96. Nic nie boli tak jak ksiopko, czyli rozstania i powroty (Żyć do końca, cz. 2/2)

Drodzy Czytelnicy!

Po długich wakacjach wracamy do szkoły, śledzić dalsze losy naszej niezdecydowanej bohaterki Agnieszki oraz wszystkich mężczyzn jej życia.

Przypomnijmy: nastoletnia Agnieszka chodzi z niejakim Sławkiem, ale nie może zapomnieć o swej pierwszej wielkiej miłości – Stanisławie, nauczycielu z podstawówki. Ona i Stanisław rozstają się, wracają do siebie, znów rozstają… Po kolejnym rozstaniu Agnieszka poznaje Tadeusza, z którym zachodzi w ciążę, a który – CÓŻ ZA PRZYPADEK – okazuje się nowym nauczycielem w jej liceum. Agnieszka znów nie może się zdecydować – kocha go, czy nie kocha, chce z nim być, czy się rozstać…

 

Agnieszka Dembek: Żyć do końca

część 1

Analizują: pi.asia, Joanna i Kura

 

Agnieszka siedzi w ławce ze swą psiapsiółką Violettą i snuje życiowe rozkminy.

 

(…)

Chciałabym by czas cofnął się o parę miesięcy. Może wtedy znalazłabym wytłumaczenie tego wszystkiego.

– A jeśli miałabyś szansę powrócić do przeszłości, czy zachowałabyś się inaczej? – zapytała Violetta.

– Chyba nie.

– Chyba?

– Na pewno nie.

Też by kręciła z dwoma facetami naraz, okłamując obydwóch, a potem poszła do łóżka z trzecim? Pogratulować rozumu!

 

– Właśnie. Nie możesz mieć do nikogo pretensji tylko do siebie, a jednocześnie nie masz czego żałować, jeśli sama byś tego nie zmieniła.

powiedziała Violetta, bardzo dumna ze swej złotej myśli, która co prawda z żadnej strony nie ma sensu, ale za to brzmi mądrze.

 

– Zadaję sobie tylko pytanie na kim mi tak najbardziej zależy, kogo powinnam kochać? Nie wiem co się ze mną dzieje.

No to w końcu wie, kogo kocha czy nie wie?

 

– Życie jest trudne dla każdego. Nikogo nie oszczędza.

Violettę zdecydowanie czeka kariera nowego Coelho.

 

Agnieszce zaczęły spływać łzy. W głowie szumiło.(aż miło)

To nie jest moja literówka, tylko błąd w druku. Korekta zaspała.

 

– Tak bardzo chciałabym być chociaż raz szczęśliwa w miłości, chociaż jeden dzień. Bez tych nerwów, strachu, że odejdzie… Czy to za dużo? Czy za dużo chcę od życia? Powiedz mi?

Ale chwila moment. O co jej w końcu chodzi? Stanisław obiecał, że się z nią ożeni. Jak się ożeni, to nie odejdzie, w każdym razie nie tak od razu, więc tych dni będzie sporo.

Albo zapomniała, albo chciała podramatyzować.

 

(…)

– Czy muszę cierpieć za swoje winy? Za jakie winy? Za to, że kocham? – ciągnęła dalej Agnieszka. – Czuję jakbym zabijała samą siebie (o, coś nowego). Jakbym stała nad przepaścią i tylko jedno słowo dzieliło mnie od prawdy. To samo słowo wciąga mnie w dół, w dno, którego wciąż nie widać. Czuję jakby ktoś, mówiąc mi to czego nie chcę usłyszeć, spychał mnie w tę przepaść. (kuźwa, nie ogarniam) Kolejny raz popełniam ten sam błąd i tylko po to, by przeżyć kolejny dzień. Czy ten jeden dzień jest tego wart? Nic mi już nie zostało. Nic. Rozumiesz? Nic.

Nie wiem czy Violetta rozumie. Ja NIE rozumiem.

 

– Agnieszka, nie jesteś zwykłą dziewczyną jak inne, jak ja, czy taka Kasia.

Kasia, dyskretnie podsłuchująca rozmowę, odetchnęła z ulgą.

 

– Violetta, czy ja żyję godnie? – Agnieszka zaczynała rozumieć, że traci grunt pod nogami.

Chciała się upewnić, że w tym wszystkim co robi jest jakiś sens, sens życia.

Próżny trud.

 

– Dlaczego o to pytasz?

– Czasami myślę, że to co robię jest śmieszne. Uganiam się za starszymi facetami… Czy to normalne? Dlaczego tak się dzieje?

– Wiesz przecież, że to przez twojego ojca – powiedziała Violetta, chcąc chociaż w małym stopniu pomóc koleżance.

Zrobi jej psychoanalizę na miejscu?

 

– Wiem. Myślę, że nie ma na świecie takiego człowieka, który tak bardzo nienawidziłby swojego ojca jak ja.

Ponownie powiało Wielką Opkową Tajemnicą Rodzinną.

 

– To okrutne.

– Wiem – powiedziała Agnieszka. – Jeszcze raz zastanawiam się nad swoim zachowaniem. Może wynika ono z tego, że nie umiem walczyć.

– A może nie chcesz walczyć? – zapytała Violetta.

Agnieszko, wyjaśnij, co ma walka do twojego uganiania się za facetami?

Nie oczekuj odpowiedzi, ona już zmienia temat!

Już nabrała oddechu, już szykuje się do wielkiej przemowy…

 

– Człowiek rozumie, jak Bóg musi go kochać i cierpieć przez niego, dopiero wtedy, gdy sam jest nieszczęśliwie zakochany. I chyba dlatego nie każdy poznaje smak prawdziwej miłości.

– Nie każdy ma ten dar.

– Nie, nie każdy chce szukać ideału, a może właśnie o to chodzi, by tylko niektórzy, ci wybrani, poznali okropny smak rozpaczy przez miłość, która zwycięża z umysłem i staje się kanibalem samego siebie. Pożera serce, myśli, rozum i rozsądek. Hormony zaczynają szaleć, a umysł zasypia. Okrutna przewaga serca nad rozumem kolejny raz pokazuje, że człowiek jest durniem i niewolnikiem własnej słabości.

Violetta nie umiała tego skomentować.

Nie dziwię się, ja też nie umiem.

 

To, co Agnieszka mówiła wydało jej się prawdą. Okrutną prawdą.

A tak w ogóle to one tę rozmowę prowadziły w klasie, siedząc w ławce. Przegadały całą lekcję i nauczyciel nie zwrócił im uwagi?

Może to była religia – usłyszał, że mówią o Bogu i odpuścił?

 

Gdyby był inny sposób, łatwiejszy, to na pewno Agnieszka by go wykorzystała. Niestety nie było takiego sposobu. Jedynym ratunkiem w jej oczach było teraz kłamstwo.

Tak, mogła tylko skłamać. Postanowiła iść do Tadeusza i skończyć z tym wszystkim.

ZAKOŃCZENIE ZWIĄZKU AGNIESZKI Z TADEUSZEM, PODEJŚCIE TRZECIE

 

Miał właśnie „okienko”, więc mogła być więcej niż pewna, że nikogo oprócz niego nie będzie w pokoju nauczycielskim.

To, że inny nauczyciel też w tym samym czasie mógł mieć „okienko”, jakoś jej nie przyszło do głowy.

Znała na pamięć grafik wszystkich nauczycieli.

 

Nie myliła się. Zamknęła za sobą drzwi i podeszła do niego. Tadeusz podniósł powoli wzrok.

– Ach, to ty – powiedział.

– Chciałam porozmawiać – stanęła naprzeciw niego.

– O czym? – zapytał.

– O nas. Chyba najlepiej dla nas obojga będzie, gdy zostaniemy przyjaciółmi.

– Nie rozumiem – był zdziwiony.

– Chcę tylko jednego, by nie myślał pan o mnie źle, byś pamiętał o tych miłych chwilach ze mną.

Znów powiało XIX-tym wiekiem! Ktoś rozpoznaje, z jakiej powieści jest ten cytat?

 

– Dlaczego mam wrażenie jakbyśmy się rozstawali, jakbyś chciała odejść?

Wcześniej, gdy kazała mu zjeżdżać, nie miał takiego wrażenia?

 

– Coś w tym stylu.

Agnieszka spuściła głowę. Tadeusz wstał i podszedł do niej. Wziął jej głowę w swoje silne dłonie.

– Dlaczego? – zapytał.

– Tak będzie najlepiej.

– Dla kogo? Dla mnie, dla ciebie? Nie wierzę w to. Łączy nas coś więcej niż przyjaźń. To dziecko. Ono może być moje, nasze. Przecież ja tak kocham dzieci.

I dlatego bzykam bez zabezpieczenia co popadnie. Bo tak kocham dzieci.

Chce mieć więcej do kochania!

Nagle zapomniał, że jego kariera jest zagrożona?

 

– Wiem, ale tak trzeba, by nie było potem nienawiści.

– Do kogo? Do ciebie? Nigdy – przycisnął ją do siebie. – Nigdy, Agnieszko, nigdy.

Przez chwilę tak stali aż wreszcie Agnieszka odzyskała przytomność umysłu. Odepchnęła go. Patrzyła jeszcze przez chwilę na jego twarz.

– Nigdy nie mów „nigdy”! – zakończyła i wyszła z pokoju.

Tu akurat przypadkiem miała rację. Bo, biorąc pod uwagę jej dotychczasowe działania, Tadeusz naprawdę mógłby ją znienawidzić, i to dosyć szybko.

 

Tadeusz patrzył za nią. Czuł, że to koniec. Nie było sensu jej przekonywać. Już postanowiła.

Kto wie, czy to posunięcie było dobre. Tadeusz dawał jej poczucie bezpieczeństwa, był jednocześnie kochankiem i przyjacielem (i nauczycielem, i mężem innej kobiety, i ojcem jej dzieci). Ale ona przecież kochała Stanisława i to on powinien być ojcem jej dziecka. Jednak ciągle miała obawy. Przecież spała ze Stanisławem tyle razy, dlaczego akurat teraz zaszła w ciążę kiedy poznała Tadeusza i spała z nim.

Z tego zdania jasno wynika, że seks ze Stanisławem zawsze był BEZ zabezpieczeń.

Może Staś był bezpłodny. Ale nie, miał przecież ślubne dzieci. A może bogaty z domu, w razie czego stać go na alimenty.

 

To nie mógł być tylko przypadek. Dlaczego ona? Czemu i za co?

Bo taki beztroski seks czasem kończy się ciążą. A czasem chorobą.

 

Dla Tadeusza zaistniała sytuacja była jedynym dobrym wyjściem. Do tej pory starał się stworzyć pozory miłości do niej. Możliwe, że naprawdę ją kochał, ale wiedział również to, że w ten sposób może stracić wszystko, o co walczył. Tak, więc wybrał już. Więcej do niej nie wróci, nie powie o miłości. Zadba o siebie i swoją rodzinę. Więcej żadnej nie ulegnie.

