł lekko głowę. Krew wyglądała tak, jakby właśnie spłynęła z jego ręki.

No chyba jednak nie.


Dowódca stanął parę kroków od wojownika i rozejrzał się uważnie. Zmarszczył brwi i zapytał cicho:

– Gdzie śmieszki?

– Poszli naprzód – odparł Edraa bez emocji, wzruszając ramionami.

I po paru krokach zniknęli z oczu? Autor mógłby się zdecydować, czy opisuje “góry skaliste”, kamienie i piach, czy gęstą dżunglę.


Nadal oglądał skaleczoną rękę i nie wstawał znad plamy czerwonej cieczy. Tamten jednak nie wydawał się usatysfakcjonowany odpowiedzią podwładnego. Rozejrzał się jeszcze raz i oznajmił:

– Coś cicho się zrobiło jak na nich. Dlatego pytam.

Doświadczony samuraj nie usłyszał trzasku pękających gałęzi, który niósł się echem, odgłosów padających ciał, zasypywania śladów szuraniem, ścinania krzaków, uciekającej zwierzyny i spłoszonych ptaków – natomiast z 50 metrów poczuł, że śmieszkowie niepokojąco ucichli. Umiejętności samurajów są tutaj równie dziwne jak fizyka?

Dowódca był do nich bardzo przywiązany i gdy zabrakło ich wesołego śmiechu… Chlip…


– Odwrócił głowę w stronę kucającego ninja i dodał, wskazując na jego rękę: – Opatrz to. Dużo krwi, widzę, straciłeś jak na taką pierdołę. Rana musi być głęboka. Zresztą dobrze o tym wiesz, prawda? – skończył i próbując podejść Edrę psychologicznie.

Nie bardzo łapię, na czym niby miało polegać to “podejście”, za to wiem, że dowódca jest ślepym kretynem. Całe to “maskowanie” jest naciągane i nawet na pierwszy rzut oka nie trzyma się kupy.


Ten jednak nie wdawał się w dyskusję i tylko przytaknął. Grikdaa zaczął się powoli oddalać od wojownika, ale czuł, że coś jest bardzo nie w porządku. Miał mnóstwo wątpliwości.

I właśnie dlatego postanowił się czym prędzej oddalić i nie przyglądać się zbyt dokładnie. Co z oczu, to i z serca.


Edraa zawsze był małomówny i aspołeczny, ale teraz biła od niego pewna wrogość. Dowódca przyspieszył kroku i ruszył w stronę pierwszego towarzysza, przechodząc do truchtu. Jednak po paru krokach poczuł się nieswojo. Biegnąc, czuł chłodny oddech na swoich plecach. To było dziwne, wiedział, że nie wróży nic dobrego.

Zimny oddech? To znaczy, że goni go Dziadek Mróz!


Gwałtownie się odwrócił, wyciągając błyskawicznie swoje ostre noże, i odskoczył parę metrów w tył.

Ha, to nie był człowiek, to była kosmiczna pchła!


Nikogo jednak nie zobaczył. Rozejrzał się w lekkiej panice i przez głowę przeszła mu myśl, że może wpadł w paranoję albo coś w tym stylu.

Zwłaszcza coś w tym stylu.


Wiedział, że jednak coś jest nie tak. Ogarnął go taki niepokój, że aż przeszły go dreszcze.

Bardzo czujnie, trzymając noże w gotowości, znów się odwrócił. Spodziewał się zobaczyć przed sobą wroga, ale nikogo tam nie było. Wziął głęboki wdech i spojrzał uważnie przed siebie. W oddali na ścieżce dostrzegł swojego kolegę, samuraja, który zazwyczaj prowadził całą grupę. Miał już ruszyć w jego stronę, kiedy nagle poczuł dziwne ciepło. Ciepło, jakiego jeszcze nie zaznał.

A na pewno nie od kolegi.


Zaczęło go ogarniać jak gorączka, mimo że był dość chłodny i wietrzny dzień. Tego się nie spodziewał. Stracił czujność jedynie na ułamek sekundy, ale to wystarczyło. Wszystko stało się za szybko – szybciej, niż był w stanie zareagować.