Klituś bajduś…

Jeśli coś zdarzyło się raz, MOŻE zdarzyć się po raz drugi. Jeśli zdarzyło się dwa razy, NA PEWNO zdarzy się i trzeci.

 

Agnieszkę czekała jeszcze dziś rozmowa z rodzicami. Choć tak naprawdę niczego nie zmienią, jednak musiała im o tym powiedzieć. Mama właśnie wycierała w kuchni talerze. Agnieszka oparła się o ścianę.

– Mam problem – zaczęła.

– Jaki kochanie? – zapytała spokojnie mama.

Agnieszka postanowiła powiedzieć wprost.

– Jestem w ciąży – powiedziała.

Nagle talerz z wielkim hukiem rozbił się o podłogę. Jej matka stała jak wryta.

Do kuchni wszedł ojciec, którego tak bardzo nienawidziła.

Ale za co, ZA CO???

Tak ogólnie, za samo istnienie.

 

– Co się stało? – zapytał.

– Ona jest… – jąkała się matka.

– Jestem w ciąży – dokończyła Agnieszka.

– Co takiego?! – ojciec był niesamowicie oburzony.

– Jak na ludzi dorosłych to zachowujecie się jakbyście odkryli Marsa – zadrwiła Agnieszka.

Jak na zależną od rodziców siedemnastolatkę, będącą w ciąży z żonatym, ponad dwa razy starszym od siebie facetem, to zachowujesz się potwornie bezczelnie.

 

Próbowała to jakoś wytłumaczyć, ale im bardziej próbowała, tym bardziej rozumiała Tadeusza. To, że nie chce być ojcem tego dziecka.

Przecież głośno i wyraźnie powiedział, że to może być ich dziecko, że on kocha dzieci!

Daj spokój, ona w ogóle nie słucha tego, co mówią inni, a nawet jak słucha, to nie rozumie. A gdyby się zdarzył cud i by zrozumiała, to i tak zapomni.

 

Ona też zaczynała je nienawidzić. Nie rozumiała, dlaczego tak się dzieje.

To już ustaliliśmy, że ona w ogóle mało rozumie.

To akurat może być burza hormonalna.

 

– Ty dziwko! – krzyknął ojciec. – Jeśli tak, to wynoś się z mojego mieszkania, natychmiast! Nie chcę cię znać!

– Uspokój się – próbowała załagodzić matka.

– W porządku, mogę się wynieść! Po co mi taki ojciec, który jest egoistą i szowinistą, w dodatku kretynem!

– Co powiedziałaś? Jak możesz tak mówić o własnym ojcu?!

– Nigdy mnie nie kochałeś! Każdy może zrobić sobie dziecko, każdy idiota!

Na przykład Stanisław czy Tadeusz.

 

– Wynoś się! – krzyczał ojciec.

Agnieszka nie czekała, wybiegła z domu.

I Opkowej Tajemnicy Rodzinnej nam nie zdradziła.

 

Długo chodziła po osiedlu. Wreszcie usiadła na ławce obok nieznajomego chłopaka, który mógł być starszy od niej o sześć, siedem lat.

Oceniła na oko i stwierdziła, że ten się nada.

 

Siedzieli długo w milczeniu. Wreszcie chłopak nie wytrzymał, spojrzał na Agnieszkę. Przez chwilę przyglądał się jej. Ona poczuła jego wzrok i również spojrzała na niego.

– O co chodzi? – zapytała gniewnie.

Takt, uprzejmość i kultura w wydaniu Mary Sue. Sama usiadła obok niego, a teraz się wścieka, że na nią spojrzał.

 

– O nic – odpowiedział chłopak, nie spuszczając wzroku.

– Więc dlaczego mi się przyglądasz?

– Pomyśl, że ludzie przychodzą tu pomyśleć, jestem zawsze ciekaw o czym myślą. Co ich tu sprowadza?

– Ja nie myślę – powiedziała Agnieszka.

Zauważyliśmy to już dawno.

 

– To źle. Ale tak na serio. Co się stało?

– Skąd wiesz, że coś się stało?

– Normalny człowiek nie wpatruje się w jeden punkt. Interesuję się psychologią, więc wiem coś o tym. Serio.

Zaufaj mi, jestem psychologiem, a przynajmniej tak twierdzę.

 

– W takim razie ja jestem nienormalna. W porządku?

Nie chciała z nikim rozmawiać.

To trzeba było wybrać ławkę, na której nikt nie siedział. Albo teraz wstać i odejść.

 

– OK. Jak chcesz. Możemy wpatrywać się w jeden punkt.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Wreszcie Agnieszka nie wytrzymała.

– Dlaczego robisz to samo co ja?

– A dlaczego by nie? Jesteśmy przecież nienormalni.

– O co ci chodzi?

– O nic.

Tym razem chłopak nie reagował na jej słowa.

– Jesteś szalony.

– Oczywiście, od dziecka.

– W porządku, poddaję się. Chcesz wiedzieć, co mnie trapi?

– Nareszcie odzyskałaś jasność umysłu. Czy to rodzinne? – zażartował chłopak.

Przykro mi, nie rozumiem żartu.

 

– Jestem w ciąży.

– OK. Na pewno nie ze mną.

No, ten przynajmniej ma pewność.

 

– Czy ty zawsze jesteś taki? – uważnie przyglądała się chłopakowi.

– Oczywiście, już ci mówiłem. Mów dalej – chłopak ciągle patrzył w jeden punkt.

– Może chociaż się przedstawisz?

– Och, przepraszam. Co za faux pas! – chłopak wstał, ukłonił się. – Jestem Sylwester, urodzony w Sylwestra (z ojca Sylwestra i matki Sylwestryny). Nie jestem jednak podobny do szampana, ale bardziej do kota Sylwestra. Mój zawód jest mniej ważny, w tej chwili dożywotnio pełnię funkcję księdza.

Autorka konsekwentnie nadaje swym bohaterom imiona na literę S. Sławek, Stanisław, Sylwester…

A Tadeusz?

Najwyraźniej leci alfabetycznie. Kto wie, może następny bohater będzie miał na imię Ulryk.

Facet na “T” się nie sprawdził, wracamy do “S”!

 

Agnieszka po raz pierwszy od paru dni uśmiechnęła się.

– Ksiądz?

Była zdziwiona. Ten chłopak nie wyglądał na księdza. Bardziej przypominał jej klowna.

Miał czerwony, świecący nos?

 

– Co się stało? Nie wdziałaś nigdy księdza po cywilnemu?

– Nie myślałam, że ty…

– Dobrze, znamy się już. Powiedz mi teraz, jak ty masz na imię i co cię trapi.

Ale szczerze, jak na spowiedzi!

 

Sylwester usiadł. Teraz wyglądał całkiem poważnie.

– Mam na imię Agnieszka – zaczęła. – Proszę księdza…

– Chwileczkę. Ustalmy zasadę, jestem księdzem, ale to nie znaczy, że nie możesz mi mówić po imieniu.

Z czasem przejdziemy do miłych zdrobnień…

 

Agnieszka znów się uśmiechnęła. Sylwester złapał ją za rękę, z poważną miną patrzył jej w oczy.

– Mów – zarządził.

Agnieszka zaczęła opowiadać.

Gdy skończyła, Sylwester westchnął ciężko.

– Czy Bóg pozwala kochać żonatego mężczyznę? – zapytała Agnieszka.

Sylwester spojrzał na nią.

– A dlaczego nie? Miłość nie opiera się na pragnieniu, na pożądaniu.

 

– Tak, ale… Wiem, że źle zrobiłam, ale ja naprawdę kocham Stanisława.

– Więc nie masz się czego obawiać.

– Myślę, że Bóg mnie ukarał. Będę miała dziecko. To kara za moje grzechy – powiedziała Agnieszka patrząc w niebo.

Opiekę boską czuję nad sobą. Nie zagubić chce mnie Pan Bóg, skoro mi duszę człowieczą zawierzył na chowanie!” – tak mówiła Magda Pokotynka, gdy zorientowała się, że jest w ciąży, bez domu, bez pieniędzy, bez jakiejkolwiek opieki. (M. Rodziewiczówna „Macierz”). Tymczasem Agnieszka w podobnej sytuacji uważa dziecko za karę Bożą.

Niestety, “dziecko jako kara za seks” to pogląd bardzo rozpowszechniony… :/

 

– Nie, nie mów tak. Bóg nas doświadcza. Nigdy nowe życie nie może być karą.

– Powiedz, co mam zrobić, by Bóg mi wybaczył?

Agnieszka ze łzami w oczach patrzyła na Sylwestra, jakby w nim szukała ukojenia swego bólu.

– Poświęć mu swoje życie.

Piękna Ofelio, idź do klasztoru!

Z dzieckiem?

 

– Jemu? Nie umiem. Musiałabym zapomnieć o Stanisławie, a tego nie mogę zrobić.

Chyba, że akurat ma ochotę na chwileczkę zapomnienia z Tadeuszem albo kim innym.

 

– Nie chcesz tego zrobić.

– Nie potrafię.

– Potrafisz, tylko boisz się spróbować.

– Sylwester – oparła głowę na jego ramieniu.

Nie minęło pół godziny, a już znalazła pocieszenie…

 

Sama sobie się dziwiła, że tak szczerze rozmawiała z obcą osobą, z księdzem.

– Powiedz, kim ty jesteś? – zapytała nagle.

– Człowiekiem, którego Bóg powołał.

Spojrzała na Sylwestra.

– Kim ty jesteś, że mówisz mi co mam zrobić?! – podniosła głos i wstała. – Kim jesteś?! Jakim prawem określasz co dla mnie jest dobre?! Jak śmiesz mi rozkazywać?!

I tyle było tej szczerej rozmowy z życzliwym człowiekiem.

 

Sylwester wstał. Był zdziwiony jej tonem.

Nie tylko on.

 

– Prawem Bożym! – odpowiedział.

Powiało Inkwizycją!

 

Agnieszka milczała przez chwilę. Miała przed oczami to, co do tej pory przeżyła. Nie miała już siły sprzeciwiać się własnemu sercu. Czuła, że traci wszystko: przyjaciół, dom, nawet Stanisława.

Jego, o ile się orientuję, straciła już dawno – kiedy związała się z Tadeuszem.

 

Miłość pożera jej rozum i duszę. Poczuła, jak spada w dół, w przepaść bez dna, z widocznym tylko ogniem gorącym, potwornym. I tylko ta jedna ręka próbuje ją złapać. Tylko ta jedna biała postać pochyla się, by podać jej dłoń.

Jaka biała postać?

Duszek Kasper?

Nasz Papież (™).

 

Wybuchnęła płaczem i rzuciła się na szyję Sylwestra, który mocno ją objął.

A przechodzące obok kobiety ze zdziwieniem patrzyły na swego wikarego, który obściskuje się publicznie z zapłakaną dziewczyną.

Przypomną sobie o tym za kilka miesięcy…

 

– Teraz już wszystko będzie dobrze. Teraz nikt już cię nie skrzywdzi, obiecuję ci to – odparł Sylwester. – Bóg jest z nami i nie pozwoli cię skrzywdzić.

Lepiej wynajmij ochroniarza, który będzie pilnował Agnieszki, żeby znów nie zrobiła czegoś głupiego.

 

– Sylwester, ja chcę mieć to dziecko. Naprawdę chcę.

– I będziesz je miała.

 

*

A teraz zapnijcie pasy, bo zobaczycie kolejną szkołę w pełnej krasie.

Gwoli wyjaśnienia – to jest dawna podstawówka Agnieszki.

 

Agnieszka pojechała do pracy Stanisława, do szkoły, w której uczył. Przed pokojem nauczycielskim czekało dużo ludzi.

Jacy ludzie mogą czekać przed pok-nauczem w godzinach lekcji? Być może są to rodzice, którzy przyszli dowiedzieć się czegoś o swoich dzieciach. Ale o tej porze? I dlaczego jest ich tak dużo? Zresztą nieważne, i tak nie mają żadnych szans na rozmowę z pedagogami, bo…

 

Od jednego z uczniów dowiedziała się, że nauczyciele świętują.

Czyli rodzice i uczniowie pętają się po szkole, a grono pedagogiczne zamknęło się w pokoju i baluje?

 

Przepchała się do przodu i niepostrzeżenie weszła do pokoju.

Chyba przeniknęła przez drzwi jak duch, skoro nikt z tego kłębiącego się tłumu nie zauważył.

 

Stoły były złączone i stały na środku pokoju.

Wigilia szkolna?

Chronologicznie to raczej Dzień Nauczyciela. Ale żeby go obchodzić w taki sposób, to pierwsze słyszę.

 

Nauczyciele siedzieli, rozmawiali, niektórzy stali. Nikt się nikim nie interesował.

To z kim dyskutowali ci rozmawiający?

Mówili do siebie, a jeden gadał do obrazu.

 

W końcu sali zobaczyła odświętnie ubranego Stanisława. Podeszła do niego. Był zdziwiony.

– Co tu robisz? – zapytał.

Trzymał w ręku szklankę z jakimś alkoholem.

Szklankę. Z alkoholem. W szkole.

W dzień – jakby nie patrzeć – roboczy.

Co się będzie rozdrabniał na jakieś kieliszki, raz a porządnie!

 

– Przyszłam porozmawiać – odpowiedziała Agnieszka.

– Już wiesz, czyje to dziecko? – uśmiechnął się do niej.

Tak, jasnowidz jej powiedział.

 

Bała się go. Czuła, jakby miało się coś wydarzyć. Zbliżył się do niej. Objął w pasie jedną ręką. Podnieciła go jej obcisła bluzka, która pozwalała na dokładniejsze przyjrzenie się kształtom.

Ten facet jest permanentnie napalony…

I to wszystko w pokoju pełnym ludzi…? No, ale “nikt się nikim nie interesował”.

 

– Co, kochanie? Niedługo będziesz tylko moja – powiedział.

Agnieszka poczuła dreszcz emocji.

– Nie wiem.

– Wiesz, mam na ciebie ochotę – wyszeptał Stanisław.

Właśnie tego się obawiała.

– Nie, ja nie mogę.

– Dlaczego? – zbliżył swoją twarz do jej. – Pomyśl, jakie by to było ekscytujące.

Jeszcze nigdy nie bzykałem laski w ciąży, no weź!

 

Jezu drogi – pomyślała Agnieszka. – Co się z nim dzieje? Po co ja tu przyszłam?”

Dzieje się to, co zawsze. A po co przyszłaś? No, skoro nawet ty tego nie wiesz…

 

Agnieszka próbuje uwolnić się i odejść, Stanisław jest namolny, trwa to jakiś czas… Wreszcie zgadza się ją puścić za “pocałunek na do widzenia”.

Oczywiście nikt z pozostałych nauczycieli nie zwraca na to uwagi.

 

Stanisław puścił ją i postawił szklankę na stole. Spojrzał swoimi błękitnymi oczyma w jej oczy. Czuła, jakby cały świat patrzył teraz na nią i pragnęła, by trwało to wiecznie. Czuła się wspaniale. Czy to co między nimi się działo to czysta bajka, sen, po którym przychodzi rzeczywistość?

Wspaniale? Dziesięć sekund wcześniej była przerażona i chciała wyjść!

Ona faktycznie działa na przełącznik. On-off, on-off…

 

Nie wiedziała i nie chciała o tym wiedzieć. Starała się, by trwało to jednak jak najdłużej.

Wuefista włączył stoper.

 

Gdyby okazało się, że to bajka, nie umiałaby żyć bez niej, bez niego.

To ostatnie zdanie mnie przerosło.

 

Boże! Przecież ona mogła być jego córką.

Nagle zauważyła, że facet jest od niej ponad dwa razy starszy?

Ale coś ty, to nie Agnieszka mogła być córką Stanisława, tylko jakaś bliżej nieokreślona „ona”.

 

Nie, nie mogła o tym myśleć. Panował nad nią. Nigdy nie umiała mu się oprzeć. To było silniejsze od niej. Największym zbrodniarzem był by ten, kto by ją teraz oddzielił od Stanisława.

Hitler, Stalin i Kim Ir Sen schowali się w kąciku i zaczęli bawić klockami..

 

A przecież tyle krzywdy już jej wyrządził.

Zapamiętajmy – „tyle krzywdy”.

 

Co jeszcze ją trzymało przy nim? Jak ogromnie musiała go kochać?

Dopiero teraz uświadomiła to sobie. Wiedziała, że jest jej największym grzechem, ale nie umiała zrezygnować z niego. Byłaby to zbyt okrutna kara, której nie mogła znieść. Nie po tym wszystkim, co razem przeżyli. To były najpiękniejsze dni w jej życiu. Nie mogła się ich wyrzec.

Podsumujmy: „tyle krzywdy” i „największy grzech” składają się razem na „czystą bajkę” i „najpiękniejsze dni w życiu”. Czego nie rozumiecie?

 

– Kochanie, chodź ze mną – powiedział wreszcie i pociągnął ją za sobą. Zabrał klucz od jednej z klas i wyszedł na korytarz. Najwidoczniej pocałunek rozgrzał go jeszcze bardziej

I nikt, absolutnie nikt z pozostałych nauczycieli nie zwrócił uwagi na tę scenę?

Wcześniej było powiedziane, że nikt się nikim nie interesował. Dyskrecja level master. Borejkowie mogliby brać przykład.

 

– Proszę! Nie! – powiedziała Agnieszka.

A ludzie zgromadzeni przed drzwiami grzecznie się rozstąpili, robiąc drogę mężczyźnie, który ciągnął gdzieś protestującą i opierającą się dziewczynę.

 

– Nie kochasz mnie już? – zapytał Stanisław przystając na chwilę.

– Kocham, ale nie chcę zawsze kończyć naszej rozmowy tym jednym.

Pociągnął ją i szli dalej. Otworzył którąś z klas i wszedł z nią do środka, zamykając drzwi.

Przed Agnieszką miał wiele kobiet, ale to było coś innego. Tym razem było inaczej. Imponowało mu, że jest taka młoda, że dla niej samej stał się ucieleśnieniem idealnego kochanka.

Biorąc pod uwagę opisane wcześniej łóżkowe wyczyny Stanisława (wszedł, oddychał, opadł) to ucieleśnieniem idealnego kochanka mógł być tylko dla takiej niedoświadczonej małolaty.

 

Autorytet, idol, jakkolwiek nazywała go – chciał być nim stale. Dowodzić swej męskości. Stać się obsesją jej i wszystkich innych kobiet.

Po co wciąga w to inne kobiety?

Jedyna obsesja, którą jako kobieta mogę mieć w odniesieniu do tego pajaca, to obsesja, żeby powstrzymać się i nie dać mu w pysk, gdyby stanął mi na drodze.

 

Aby to osiągnąć był skłonny do kilku wyrzeczeń. Nawet wmówić kobiecie że ją kocha.

To nie jest wyrzeczenie, tylko oszustwo.

 

I nie pozwolić na zbliżenie się do innego mężczyzny.

No, to mu się faktycznie udało (wydaje z siebie diaboliczny chichot)

 

Agnieszka podeszła do okna.

– Chciałam porozmawiać o nas.

– Ciągle rozmawiamy o nas.

Zbliżył się do niej. Odwróciła się. Patrzyły na nią oczy pełne pożądania.

– Nie! – krzyknęła próbując wyrwać się z jego uścisku.

– Dlaczego nie?! – był oburzony.

– Bo nie! Czy tego nie rozumiesz?! Po prostu nie chcę!

– Musisz chcieć, bo ja tego pragnę!

Dajcie mi siekierę. Albo lepiej piłę łańcuchową.

 

Stanisław był wściekły. Rzucił się z nią na ziemię. Przydusił swoim ciężkim ciałem i zaczął całować szyję, usta… Agnieszka próbowała się jeszcze wyrwać. Bezskutecznie. Stanisław był silniejszy od niej. Gdy osiągnął swój cel, opadł na podłogę. Agnieszka zemdlała.

Obudziła się w szpitalu. Koło jej łóżka siedziała matka. Płakała. Agnieszka podniosła rękę i wytarła jej łzę.

– Mamo – powiedziała.

– Agnieszko, jak to się stało, powiedz.

Agnieszka spojrzała na lampę.

Lampa odmówiła odpowiedzi.

 

Złapała się za brzuch. Była przerażona.

– Moje dziecko. Co z nim? Mamo!

Matka pokiwała przecząco głową.

Nad tym fragmentem trzeba zatrzymać się dłużej, bo jest on zaiste niezwykły. Otóż w jedenastu wersach mamy zawartych aż sześć kanonicznych opkowych elementów: jest gwałt, omdlenie, poronienie, szpital, łza oraz tzw. bułgarka, czyli przeczące kiwanie głową. A gdy dodać do tego fakt, iż gwałtu dokonał tróloff, i uznać, że ciąża też się liczy, to mamy osiem kanonicznych tematów zawartych w osiemdziesięciu dziewięciu słowach. To chyba rekord.

Zastanówmy się też nad całą sytuacją. Stanisław dokonał gwałtu w szkole. Na pewno przyjechała karetka (kto ją wezwał?), zapewne także i policja. Nauczyciela prawdopodobnie zatrzymano do wyjaśnienia, bo wiele osób widziało, jak ciągnął gdzieś Agnieszkę. Robi się poważnie. W każdym razie poważnie zrobiłoby się w realnym świecie, ale nie w tym wykreowanym przez autorkę.