Jeden z mieczy zabójcy sterczał w klatce piersiowej Grikdy, lśniąc w blasku „słońca”. Od razu rozpoznał charakterystyczny kształt katany i wygrawerowany na boku ostrza wzór.

– Nie tak byłeś szkolony – powiedział cicho, w ogóle się nie ruszając. Lekko się uśmiechał. – Jeden cios miał uśmiercać – dodał od razu z wyraźnym zadowoleniem.

A ten z czego się cieszy? Lubi być nabijany na miecz?


– Chciałem usłyszeć, czego się domyśliłeś – oznajmił cichym tonem Edraa.

– Wszystkiego… – oznajmił łamiącym się głosem dowódca. – Źle… zatarłeś ślady… – wyjąkał, lekko krztusząc się krwią.

I dlatego nie zabiłem cię od razu i beztrosko odwróciłem się do ciebie plecami.


– Jeśli się ze sobą trenuje, to ciężko coś ukryć – rzucił krótko i bez emocji Edraa.

– Dlatego chcesz… nas… wykończyć…

Samuraj nie zareagował na te słowa. Stał za plecami dowódcy z wyciągniętą przed siebie ręką, w której trzymał jeden ze swoich mieczy. W jednej czwartej długości ostrza były już plecy Grikdy, reszta (Grikdy???) wystawała z klatki piersiowej.

A ciało dowódcy było cienkie jak kartka papieru.


Struga krwi spływała zarówno z pleców, jak i z torsu dowódcy. Grikdaa błyskawicznym ruchem wyzwolił się z ostrza mordercy, odskakując w przód i odbijając się nogami od Edry.

Usilnie próbuję to sobie wyobrazić, ale mózg odmawia współpracy. W jaki sposób przebity mieczem Grikdaa byłby w stanie odbić się nogami od kolesia, który stoi za jego plecami?


Chciał równocześnie ostatkiem sił, póki w jego ciele działała jeszcze adrenalina, zadać cios swoimi nożami, ale Edraa okazał się szybszy. Wcześniej milczący samuraj też był bardzo szybki, ale nie aż tak – teraz było w nim coś dziwnego.

Taaa, już od kilku akapitów czytamy, że było w nim coś dziwnego.


Jego tempo zwiększyło się co najmniej trzykrotnie. Nóż z prawej ręki wypadł dowódcy (głową z uznaniem pokiwał Mistrz Yoda), a krew rozprysnęła się na wszystkie strony. Paraliżujący ból rozchodził się od ramienia do samej dłoni, po wewnętrznej stronie. Potężne uderzenie buta wywróciło go na plecy i rzuciło parę metrów w tył, tłumiąc skutecznie krzyk bólu. Chciał podnieść się od razu, ale zdołał jedynie usiąść na ziemi, nim oba miecze Edry przebiły mu serce.

Grikdaa popatrzył na niego, łapiąc ostatni oddech, po czym padł martwy z malującym się na twarzy zaskoczeniem. Nie zdołał nawet krzyknąć.

Padł martwy, ale nie całkiem, bo rozmyślał dalej:

Edraa był przeraźliwie szybki i skuteczny. Od ostatniego wypowiedzianego przez Grikdę zdania upłynęło zaledwie parę sekund. Nikt by się nie spodziewał tak błyskawicznego kontrataku. Ostatnią myślą umierającego było pytanie, jak Edraa stał się nagle taki szybki i dlaczego zdecydował się wykończyć całą grupę samurajów.

– K… K… Kim jesteś… – rozbrzmiewało jeszcze w uszach mordercy, który nie zmienił ani na moment wyrazu twarzy.

Jak na osobę przebitą trzy razy mieczem, w tym dwa razy przez serce, która właśnie padła martwa bez jednego krzyku, dowódca był zaskakująco rozmownym człowiekiem. Tak, znamy kliszę z ostatnimi słowami umierających. Nie, opisywanie, że je wypowiedział, już po opisie śmierci, przy której miał być zbyt zaskoczony aby zareagować, to nie jest dobra kolejność.


Ostatnie słowa mordowanego dowódcy sprawiły jednak, że na ułamek sekundy Edraa szyderczo i z dumą się uśmiechnął. Spoważniał, gdy spojrzał w dół i dostrzegł w oddali ostatniego z kolegów. Tamten jednak nie mógł go zobaczyć, ponieważ osłaniały go drzewa.

A Edraa go widział, bo miał Moc Widzenia Przez Drzewa.


Mroczny wojownik podszedł do ciała trzeciego zabitego wojownika i pociągnął je za nogi w miejsce, gdzie wcześniej zrzucił zwłoki braci. Grikdaa znalazł się w tych samych zaroślach co tamci. Tym razem jednak samuraj z dwoma mieczami na plecach nie zatarł śladów. Po zrzuceniu ciała odwrócił się w kierunku osiłka i znów na chwilę uśmiechnął.

Zaśmiał się głosem złoczyńcy z Batmana. Zdjął ciemne okulary, które miał teraz na głowie a nie na dupie, i rozdeptał je butem. Nie czuł nic. Nawet pulsującej płytkiej rany na twarzy, gdzie dowodzący dosięgnął go czubkiem noża.

Kiedy i jakim cudem?


Bez wzruszenia pobiegł wyznaczonym szlakiem.

Ostatni z piątki samurajów zorientował się, że coś jest nie tak. Wyczuł, że sytuacja stała się bardzo nieprzyjemna.

Obijało się o niego echo rozchodzącej ciszy?


Ruszył do przodu, co chwilę oglądając się za siebie. W pewnym momencie zszedł z wyznaczonej drogi i ukrył się jak najlepiej potrafił w gąszczu drzew, krzewów i skał. Nie chciał zostać zaskoczony przez nieznane sobie zło, wolał mu stawić czoła. Nie przeczuwał jednak, że sprawy zaszły aż tak daleko, nie domyślał się nawet, że został tylko on i… Edraa. Już nie ten sam Edraa, z którym tyle lat trenował, ale pogrążony w jakimś dziwnym mroku samuraj, od którego bił złowrogi blask i który pałał żądzą krwi.

Stał się lampą Wooda – świecił czarnym światłem i przyciągał owady.


Osiłek powstrzymywał dyszenie, spowalniając wdechami puls, żeby zachowywać się jak najciszej.

To muszą być te słynne specjalne umiejętności ninja.


Słyszał każdy krok tamtego wojownika. Był szybki, bardzo szybki, ale… zwalniał. W pewnym momencie odgłosy kroków umilkły. Krępy samuraj napiął mięśnie i w mgnieniu oka wyciągnął miecz. Świst klingi wzbił w powietrze, przecięte jak od linijki, źdźbła wysokich traw.

Miecz soniczny!


To jednak było stanowczo za wolno jak na nową wersję jego kolegi. Edraa już był w odpowiednim miejscu. Nie bawił się ani nie demonstrował swojej potęgi. Gdy osiłek oddał cios mieczem,

To jego przeciwnik zadał jakiś cios, że ten mu oddał? To tak jak “odpowiedzieć” zaczynając pierwszy rozmowę.

ten znalazł się tuż obok niego i ustawił w przeciwnym kierunku.

Przeciwnym, niż był podchodząc? Odwrócił się do niego plecami? Czy może stanął naprzeciw? Przez takie niezręczności trudno zobaczyć w wyobraźni sytuację, a już zaczęło autorowi coś w miarę wychodzić z akcją.


Prawa ręka Edry była podniesiona i zgięta w łokciu. Nóż wystawał z zaciśniętej dłoni. Jego łokieć był na wysokości nosa ostatniego z samurajów. Z gardła trysnęła krew i duży ninja padł zaskoczony w trawę.

Też jestem zaskoczona, bo z tego opisu wynika, że krew trysnęła jakoś tak sama z siebie, zanim Edraa w ogóle zdążył zadać cios tym nożem, który mu “wystawał z dłoni”.

Autor ma wyjątkowy antytalent do posługiwania się składnią. Podmiot chyca po tekście jak spłoszony zajączek. Przez moment miałam wrażenie, że krew trysnęła z gardła Edry.