Tak na marginesie – gdzie właściwie mieszka teraz Agnieszka? Przecież nie w domu? Prosto po awanturze z rodzicami poszła do parku, a potem?

Nie wnikaj, wracamy do tekstu.

Agnieszka zaczęła płakać. Nie wiedziała, czy z powodu dziecka, że je straciła, czy z powodu Stanisława, że to przez niego. Gdyby wtedy nie było jej tam… Poczuła tak ogromną nienawiść do Stanisława, że mogłaby go teraz zabić (bez obaw, przejdzie jej ta nienawiść, i to szybciej niż myślicie). „Boże, czemu ukarałeś mnie w taki sposób?” – myślała. – „Czym zawiniłam? Czy mój grzech był aż tak wielki? Czy w ogóle nie wolno mi kochać? Nikt na świecie nie może mi dać takiej miłości jak on (o, już jej przechodzi), więc czemu? Każdy inny gdyby to zrobił, to bym się pogodziła, ale nie on!” – zaczęła płakać. – „Nie on!!!” Już wyła przez łzy. Czuła się jak skopany pies. Miała plany. (nie wiem czemu zbitka tych dwóch zdań tak mnie śmieszy) Chciała wyjść za niego i już do końca życia być z nim.

Niech ktoś tę dziewczynę wyśle na terapię, to nie miłość, to syndrom sztokholmski.

 

Mogła nawet rzucić szkołę. Była do tego przygotowana. Dla niego wszystko by uczyniła. I być dzień po dniu przy jego boku. I nagle to wszystko zawaliło się. Skończyło jak sen, który przemija wraz z nastaniem dnia. A gdyby okazało się, że to nie było dziecko Stanisława? Gdyby to miało być prawdą, to lepiej, że poroniła. Tadeusz na pewno by nie zostawił swojej rodziny. Przecież z nią to była czysta przygoda i ona wiedziała o tym doskonale. Nie mogła więc oczekiwać od niego aż takiego poświęcenia.

*

 

Do pokoju wszedł Stanisław z kwiatami.

Do szpitala nie wolno wnosić kwiatów!

Wiesz, skoro w szkole wolno nauczycielom pić alkohol, to i kwiatki w szpitalu pewnie są dopuszczalne. Ciekawe w jakim mieście są takie zwyczaje?

Na pewno gdzieś w Kujawsko-Pomorskiem. Tam się tak dziwnie mówi: „chce ciebie przeprosić”, „nie poznałam ciebie”, „nie mogła oprzeć się jemu”.

 

Zbliżył się. Spojrzała na niego.

Czyli go przesłuchali i wypuścili?

W czasie, gdy powstawała ta książka, gwałt był ścigany wyłącznie na wniosek osoby pokrzywdzonej, więc mogło nie być nawet przesłuchania.

 

– Wybacz mi. Byłem pijany – powiedział kładąc kwiaty na łóżku. – Wiem, że to nie wystarczy, nie zmaże tego co zrobiłem, ale błagam cię, wybacz mi. Naprawdę zależało mi na tym dziecku.

Uch, jak mnie wkurza takie tłumaczenie „byłem pijany, a po pijanemu się nie liczy.”!

Potem będzie, że zupa za słona…

 

– Wynoś się stąd – powiedziała w miarę spokojnie.

– Pozwól mi chociaż wytłumaczyć się do końca.

– Nie mam ochoty z tobą rozmawiać.

– Błagam, Agnieszko – uklęknął przed łóżkiem.

– Idź sobie dopóki nie straciłam cierpliwości.

– Kochanie!

Po raz pierwszy Stanisław tak otwarcie przepraszał Agnieszkę. Prawie leżał u jej stóp i jak skazaniec błagał o litość. Musiał naprawdę żałować tego co zrobił.

Jak każdy przemocowiec następnego dnia po pobiciu kobiety.

 

Jednak Agnieszka była nieugięta.

Miłe zaskoczenie – Agnieszka zaczyna mądrzeć!

 

Nie chciała by myślał, że tak łatwo mu pójdzie. Nie po tym wszystkim. Musiał za to zapłacić.

A nie, nie zaczyna mądrzeć; to jest tylko na pokaz, żeby Stanisław jeszcze trochę poprzepraszał.

 

– Wynoś się stąd – krzyknęła rzucając w niego kwiatami. – Precz mi z oczu! Nie chcę cię znać! Zabiłeś nasze dziecko!

A może jednak zaczyna…?

 

Wstał z kolan. Błagalnym wzrokiem patrzył na Agnieszkę.

– Kochanie, proszę.

– Nigdy więcej nie mów do mnie „kochanie”!

Ten krzyk sprowadził lekarza i pielęgniarki.

Przyszły z całego oddziału, zafascynowane odgłosami z sali.

 

– Niech pan stąd wyjdzie – zażądał lekarz. – Nie wolno jej denerwować.

– Agnieszko, przecież kochamy się – błagał Stanisław.

– Nie chcę cię widzieć! – krzyczała.

– Wysłuchaj mnie choć przez chwilę, przez kilka minut. Wszystko ci wyjaśnię.

Co można wyjaśnić w takiej sytuacji?

 

– Nie mamy o czym rozmawiać!

– Proszę stąd wyjść, bo każę pana wyrzucić.

– Wynoś się, morderco!

– Agnieszko, muszę ci to powiedzieć i nie wyjdę dopóki nie zrobię tego. To bardzo ważne.

– Nie interesuje mnie to!

Naprawdę zaczyna mądrzeć.

 

– Czy nic już nie znaczę dla ciebie?

Zawahała się przez chwilę.

– Nie. Nic – skłamała.

Sama nie wiedziała dlaczego to powiedziała. Zrobiła to jednak z łatwością i była z tego powodu przerażona.

Aha. I tyle w temacie. Obiecuję, że nigdy więcej nie będę sugerować, że Agnieszka zaczyna mądrzeć.

 

Stanisław patrzył przez chwilę na nią. Nie mógł tego pojąć. Pokiwał głową i wyszedł. Natychmiast przyszły pielęgniarki.

Kolejne?

Zleciały się z całego szpitala na hasło – „cyrk na dwójce!”

 

Lekarz dał jej zastrzyk i kazał wyjść wszystkim razem z jej matką.

O, to mamusia cały czas była przy tej scenie? I nic? Nie skoczyła z pazurami na faceta, który zgwałcił jej córkę? Nawet się nie odezwała?

Może wyszła z założenia „to są sprawy młodych, ja się wtrącać nie będę, pokłócili się, to się i pogodzą…”

 

Miała się uspokoić i zasnąć. Lekarz wyszedł. Agnieszka została sama. Patrząc w stronę okna myślała o tym wszystkim co się stało. Wreszcie zasnęła.

*

Obudził ją przeciąg.

Wicher hulał po korytarzach, jak to w szpitalu.

 

Otworzyła oczy i zobaczyła księdza.

– Sylwester – powiedziała.

– Widzisz, czasami sprawy same się rozwiązują – uśmiechnął się Sylwester.

Co??? Tak mówi ksiądz do zgwałconej kobiety, która poroniła? I on interesuje się psychologią?

Może prowadzi badania na temat reakcji niedojrzałej umysłowo osoby na głupie teksty.

Dobrze, że nie zaśpiewał „Weselmy się, alleluja!”.

To jest takie… telenowelowe. Chcemy mieć Element Dramatyczny – zaciążamy bohaterkę. Chcemy mieć kolejny – bohaterka roni. Powtarzać do usranej śmierci.

 

– Tylko za jaką cenę?

Usiadł na jej łóżku.

– Czasem tak bywa, że ingerują siły, których nie rozumiemy – powiedział.

Fakt, pijanego przemocowca trudno zrozumieć.

Czeeeeej, on chce powiedzieć, że Bóg osobiście interweniował, doprowadzając do poronienia… znaczy, przeprowadził aborcję?

 

BLUŹNIERSTWO!!!

 

Agnieszka uśmiechnęła się.

– Czy ty na każde pytanie znasz odpowiedź?

– Bóg mi na każde pytanie odpowiada.

A pytałeś o numery w totka?

 

– Co mam zrobić?

– Przebaczyć.

I nieść swój krzyż.

 

– Nie wiem nawet, czy umiem go nienawidzieć.

– Agnieszka, masz dar, którego nie wolno ci zaprzepaścić.

– Dar? Jaki? – była zdziwiona.

– Kochasz miłością czystą, która nie zna słowa „nienawidzę”, która po prostu kocha.

Zawsze myślałam, że żadna miłość nie zna słowa „nienawidzę”, a miłością czystą określa się miłość wolną od pożądania. Jak widać, byłam w błędzie.

 

– Mam zapomnieć o tym co zrobił mojemu dziecku?

– To co zrobił dziecku, zrobił także sobie (niby w jaki sposób?) On cię kocha.

– Skąd wiesz?- zapytała.

Sylwester westchnął.

– Podszedł do mnie, gdy czekałem na pozwolenie. Powiedział, że nie może sobie tego wybaczyć. Powiedział, że kocha cię jak nikogo dotąd.

A Stasiu znał Sylwka? Czy też ma zwyczaj zwierzać się pierwszej lepszej obcej osobie na korytarzu?

 

– Wierzysz mu?

– Wierzę.

– Dlaczego?

– Bo miał w oczach łzy i rozpacz na twarzy.

– Więc dlaczego to zrobił?

– Ludzie często popełniają błędy.

Proszę księdza, postrzeganie przestępstwa w kategorii błędu jest trochę nie halo!

Uhm, jakby to powiedzieć… wieloletnia praktyka oraz instrukcje płynące z samej góry…

 

– Dlaczego nie chcesz zachować się jak katoliczka? Przecież ty też go kochasz. Nie okłamuj sama siebie.

Jeśli przez moment uważałam Sylwestra za fajnego księdza, z inteligentnym poczuciem humoru i mądrym podejściem do ludzi, to właśnie zmieniłam zdanie. To typowy prymitywny klecha, który bagatelizuje przestępstwo i manipuluje zgwałconą kobietą, odwołując się do jej katolicyzmu. Wrrr.

 

– Nie powiedziałam, że nie chcę. Zastanawiam się tylko, co trzyma mnie przy tym człowieku. Chciałabym chociaż raz wiedzieć co on myśli.

– Ja wiem.

– Skąd? – zapytała Agnieszka.

Czytam w myślach, jestem w końcu samozwańczym psychologiem, c’nie?

 

– Przyjrzyj mu się chociaż raz bardziej uważnie, bezstronnie. Zaobserwuj jak on się zachowuje. Posłuchaj jego głosu. Spójrz mu w oczy głębiej niż dotychczas, a będziesz wiedzieć co myśli.