Nie zastanawiając się ani chwili, morderca rzucił ciało ostatniego z kolegów tam, gdzie resztę, a potem podpalił wszystkie zwłoki. Stojąc na kamieniu, patrzył, jak znikają trawione przez ogień. Prochy kolegów rozrzucił wokół siebie, a wiatr poniósł je w cztery strony świata.

Musieli być bardzo łatwopalni. Spopielił ich ogień palących się krzaków i to przed zachodem słońca.

Co się dziwisz? Papierowi bohaterowie, to i płoną łatwo, jak na papier przystało.


Ślady krwi zostały osmolone przez ogień, krzaki i ciała spalone, ale to było jeszcze za mało dla wojownika. Odszedł parę kilometrów (sic!) i patrzył, jak skały eksplodują.

Łatwopalni i wybuchowi! “Prochem jesteś i w proch się obrócisz” nabrało całkiem dosłownego znaczenia…


Po miejscu zbrodni nie zostało nic. Wyrzucone w powietrze kawałki gruzu spadły z powrotem na dół, a pył i kurz przysypały spaloną roślinność. Jedyną pamiątką po całym zajściu była szrama na twarzy mordercy.

Edraa stał na szczycie, patrząc, jak góry milkną po wybuchu, i chowając mroczną historię pod grubymi warstwami skał, piasku, pyłu i połamanych drzew.

Ej, serio – wysadził w powietrze całą górę, żeby ukryć cztery trupy? A nie prościej było zrzucić ciała w jakąś przepaść albo zawlec do jaskini?

Koledzy kiedyś powiedzieli, że chcieliby odejść z hukiem.


Jego oczy lśniły czernią w blasku powoli zachodzącego Sodraax, a końce zawiązanej na głowie opaski łopotały na wietrze.

https://i.redd.it/4ms9qk5hpm971.gif

Skaleczona dłoń przestała dawno krwawić, rana na twarzy tylko lekko się czerwieniła. Wojownik nie czuł w ogóle bólu. Miecze samurajskie, złożone na plecach w kształt litery X (co w języku rzymskim oznacza dziesięć), spoczywały bezpiecznie w pochwach, wydając metaliczny dźwięk pod wpływem wiejącego mocno górskiego wiatru.

Musiało naprawdę nieźle dmuchać, skoro wiatr szczękał mieczami w pochwach.


Trzymany w ręce kamień błyszczał teraz jeszcze bardziej, a pył wewnątrz niego przybierał coraz wyraźniejszy kształt. Edraa przyjrzał mu się uważniej. Wyglądało to jak zamknięta w krysztale galaktyka, ale nie przypominała tej, w której się znajdował.

Bo wicie, z galaktyką jest jak z Polską czy innym krajem: każdy mieszkaniec zna doskonale jej kształt na mapie.


Znał ją jednak bardzo dobrze. To był układ CrySkyline, który zniknął bardzo dawno temu. Wiedział, że to nie jest zwykła błyskotka, miał wrażenie, że to coś, co mogło występować tylko w galaktyce, która już dawno nie istniała.

Miało napis “Made in CrySkyline” i naklejkę z ceną.


Stwierdził więc, że może to być bardzo wartościowy unikat. Ale było coś jeszcze. Jego ciało zachowywało się inaczej niż dotychczas, serce biło innym rytmem i czuł przypływ niezwykłej siły. Był świadomy zmian, ale nie wiedział, co ze sobą niosą.

Epickie zatrucie pokarmowe?


Postanowił jednak, że dowie się, czy takich kamieni jest więcej. W jego myślach już pojawiła się wizja posiadania większej ich ilości. Wyobrażał sobie, że dzięki nim stanie się niezwyciężony albo nawet nieśmiertelny.

Misja “Thanos” rozpoczęta!


Złowrogi uśmiech zagościł na jego twarzy chłostanej przez ostry wiatr.

https://c.tenor.com/TwyugOVYHbIAAAAC/jackie-chan-wind.gif

Założył na usta i nos chustę, którą miał na szyi, po czym zeskoczył na niższą półkę skalną, potem kolejną, aż zniknął w gąszczu. Wiatr jeszcze raz mocniej zawiał, kołysząc liśćmi na drzewie, obok którego stał przed chwilą Edraa.