Tam na dnie oka jest taki prompter, serio serio.

 

– Jest taki inny.

– Bo jest sobą.

– Taki tajemniczy.

I nigdy nie wiem, czym się skończy nasza rozmowa!

 

– Bo nie starasz się poznać go bliżej. Macie te same serca. Uwierz mi. Tak naprawdę macie te same serca to jedno najbardziej was łączy.

Ja bym powiedziała, że łączy ich ten wiatr, który obojgu hula pod czaszką…

 

To właśnie nie pozwala ci zapomnieć o nim. Co w nim najbardziej kochasz?

– Jego… – Agnieszka zawahała się przez chwilę.

– Jego serce? – zapytał Sylwester.

Wysoki Sądzie, zgłaszam sprzeciw! To jest sugerowanie świadkowi odpowiedzi!

 

– Tak.

– Widzisz?

– Dlaczego człowiek jest taki naiwny? Wierzy w każde słowo, każdy gest. A przecież tak naprawdę wie, o co w tym wszystkim chodzi. Zdobyć do granic możliwości i zostawić.

O czym ona, za przeproszeniem, pieprzy?

O czymkolwiek, byle słyszeć własny głos.

 

Człowiek czasem popełnia tak głupie błędy, że aż się chce płakać, oczywiście nad jego głupotą.

Ty, kochana, powinnaś szlochać od rana do nocy!

 

Dlaczego nie każesz mi zerwać z nim? Przecież on jest żonaty. Jesteś księdzem.

No właśnie, celne pytanie. Dlaczego?

 

– Nie zawsze „żonaty” znaczy niedostępny.

Wystarczy załatwić unieważnienie ślubu kościelnego i już można zaczynać nowe, piękne życie.

I brać kolejny ślub choćby w Łagiewnikach!

– Chciałabym w to wierzyć. W to co mówisz.

Agnieszka uśmiechnęła się. Już dawno tak dobrze się nie czuła jak teraz.

– Dziękuję – powiedziała.

No i pozamiatane. Przebłyski zdrowego rozsądku poszły precz.

Mnie zastanawia ten bezrefleksyjny zachwyt Sylwestra nad Stanisławem.

Spojrzał mu w te oczy błękitne, załzawione…

 

*

Agnieszka czytała jakąś książkę, gdy do drzwi szpitalnego pokoju ktoś zapukał.

– Proszę – powiedziała.

Do pokoju wszedł Tadeusz z kwiatami. Agnieszka uśmiechnęła się do niego i odłożyła książkę.

Kolejny z bukietem.

Czekajcie, tam był jeszcze jeden, niejaki Sławek! Ciekawe, czy czeka w kolejce…?

 

– Tadeusz, ty zawsze wiesz, jak zaskarbić sobie serce dziewczyny – powiedziała.To serce, które mam wspólne ze Stanisławem, ale na chwilę mogę o tym zapomnieć!

– Jasne, że wiem.

– Jesteś kochany.

– Wiem.

Tylko nie zacznij mówić o szkole i nauce, bo wszystko spieprzysz.

 

Położył kwiaty na tapczanie (tapczan w szpitalu?) i pocałował ją. Kiedy dowiedział się, że straciła dziecko, poruszyło się w nim sumienie. Nigdy nie chciał jej skrzywdzić. Czuł się po części winny tego, co się stało.

– Jak się czujesz? – zapytał.

– Dobrze.

– To świetnie, bo twoje koleżanki nie mogą już wytrzymać bez ciebie.

I z tej tęsknoty tak zmarniały, że nie są w stanie nawet doczołgać się do szpitala, żeby cię odwiedzić.

 

– One czy ty?

– No, ja też – Tadeusz usiadł na łóżku. – I co? Jak długo zamierzasz tu garować?

– Taki niecierpliwy?

– Nie masz żadnej oceny.

Do roboty, koniec tego byczenia się w łóżku!

Zakładając, że gwałt miał miejsce w Dzień Nauczyciela, czyli 14 października, można się naprawdę zdziwić, jakim cudem Agnieszka przez półtora miesiąca ani razu nie była pytana i nie pisała żadnej klasówki.

 

– Czy ciągle musisz mówić o jednym?

No i już Agnieszka strzeliła focha. A uprzedzałam!

 

– Nie. Znam jeszcze inną rzecz, o której mogę mówić.

– Wariat.

– Jestem spragniony twojego ciała, twojego głosu.

Zbliżył swoje usta do jej ust.

Żaden, absolutnie żaden bohater tej książki, nie umie wytrwać w swoim postanowieniu. Żeby tak przynajmniej jeden wykazał chociaż cień konsekwencji w postępowaniu!

Im się udziela od głównej bohaterki, która na drugie ma Chorągiewka.

A WTEM…

 

W tym momencie wszedł do pokoju Stanisław (bez kwiatów?!). Stanął jak wryty, gdy zobaczył Agnieszkę z Tadeuszem. Ona zauważyła go. Odepchnęła Tadeusza, który wstał.

– Stanisław – powiedziała, kryjąc przerażenie.

Stanisław zbliżył się do jej łóżka.

– Mogłaś po prostu powiedzieć mi, że masz innego. Zrozumiałbym to. Mogłaś już wtedy powiedzieć, że mnie już nie kochasz, a nie kłamać i urządzać sceny zranionej kochanki. Chciałaś się jednak zabawić moim kosztem. Teraz zastanawiam się, kto tu ponosi winę i kto jest prawdziwym mordercą? Ja, czy ty? Jaki ze mnie idiota (pełna zgoda!). Myślałem, że zwariuję, że przez taką głupotę zniszczyłem coś pięknego. Myślałem, że straciłem nie tylko dziecko, ale także twoją miłość. Dręczyłem się. A ty… A ty po prostu chciałaś być z nim. O wiele prościej byłoby gdybyś mi o tym wcześniej powiedziała, ale w porządku. Jeśli chciałaś to tak rozegrać, twoja sprawa. Chcę żebyś wiedziała jedno. Agnieszko, ja naprawdę z całego serca cię kochałem. Naprawdę.

E, a kto snuł rozważania, że jest gotów nawet wmówić kobiecie, że ją kocha?

Teraz przechodzi do drugiego etapu: wpędzanie jej w poczucie winy.

 

Stanisław wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.

Agnieszka spuściła wzrok.

– Czy mógłbyś sobie iść? – poprosiła Tadeusza.

To on tam jeszcze był? I nawet się nie odezwał, tylko spokojnie patrzył na gwałciciela swojej uczennicy?

 

– Dobrze. Jeśli tego chcesz.

– Chcę.

Tadeusz wyszedł.

To było ZAKOŃCZENIE ZWIĄZKU AGNIESZKI I TADEUSZA, PODEJŚCIE CZWARTE.

 

Agnieszka zaczęła płakać. Jak mogła być tak głupia. Pozwolić na zniszczenie czegoś pięknego.

Jej definicja piękna zdecydowanie różni się od mojej.

 

Przecież tak naprawdę nie kochała Tadeusza. Przecież zawsze liczył się tylko Stanisław.

Ustalmy raz i na zawsze – liczy się ten, który w danym momencie jest obok niej, a co z oczu, to i z myśli.

 

Idiotka, debilka – powtarzała sobie w myślach. – Głupia dziwka. Zniszczyłaś wszystko. Wszystko. Idiotko, przecież on cię kocha. Zawsze cię kochał. Zawsze”.

I udowadniał to w zaiste niekonwencjonalny sposób.

 

A przecież mogło być tak pięknie. Mogła mu wybaczyć. Był w jej duszy. To już nie była taka zwyczajna miłość z serca.

To już był syndrom sztokholmski.

 

Kochała go całą sobą, całą duszą. Miała nadzieję, że on to samo czuje, że są razem jedną całością. Wydawało jej się, że gdzieś tam, w niebie ktoś złączył ich zanim zdążyli się narodzić. Byli sobie przeznaczeni i tylko głupie zrządzenie losu oddzieliło ich murem wieku, wieloma zdarzeniami. To tak, jakby ktoś pozazdrościł ich szczęściu i zabrał je. Na zawsze mieli być udręką dusz. Gdyby mogła cofnąć czas… Zrobiłaby wszystko, co tylko by kazał, czy chciał, byle być z nim. Byle czuć jego dłonie, usta. Słyszeć jego głos. Patrzeć w jego oczy. Zanurzyć się w nich. I kochać się, kochać bez wytchnienia! Mogłaby pracować za niego.

Bardzo optymistyczne, mądre i realne założenie. Rzucając szkołę (a miała taki zamiar), raczej nie miałaby szans na znalezienie jakiejś dobrej pracy.

W dodatku chciałaby pracować „za niego” czyli jako nauczycielka.

Święci Pańscy, strzeżcie nasze dzieci!

 

Byle móc wrócić do wspólnego domu, ucałować go. Zrobić mu obiad, kolację i rozpieszczać go w każdej minucie życia.

Interesująca wizja, ona pracuje i prowadzi dom, a on leży i pozwala się rozpieszczać. Ciekawe na jak długo starczyłoby jej zapału.

 

Czuła się tak, jakby ktoś odebrał jej powietrze. Właśnie. Zabiła się. Przez własną głupotę, egoizm. Gdyby miała więcej siły, to by wyskoczyła przez okno. Teraz, kiedy to on powiedział, że ją kocha, a ona zniszczyła wszystko. Tak jak się burzy domek z kart. Lekki powiew wiatru i nic już nie ma. Nie ma dla kogo żyć, nie ma z kim cieszyć się i płakać. Nie ma nikogo. Czuła się jakby była martwa. Jakby całe życie z niej uszło. Tak jakby Stanisław zabrał wszystko, całą ją. Pustka w sercu, które tylko przez jakiś niepojęty ból daje znać, że kocha, że jeszcze istnieje. Teraz już wie, że może zniszczyć wszystko, nawet największe i najgrubsze ściany, jednym tylko słowem, jednym gestem.

Co było w tym zastrzyku, że nagle nabrała takich nadprzyrodzonych mocy?

 

I po co jej było to wszystko? Żeby się zabawić, poznać jak to jest, przeżyć przygodę? Ma teraz swoją przygodę. Naiwna. Miała nadzieję, że to się nie wyda? Czy w ogóle myślała o konsekwencjach? Jak zwykle nie. Niczego się nie nauczyła. Niczego.

Godna podziwu samokrytyka.

Nie podniecaj się, to tylko chwilowe rozjaśnienie umysłu. Za kilka godzin wszystko wróci do normy.

 

*

Wieczorem przyszedł Sławek.

Kurczę, prawdziwy zlot gwiaździsty!

Przyniósł kwiaty?

No to wszyscy mężczyźni Agnieszki już się pojawili, czas kończyć opko.

 

Była zdziwiona jego wizytą. Przyniósł jej kwiaty.

Aha.

 

– Słyszałem, co się stało… – zaczął.

Całe miasto aż trzęsie się od plotek.

No cóż, pijany nauczyciel zgwałcił w szkole swoją byłą uczennicę, mnóstwo ludzi widziało jak ciągnął ją do klasy, tego nie dało się wyciszyć.

Pani, a ona taka bledziutka była, jak ją na tych noszach wynosili, a krew tak kapała, tak kapała…”

 

– Jesteś pewno zadowolony, że Stanisław okazał się draniem?

– Nie. Agnieszko, zrozum, że martwię się o ciebie. Zawsze chciałem dla ciebie jak najlepiej.

– Wybacz. Nie zauważyłam tego – powiedziała sarkastycznie.

Cytaty: „Był dla niej cudowny, dobry i czuły.” „Kochała go, bo był czuły, wrażliwy i opiekuńczy”

Ale ona ma sklerozę ukierunkowaną, pamięta tylko to, co chce, a i to dosyć wybiórczo. A interpretuje zależnie od okoliczności.

 

– To ty mnie zostawiłaś, nie ja ciebie – zaznaczył.

Właśnie!

 

Bla, bla, Agnieszka po raz kolejny wałkuje temat, że kocha Stanisława i chce do niego wrócić; Sławek nie rozumie.

 

– Oczywiście. Co wy, mężczyźni, możecie wiedzieć o miłości? Potraficie tylko brać. Traktować nas jak własność.

Sławek ciągle się śmiał. Coraz głośniej.

– Posłuchałabyś samej siebie. Przecież Stanisław też jest mężczyzną.

– I co z tego?! Ja go kocham! – zakończyła.

Sławek obraził ją (czym, na Bora?). Był niekonsekwentny.

Ona w ogóle wie, co znaczy to słowo?

 

Tym różnił się od Stanisława, Tadeusza, czy nawet księdza Sylwestra, że nie wiedział ja(k) zabrać się do rzeczy. Ciepłe kluchy…

Czy tylko ja rozumiem ten fragment jak informację, że Sylwester też ją przeleciał?

Skoro ze Sławkiem nie uprawiała seksu, a teraz stwierdza, że tylko on nie wiedział jak zabrać się do rzeczy, to znaczy, że wszyscy pozostali wiedzieli. Ksiądz też. Tyle że o tym nie wspomniała.

Może cenzura wycięła.

 

*

Agnieszka wyszła ze szpitala. Nie mogła się jednak odnaleźć. Czuła, że oddala się od tego, co kocha, co dla niej jest najważniejsze. Pragnęła teraz być ze Stanisławem. Straciła jego, dziecko…

A o tym, że dziecko straciła właśnie PRZEZ Stanisława, to już zapomniała.

 

Szła ulicą Biziela, zresztą – gdzie teraz mogła być.

Ulica Biziela? Czyli jesteśmy w Bydgoszczy! W żadnym innym mieście nie ma ulicy o takiej nazwie.

 

Tylko tam, gdzie czułaby obecność Stanisława. Jak koszmar powracały obrazy z lat spędzonych z nim. Widziała w myślach jego twarz, uśmiech, niebieskie oczy, które tak kochała. Uśmiechnęła się do siebie – przypominając – jak raz wpadła mu w ramiona. Jego zdziwienie, oboje czuli wtedy to samo. Później koniec roku i ta jej zazdrość o inne. Słyszała jego głos: „I co, kochanie? Co chcesz robić w przyszłości?” To jedno słowo wystarczyło, by w myślach oddała mu się cała. A inne słowa: „Co ja bez ciebie zrobię?”

Piętnastolatka zakochana w nauczycielu to zjawisko dość częste. Ale nauczyciel uwodzący piętnastolatkę, gdy tylko skończy ona ósmą klasę, to zjawisko dość paskudne.

 

Pierwsza wspólna noc. To było coś najpiękniejszego.

Zapamiętajmy – „coś najpiękniejszego”

 

Zawsze uśmiechał się do niej, i to okropne zdarzenie, o którym nawet nie chce myśleć.

Niniejszym przyznaję autorce pierwszą nagrodę w konkursie na najbardziej karkołomną konstrukcję zdania.

Chodzi o gwałt czy o owo enigmatyczne wcześniejsze zdarzenie, gdy została „obrażona przez nauczyciela”?

 

Miała nadzieję, że to wszystko kiedyś się ułoży, stanie się jakiś cud i będzie z nim na zawsze. Teraz już w to nie wierzy. Jak mogłaby oczekiwać teraz cudu? Za co? Za to, że go zdradzała? O nie, już nie ma żadnej nadziei. Nie ma prawa jej mieć. To już koniec. Gdyby nie to okropne zdarzenie w szpitalu…

Aha, to o tym nie chce myśleć.

Natomiast okropne zdarzenie w szkole totalnie wyparła ze świadomości.

 

Gdy tak szła ulicą, zderzyła się z mężczyzną w dżinsowych spodniach i kurtce. To był Stanisław. Ten sam, o którym właśnie myślała.

– Agnieszka? – był zdziwiony.

– Pan tu? – spytała zaskoczona.

A co ona z nim tak na “pan”?

 

– A gdzie mam być? Przecież to moja ulica, tu mieszkam.

– Tak, ale… nie myślałam, że pana spotkam.

– I co teraz będzie? – zapytał patrząc jej prosto w oczy.

– Nie wiem.

– Wiesz, że zniewoliłaś mnie jak żadna dotąd kobieta.

– Naprawdę?

– Tak, i nie mam zamiaru tego zmieniać, a ty?

– Też nie – odpowiedziała Agnieszka, spuszczając wzrok.

– Więc, jeśli chcesz, to możesz przyjść do mnie, kiedy tylko będziesz chciała. Możemy przecież zawsze być przyjaciółmi.

Ja cię będę po przyjacielsku bzykał, ty mnie będziesz po przyjacielsku zdradzać, jak to w przyjaźni bywa…

 

– Tak.

Agnieszka ominęła Stanisława i odeszła. Nie umiała zrozumieć tego, co się przed chwilą stało. Czuła ulgę, a jednocześnie pewien niedosyt. A gdyby spróbować jeszcze raz, od nowa. Bez Tadeusza; on i tak odchodzi ze szkoły. Ucieka przed nią. Zacznie wszystko od nowa.

Tadeusz raczej nie ucieka przed nią, tylko dostał propozycję nie do odrzucenia, że ma natychmiast złożyć wypowiedzenie, gdyż jego zachowanie wyraźnie wskazywało na uwiedzenie uczennicy.

 

Miała ochotę już teraz iść do Stanisława. Ruszyła więc w stronę jego bloku.

Zatrzymała się dopiero przed jego drzwiami. Zawahała się. A jeśli nie o to mu chodziło? Co właściwie miał na myśli? Czego ona chce od niego?

Zapukała. Nikt nie otwierał. Złapała za klamkę. Drzwi były otwarte. Weszła niepewnym krokiem do środka. Zamknęła za sobą drzwi. Z łazienki słychać było śpiew. To on nucił sobie jakąś piosenkę. Coś jej kazało wejść do łazienki. Ujrzała jego nagie ciało. Stał pod prysznicem rozkoszując się wodą.

Też bierzecie prysznic zostawiając otwarte drzwi wejściowe?

 

Jego męskie ciało, tryskające żarem, sprawiło, że zapragnęła go. Nie mogła się powstrzymać.

Dobrali się w korcu maku. On jest bez przerwy napalony, ona ma permanentną chcicę.

No cóż, tydzień celibatu swoje zrobił. Fizyczne obrażenia po gwałcie i poronieniu już dawno się zagoiły, a te psychiczne zupełnie znikły.

Psychiczne były wyłącznie na bazie “on mnie nie kocha”, a skoro jednak powiedział, że kocha…

 

Cicho weszła do kabiny i stanęła naprzeciw niego. On zmył mydło z twarzy (ała, ała, szczypie w oczy!) i spojrzał na nią. Przez chwilę stali w milczeniu. Patrzyli sobie w oczy, w myślach przepraszając się. Wiedzieli oboje, że nie umieli już bez siebie żyć. Byli jak dwie połówki tej samej pomarańczy. Nie wiedzieli tylko jednego. Dlaczego ktoś ciągle ich rozdziela?

Raz jakaś Agnieszka, raz jakiś Stanisław…

 

Dlaczego nie mogą być szczęśliwi? Ciągle tylko odchodzą od siebie i powracają, jak skopane psy tuląc się do siebie. Co w ich związku było nie tak?

A coś było tak? Bo nie zauważyłam.

 

Stanisław prawą dłonią pogładził ją po policzku, wplótł rękę w jej włosy i zbliżył swoje usta do jej ust.

– Pragnę cię – wyszeptał.

Przymrużyła oczy.

– Co tylko zechcesz. Teraz jesteś tylko mój.

– A wszyscy inni? – zapytał.

Czuła jego oddech w ustach. Droczył się z nią, ale sprawiało jej to przyjemność.

– Jacy inni? – zapytała rozkoszując się jego zapachem.

– Tadeusz, Sławek.

– Ich nie ma. Nigdy nie było. To był tylko zły sen.

– I nigdy już nie wróci?

– Nigdy. Póki ja żyję.

Przygryzł delikatnie jej nos. Przeniósł usta do jej ucha.

– Udowodnisz mi to?

– Miałam taką nadzieję.

Przygryzł jej ucho. Westchnęła cicho.

– Pragniesz mnie? – zapytał.

– Każdą część twego ciała. I nie mów mi, że nie masz teraz czasu.

Być może podczas czytania też książki przerażająco obniżyły mi się wymagania, ale ten dialog naprawdę mi się podoba. Jest przekomarzanie się, jest żart, są deklaracje.

Przede wszystkim oni wreszcie ROZMAWIAJĄ ze sobą.

 

Przycisnął ją delikatnie do drzwi kabiny. Patrzył jej teraz w oczy. Ciężko oddychał.

Co autorka ma z tym ciężkim oddychaniem?

Może Stanisław jest po prostu chory na astmę?

 

Obdarzył ją długim gorącym pocałunkiem.

– Mam dużo czasu – powiedział. – Całe życie, całą wieczność.

Znów pocałował ją. Później ukląkł przed nią.

– Zrozum, że nie umiem bez ciebie żyć. Dajesz mi to, czego zawsze szukałem. Czego zawsze pragnąłem.

Zbliżył swoje usta do jej łona i zaczął je pieścić językiem.

O, nabrał nowych umiejętności!

Może wcześniej je miał, ale wiesz, zawsze brał ją prosto z marszu, bez mycia się, to rozumiesz, że seks oralny raczej nie wchodził w grę.