I na tym kończymy analizę D.E.A.T.H. Kto wie, może kiedyś zabierzemy się za całość? Ale na razie pozostaje nam jedynie wyobrażać sobie dalsze losy Edry i zastanawiać, czy autor wyda również zapowiadane dwa kolejne tomy.

Może gdyby autor od początku skupił się na fabule i wydarzeniach, ten fragment byłby lepszy. I nie wykluczam, że dalsza część książki nadaje się do czytania przy pewnym zawieszeniu domyślności. Niestety, powieść nie widziała przed wydaniem porządnego redaktora ani choćby życzliwej bety, która wytknęłaby najbardziej oczywiste błędy. Dlatego teraz ten tekst może pokazywać innym, co takiego dzieje się, gdy ktoś zabiera się za pisanie SF, ale ma problem z tym S. Bo żeby mylić tak podstawowe pojęcia, i brać układ planetarny za galaktykę…


Z dzikich gór pozdrawiają trenujący zawzięcie do nowego wpisu ninja-analizatorzy,

a Maskotek zaczaił się za krzakami i wrzeszczy “Buuu!”

8 komentarzy do posta “98. Nie bij Niemca po kasku, czyli opętany ninja (D.E.A.T.H. cz. 2/2)

  1. Wyglądał okazale, mimo że był trochę brudny od piasku, mieścił się w dłoni i miał bardzo ciekawy kształt.”
    Konstrukcja zdania sugeruje, że wyglądałby lepiej, gdyby nie miał ciekawego kształtu.

    Tegoświatowi kolekcjonerzy byli perfekcjonistami i nienawidzili inności. Jak to kolektyw.

    Przez moment miałam wrażenie, że „gość z ciemną czupryną” był tym dziwnym czymś we wnętrzu kryształu.
    To by tłumaczyło niepewność i pożądanie.

    To jest, przepraszam, wojownik czy górnik?
    Kosmiczny termit-żołnież.

    Czy ta nieszczęsna gwiazda nie ma własnej nazwy?
    Ja ci mówię, to jakiś wielki reaktor, albo sfera Dysona. Albo te apostrofy oznaczają przydechy, czy tam inny typ akcentowania.

    Za słownikiem PWN: podziw «zdumienie połączone z uznaniem, zachwytem»
    Dobór słów MA znaczenie.

    Na pewno chodziło o to, że gdzieś w głębi mózgu koleś zastanawiał się, czemu obca planeta przypomina środowiskiem Ziemię.

    „Pomimo tak bujnej roślinności” (przypomnijmy: “gór i kanionów, które przypominały kamieniołomy w górach skalistych”)(Sporo tam litopsów, widać)

    Facet stoi i krwawi. Zaiste idealny moment na moment na wciśnięcie opisu przyrody.
    Niedokrwienie wyłącza mu mózg, to pierdzieli. Uczniak chyba jakiś, że go tak widok krwi ogłupił.

    Och, może nosił stalowe ochraniacze na klejnoty?
    Może to był Edraa Żelazomoszny?

    Przecież nie wiadomo, gdzie miał te kieszenie, defetyści.

    Ciekawam, z jakiego języka kolo zgapił to „Sodraax”. Znowu afrykanerski?

    „miecze w pokrowcach i pasach”
    Japoński wojak z indyjską bronią? (https://pl.wikipedia.org/wiki/Urumi)

    Nosili czarny strój typowego ninja, pewnie aby nie być widocznymi. W dzień, w zielonym krajobrazie. To Samurajowie Monty Pythona?
    Idealny kamuflaż w razie utknięcia w czarnej dupie.

    Rzucał broń i gonił motylki.
    W podskokach, bo trawa kłuła go w stopy.

    „– Opóźniasz nas trochę.”
    Bez sensu, przecież Edraa zatrzymał się PRZED nimi!

    Wolno dreptał, a tamci nie mogli lub nie chcieli go wyminąć.

    „Biegnąc, czuł chłodny oddech na swoich plecach. To było dziwne, wiedział, że nie wróży nic dobrego.”
    Zimny oddech? To znaczy, że goni go Dziadek Mróz!