 

– Czemu nie wyjedziemy gdzieś, gdzie nikt nas nie zna? – zapytała.

Słabe te umiejętności, skoro ona jest w stanie zadawać pytania.

 

– Bo ja pracuję, a ty się uczysz.

– Nie przypominaj mi o tym.

Bo będzie foch!

 

Pieścił jej pępek, piersi, szyję i znów wrócił do ust.

Faktycznie przez ten tydzień czy dwa bardzo rozwinął skille.

 

– Kocham cię – wyszeptała.

Podniósł ją i posadził na swoich udach. Zaczął w nią wchodzić. Coraz głośniej oddychali. Ścisnęła go mocniej. Pragnęła, by trwało to wiecznie.

Teraz, kiedy czuła każdą część jego ciała, była prawie pewna, że nigdy więcej jej nie zostawi. (Jednak tylko prawie). Był jak małe dziecko. Lubił być rozpieszczany i podziwiany. Teraz to rozumiała. Musiała się z tym pogodzić. Nie mogła oczekiwać, że za każdym razem to on będzie ją rozpieszczał. Miał swoje lata i był mężczyzną, więc cóż mogła więcej oczekiwać od niego, prócz tej małej nadziei, że jutro też będzie z nią.

Wydaje mi się, że od mężczyzn, którzy mają swoje lata, naprawdę można oczekiwać dużo więcej.

 

Czasem odnosiła wrażenie, że jest jakby zawieszona w próżni. Pomiędzy przeszłością a teraźniejszością i chciała być tu i tam jednocześnie.

Oho, włącza jej się tryb „filozofia dla ubogich”

Raczej tryb „pseudoautopsychoanaliza”

 

Jednak jest cos takiego jak psychiczna wytrzymałość, granica między rozumieniem tego co się dzieje i wariactwem, do jakiego się można doprowadzić. Gdyby można zrozumieć ludzką psychikę. Można, są od tego fachowcy. Dlaczego podświadomie popełniamy te same błędy? Dlaczego w środku nas jest mechanizm obronny, który uruchamia się zbyt późno? A przecież jesteśmy rozumnymi ssakami, które umieją analizować wszystko co robią złego czy dobrego. Jednak kiedy chodzi o uczucia, to tak, jakby nagle wszystko przestało istnieć, rozpłynęło się we mgle. Co prowadzi człowieka do takiego, nie innego stanu? Co jest przyczyną, że nie umiemy sobie radzić w trudnych sytuacjach i doprowadzamy się do stanu wiecznej udręki?

Nagle, tuż przed finałem, Stanisław zorientował się, że rżnie nieruchomą deskę i wszystko mu opadło.

 

Powstaje wtedy dramat, który staje się ostry, i kalecząc nas, zostawia bliznę, znamię na całe życie. Wiedziała o tym wszystkim, a jednak trwała w tym dalej pogłębiając swoje rany. „Dlaczego?” – pytała samą siebie, nie umiała jednak odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Nawet się nie zorientowała, że kochanek nie skończył.

 

*

Obudził ją zapach męskiego ciała.

A fuj!

 

Przeciągnęła się jak kocica. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że leży w łóżku Stanisława. Uśmiechnęła się.

Stanisław przyniósł jej śniadanie i usiadł koło niej.

Aha, czyli nie było go w łóżku? To skąd ten zapach?

Z pościeli…

A FUJ!

 

Agnieszka popatrzyła na tacę ze śniadaniem. Świeże bułki, dwa jajka, serek homogenizowany i kakao, masło i kilka plasterków szynki.

– I ty uważasz, że ja to zjem?

– Tak – odpowiedział Stanisław.

A potem puścisz wielobarwnego pawia.

 

Agnieszka zabrała się do jedzenia, była okropnie głodna.

– Agnieszko! Myślę, że nie potrzebujemy wyjaśniać sobie pewnych spraw. Nie wiem, co się z tobą stało wczoraj pod prysznicem, trochę się przestraszyłem…

– Nie, nie w tej chwili – odpowiedziała połykając następny kęs bułki z szynka i jajkiem.

W tej chwili moje obydwie szare komórki zajęte są tym, żebym trafiła bułką do ust.

 

(…)

 

*

Nadeszła wreszcie zima. Kończył się rok długi i męczący.

Długie i męczące ksiopko też powoli zmierza ku końcowi.

 

Sylwester zapowiadał się pomyślnie. Mówimy o tym księdzu? Z nowym rokiem Agnieszka wiązała duże nadzieje. Chyba zbyt duże. Chciała, by w nowym roku nie było tych wszystkich awantur o drobnostki.

Tak, tak, skakanie od faceta do faceta to istotnie drobnostka. Podobnie jak gwałt.

 

Na bal sylwestrowy umówiła się ze Stanisławem, mieli iść do klubu, gdzie gromadzą się o tej porze największe sławy nauczycielskie”.

Gromadzą się o tej porze” – to brzmi jak z filmu przyrodniczego.

Co to są „największe sławy nauczycielskie?”

Zaraz się dowiesz.

 

Bal ten miał być początkiem najszczęśliwszego roku w jej życiu. Tak przynajmniej sobie obiecali.

Obiecanki cacanki.

 

Gdy przyszli do Klubu nic nie wskazywało na to, że miał być to koniec ich miłości i wspólnie spędzonych chwil.

Niemniej, Imperatyw Narracyjny już się czaił.

 

Poznała wielu ludzi, którzy starali się być dla niej mili. Czuła jednak ich wrogość.

To marnie się starali.

Trędowata!!!

 

Wiedziała, że jest tu intruzem.

No ja myślę! Była jedyną uczennicą wśród sław nauczycielskich!

Trzeba przyznać, że Stanisław miał bardzo, ale to bardzo niekonwencjonalny pomysł na wybór miejsca imprezy.

 

– Agnieszko, przedstawiam ci Małgosię, moją najlepszą koleżankę z pracy – powiedział Stanisław, wskazując na kobietę o długich ciemnych włosach.

Agnieszka poczuła się przy niej trochę jak Kopciuszek.

O, Mary Sue spotkała kogoś ładniejszego od siebie? Impossible!

E tam, z Agnieszki taka Mary Sue jak z koziej dupy trąba.

 

– Jak zwykle jesteś dżentelmenem – powiedziała Małgorzata. – I w dodatku przystojnym. Ten rozwód z żoną ci służy.

Baba z wozu…

 

Małgorzata uśmiechnęła się do Stanisława i odeszła.

– Jest naprawdę wspaniała – powiedział Stanisław patrząc za odchodzącą koleżanką.

– Nie wiem co w niej takiego wspaniałego.

Agnieszka czuła się urażona. Poprawiła mu czarny garnitur i krawat.

– Nie bądź taka zła. Ona jeszcze nie może tego zrozumieć, że jestem z tobą.

Nie tylko ona nie może tego zrozumieć, nie tylko ona.

A co? Miała jakieś nadzieje w związku z rozwodem Stasia…?

 

– To mi się właśnie w niej nie podoba.

– Zazdrosna? – uśmiechnął się do Agnieszki.

– A jak myślisz?

Przytulił ją do siebie. Ktoś postawił im dwa kieliszki szampana.

To już była północ?

 

Koło Stanisława usiadła Mał-gorzata (tak w książce). Przed nimi siedziały dwie inne kobiety i jeden mężczyzna. Agnieszka poczęstowała się ciastkiem i poprosiła o kawę.

– Jak ci się podoba bal? – zapytała Małgorzata Stanisława.

– Świetny. Jak zwykle, kiedy ty go organizujesz – odpowiedział Stanisław zajadając kurczaka.

Kurczaka??? Nie wpadłabym na to, żeby w sylwestrowym menu umieszczać kurczaki.

Wiesz, kurczak popijany szampanem – to takie wytworne…

 

– Jak zwykle czarujący – odpowiedziała inna kobieta o imieniu Magda.

Inna? To kobiet o imieniu Magda było tam więcej?

 

– Ile na to poszło pieniędzy? – zapytał Stanisław.

– Nie bądź takim materialistą – odpowiedziała Małgorzata.

To znaczy, że wstęp był za darmo!

A imprezę Małgosia sfinansowała ze zdefraudowanych funduszy przeznaczonych za zakup pomocy naukowych.

 

– Nie tęsknisz za żoną? – zapytała Magda.

– Nie – odpowiedział.

– Masz rację. Gdybym to ja była twoją żoną, nigdy nie pozwoliłabym ci odejść – powiedziała Małgorzata, przybliżając się do Stanisława.

– Może ja bym wtedy nie chciał odejść.

Poziom tej rozmowy jest żenujący.

Spokojnie, to dopiero początek. A tak swoją drogą, autorce bardzo by się przydał słownik synonimów.

 

Agnieszka jednak wcale się dobrze nie bawiła. Czuła jak narasta w niej gniew.

– Czy pocałujesz mnie w nowym roku? – zapytała Małgorzata.

– Dobrze. Może wreszcie dowiem się, co takiego jest w twoim pocałunku, że zniewalasz nim mężczyzn – powiedział Stanisław.

– To, czego nie ma w innych. Nie boisz się?

– Czego?

– Że ty też będziesz jednym z nich?

– A może tego chcę?

Tym razem nie dziwię się Agnieszce, że się wścieka. Ale gdyby miała choćby odrobinę rozumu, to natychmiast wyciągnęłaby faceta na parkiet i w tańcu uświadomiła mu, że taki flirt jest absolutnie nie na miejscu.

To nie kwestia rozumu; po prostu jest małolatą uzależnioną od starszego, cynicznego manipulatora. Założę się, że kręci go takie pogrywanie z jej uczuciami.

 

– Widziałeś się z dziećmi? – wtrąciła się Magda.

Agnieszka przestała jeść. Poruszyło ją to pytanie.

– Nie. Nie mam czasu – odpowiedział Stanisław.

Również nie był zadowolony z tego pytania.

Całkiem słusznie. Po pierwsze, było potwornie nietaktowne, a po drugie – a co ją to obchodzi, czy widział się z dziećmi czy nie?

 

– Chciałabym mieć z tobą dzieci – powiedziała Magda.

Gdy czytam tę rozmowę, to przestaję się dziwić, że Agnieszka chce rzucić szkołę i że ma kompletnie odjechane rozumienie świata. Skoro taki poziom reprezentują „największe sławy nauczycielskie”, to jak zachowują się ci mniej sławni?

Jak to jak? Uwodzą uczennice, robią im dzieci, gwałcą i piją w pracy, a ci starsi totalnie lekceważą przedmiot, którego mieli uczyć i ględzą o wojnie.

Magda też się chyba upiła.

 

Agnieszka nie mogła dłużej tego wytrzymać. Wstała.

– Jeżeli masz zamiar dalej słuchać tych bredni, od których chce mi się rzygać, to proszę bardzo, ale beze mnie – powiedziała stanowczo i wyszła.