    BUKA…

    Ha, to nie był człowiek, to była kosmiczna pchła!
    Termit.

    A ten z czego się cieszy? Lubi być nabijany na miecz?
    Że uczeń nie przerósł mistrza. Za życia mistrza.

    Usilnie próbuję to sobie wyobrazić, ale mózg odmawia współpracy. W jaki sposób przebity mieczem Grikdaa byłby w stanie odbić się nogami od kolesia, który stoi za jego plecami?
    Trzecią parą swoich termicich odnóży.

    Nie, opisywanie, że je wypowiedział, już po opisie śmierci, przy której miał być zbyt zaskoczony aby zareagować, to nie jest dobra kolejność.
    Na własną śmierć nie zareagował.

    „Autor ma wyjątkowy antytalent do posługiwania się składnią. Podmiot chyca po tekście jak spłoszony zajączek. Przez moment miałam wrażenie, że krew trysnęła z gardła Edry.
    To i tak nic przy nożu z łokciem.

    spoczywały bezpiecznie w pochwach
    A jednak zna to słowo.

    Musiało naprawdę nieźle dmuchać, skoro wiatr szczękał mieczami w pochwach.
    Miecze z blachy aluminiowej?

    Że też gościowi kamień nic nie posiekał podczas tej ekwilibrystyki.

    Macie już następny materiał?

  2. Ja mam problem ze zwizualizowaniem tego magicznego kamienia. Pominę już tę mieniącą się czerń, ale: „w środku znajdowały się jakby drobinki kurzu, które cały czas się poruszały, co przypominało miniaturową galaktykę”
    Czyli, biorąc pod uwagę oryginalne podejście autora do terminu „galaktyka”, mniejsze krążyły wokół większych, a te większe orbitowały wokół jednej największej? Innymi słowy, cudownie odnalezioną pozostałością po całej zniszczonej galaktyce/układzie planetarnym był jakiś gadżet dla dzieci z ichniego Centrum Nauki Kopernik?
    Bo z kolei jeżeli przypadkowo autor użył „galaktyki” w jej bardziej konwencjonalnym znaczeniu, to główną cechą wyróżniającą nie jest bynajmniej to, że jej elementy nieustannie się w sposób widoczny poruszają…

    Aha, i nie znam się za bardzo na kulturze japońskiej, ale mam mocne wrażenie, że „samuraj” i „ninja” to nie są terminy, które można używać zamiennie. A nawet, że w ogóle nie są znaczeniowo zbliżone. Żeby nie powiedzieć sprzeczne.

    O reszcie miałabym całkiem dużo do powiedzenia, tylko jakoś nie mogę znaleźc słów…

  3. „Wyglądał jak ciemne przezroczyste szkło, mienił się czarną barwą, a w środku znajdowały się jakby drobinki kurzu, które cały czas się poruszały, co przypominało miniaturową galaktykę.”
    Czy tylko mnie skojarzył się ten kamień z obsydianową gwiazdą, w której były zatopione aktywne diamenty?
    (dla niezorientowanych – taką gwiazdę na czarnej aksamitce nosiła na szyi Yennefer, czarodziejka z wiedźmińskiej sagi Andrzeja Sapkowskiego)

    „schował znaleziony przedmiot do kieszeni”
    Znalazłem se jeża
    Do kieszeni-m schował
    Com się sqrwysyna
    potem nawyjmował….

  4. Okej, o ile pierwsza część była po prostu naiwnym pseudo-scifi tak tu ałtorowi peron odjechał, z durnymi wstawkami z napakowanymi durnymi mięśniakami rodem z amerykańskiego hajskulu, szałem bojowym czy pierdołowatymi nindża.
    A walenie Niemca po kasku to był ten moment kiedy przystopowałam i było takie „że kur*a co?!”

  5. „Czy tylko mnie skojarzył się ten kamień z obsydianową gwiazdą, w której były zatopione aktywne diamenty?”

    Mnie to przypomina jeden z filmów Faceci w czerni i kota z zawieszką na obróżce. To chyba nawet była galaktyka.

Napisz komentarz