– Co za niewychowane dziecko? – powiedziała Małgorzata. – Co ty w niej widzisz?

– Zamknijcie się wreszcie! Zachowujecie się jak dziwki! – krzyknęła kobieta, która do tej pory milczała i wyszła za Agnieszką.

Odezwało się uosobienie taktu i kultury.

 

Stanisław nie mógł zrozumieć co się stało.

Ależ on jest tępy…

 

– Przesadziłyście tym razem – powiedział wreszcie. – Widzę w niej to czego w was nie ma. Uczucie.

Stanisław poszedł za Agnieszką. Musiał ją odnaleźć.

*

Agnieszka wyszła na korytarz. Stanęła przy ścianie i oparła się plecami o nią. Po chwili przyszła kobieta, która z nimi siedziała.

– Jestem Ewa – powiedziała. – I nie należę do takich kobiet jakie tam spotkałaś.

– Naprawdę? – Agnieszka patrzyła na Ewę nic nie widząc.

– Tak. Nie lubię takich jak one. Mizdrzą się do faceta jak tylko mogą i to dla czystej rozrywki.

Dolewaj oliwy do ognia, dolewaj…

 

– Jego też to bawi. Ale ja sobie nie pozwolę na to. On jest mój i nie mam zamiaru z nikim się nim dzielić.

– Rozumiem. Sławek też jest tylko mój.

– Sławek?

– Tak, to mój chłopak i całe moje życie.

Czy mówimy o TYM Sławku czy po prostu autorka nie zna innych imion?

Może o TYM, może nie, ale chłopak Ewy musi nosić to imię, ponieważ…

 

Agnieszka przypomniała sobie Sławka.

właśnie dlatego.

 

Tak dawno się nie widzieli. Zostawiła mu tylko list z przeprosinami. Rozstali się na zawsze. Teraz jednak potrzebowała go. Zrozumiała dlaczego była z nim. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa, to czego ze Stanisławem nie miała i nie mogła mieć. Dlaczego pozwoliła mu odejść?

To staje się coraz bardziej nudne.

O BORZE, nie mówcie mi, że teraz wróci do Sławka…

 

Bla, bla, wraca Stanisław, kłócą się, wreszcie ten ją policzkuje i nakazuje natychmiast wrócić do domu i tam czekać na niego. Agnieszka znów popada w tryb filozoficzny…

 

Czy warto żyć tak dalej? Bez niego? Czy życie ma jakikolwiek sens gdy jest się bez tej drugiej połowy samego siebie? A może właśnie o to chodzi? Może nie każdy ma prawo poznać ten prawdziwy smak rozpaczy? Jeśli tak jest, to kim ona jest? Po co żyje? Dokąd zmierzamy? Kim jesteśmy? Po ile pomidory? Jeżeli istnieją tacy ludzie jak ona, którzy stracili własną duszę, którzy nie mogą znaleźć odpowiedzi na te pytania, to znaczy, że człowiek goni za czymś odległym. Za czymś, czego tak naprawdę nie ma. W tej pogoni gubi sens prawdziwej miłości, gubi inne uczucia. Staje się maszyną, która ciągle robi to samo. Jeśli tak jest, to po co nam przyroda? Morze jest wówczas zwykła – słoną i zimną wodą. Góry są krainą dużych kamieni – obcych i brutalnych, a zachód słońca… Zachód słońc jest zachodem życia, czymś co przemija. Chmury oznaczają czas. Zawsze przeszły. Horyzont jest trumną, w której chowa się słońce-życie, a nieba w ogóle nie ma. Tak jak nie ma dobra. Po cóż więc żyjemy, jeśli takie ma być nasze życie? Po co istnieć, jeśli nie ma miłości?

Matko, co za przerażająca sraczka słowna…

 

*

I na tym skończymy, choć opko kręci się jeszcze jakiś czas w kółko, powtarzając do upadłego sceny kłótni, gwałtów, rozstań i powrotów oraz wiecznego międlenia przez Agnieszkę tych samych pytań i rozważań, których próbkę mieliśmy powyżej. Pojawia się także Sylwester ze swymi wyświechtanymi morałami, zaś Agnieszka próbuje zakończyć wszystko radykalnie – skacząc z okna…

 

*

Nie, nie skoczyła. Nie umiała. Nie chciała, by czuł się winny. Nie mogła być ani ze Stanisławem, ani bez niego. Nie potrafiła także umrzeć.

Zaczęła więc żyć z dnia na dzień, od mężczyzny do mężczyzny. Będąc z którymkolwiek myślała tylko o Stanisławie. I tylko jego czuła. On był jej życiem. Nie śmiercią, ale życiem. Życiem… Za wszelką cenę. Aż do końca.

 

Ufff. Nareszcie.

Na koniec trochę statystyki:

Książka ma 57 stron. 36 razy padło w niej słowo „miłość”, 31 razy – słowo „życie”, 20 razy słowo „żyć”.

Słowo „kochać” w różnych czasach, trybach i osobach zostało użyte 127 razy, czyli na każdej stronie ponad 2 razy. Absolutnym rekordem jest strona 43, gdzie jest 8 wersji tego słowa (kochasz, kochałem, kochała, kocha, kochał, kochała, kochać, kochać). Nieco gorzej, ale tez nieźle wypadają strony 41 (6 razy) i 56 (5 razy).

Statystyka nie kłamie. Takie nagromadzenie tych trzech słów dobitnie świadczy o głębi tego dzieła i jego życiowo-romantycznym charakterze. Dlatego pytania w stylu „gdzie potem zamieszkała Agnieszka?” czy „z czego się utrzymywała?” należy uznać za nietaktowne, prostackie i absolutnie nie na miejscu.

Żyła powietrzem, miłością i głębokimi, życiowymi pytaniami, to jasne.

 

Z sali balowej w pokoju nauczycielskim pozdrawiają Analizatorzy,

a Maskotek upił się i wpadł w nastrój filozoficzny; lepiej go teraz nie słuchajcie.

10 komentarzy do posta “96. Nic nie boli tak jak ksiopko, czyli rozstania i powroty (Żyć do końca, cz. 2/2)

  1. Pierwsza?
    Jeeeej, wróciliście! <3

    „- […] Nie wiem co się ze mną dzieje.”
    Cóż, jedna rzecz jest pewna – masz gapowicza na pokładzie.

    „Agnieszce zaczęły spływać łzy.” (po szybie)

    „– Czasami myślę, że to co robię jest śmieszne. Uganiam się za starszymi facetami… Czy to normalne? Dlaczego tak się dzieje?”
    Bo twoi rówieśnicy są infantylni i nadal w fazie przepoczwarzania, więc brakuje im vibe’u?

    „– A może nie chcesz walczyć? – zapytała Violetta.”
    Potomkini/przodkini tego gościa z analizy o wietrze wiejącym tam, gdzie chce. Albo to nadal fluidy New Age, nie znam się, nie było mnie w latach 90′.

    „Violetta nie umiała tego skomentować.”
    Nie dziwię się, ja też nie umiem.

    Ja tylko zostawię skojarzenie z rozwojem Kolonizatorów w „Z Archiwum X: pokonać przyszłość”.

    Ktoś rozpoznaje, z jakiej powieści jest ten cytat?
    „Przeminęło z wiatrem”?

    „Wziął jej głowę w swoje silne dłonie.”
    I zmiażdżył jak pomidora!

    Jeśli coś zdarzyło się raz, MOŻE zdarzyć się po raz drugi. Jeśli zdarzyło się dwa razy, NA PEWNO zdarzy się i trzeci.
    Chyba, że samobójstwo. Chociaż mój kolega był w jednym RPG duchem seryjnego samobójcy…

    „Była zdziwiona. Ten chłopak nie wyglądał na księdza. Bardziej przypominał jej klowna.
    Miał czerwony, świecący nos?

    Kilka rzędów wielkich, ostrych zębisk i żółte oczy.

    „– Poświęć mu swoje życie.”
    Piękna Ofelio, idź do klasztoru!
    Z dzieckiem?

    Na stos, rzuciliśmy, nasz życia los, na stos, na stos!

    „Trzymał w ręku szklankę z jakimś alkoholem.”
    Wsadziła tam dziób, że wie, że to nie sok jabłkowy?

    I to wszystko w pokoju pełnym ludzi…? No, ale “nikt się nikim nie interesował”.
    Po prostu dzień jak codzień w Zakładzie Dla Obłąkanych.

    Ale coś ty, to nie Agnieszka mogła być córką Stanisława, tylko jakaś bliżej nieokreślona „ona”.
    To dziecko w niej, jak mniemam.

    BTW, ile jest jeszcze tych kanonicznych opkowych momentów?

    „– Kochasz miłością czystą, która nie zna słowa „nienawidzę”, która po prostu kocha.”
    Znaczy taką „pieską”, że nawet jak biedaczysko skopiesz, potniesz, uderzysz butelką i wywalisz do lasu, to będzie na twój widok merdało ogonem?

    To ksiopko było nawet bardziej męczące od Marcelowersum. Podziwiam, że przez to przebrnęliście (TYLKO 57 stron? Ja miałam wrażenie, jakby to się ciągnęło przez kilka tomów)

  2. Jak to możliwe że Stanisław nie umarł n zawał jak mu nagle ktoś wlazł pod prysznic, a ten nic nie usłyszał?!
    I jestem zdziwiona że ta książka ma 57 stron, czytając analizę miałam wrażenie jakby to bylo z 570 😀

  3. Chory klecha tylko potwierdza fakt: PRZEBACZENIE TO PRZEMOC. Nakłanianie ofiary przemocy do przebaczenia oprawcy to wtórna wiktymizacja i przemoc sama w sobie, i takich nakłaniaczy należy odcinać od siebie tak samo jak samych przemocowców.
    I tyle

  4. Jak dobrze że wróciliście!
    W trakcie czytania tego dzieUa miałam dreszcze żenady i odruchy wymiotne.
    Zastanowilibyście się nad recenzją „Te wiedźmy nie płoną”? Jak ją czytałam to myślałam że oczy sobie wypale…

  5. Na początku to mnie bawilo, teraz przeraża :/ mam wrażenie, że autorka w zamyśle nie chciała napisać książki o toksycznej miłości ale według niej tak wlasnie wygląda miłość szczera i romantyczna. I ksiądz z takim a nie innym zachowaniem jest tu postacią pozytywną i moralnym kompasem.
    Boję się zapytać, jakie srodowisko miała wokół siebie autorka w czasie, kiedy to napisała…

  6. Zakładam optymistycznie, że autorka chciała opisać dramat opóźnionej umysłowo nastolatki wykorzystywanej brutalnie przez cynicznego obwiesia, tylko jej umiejętności zabrakło. Stąd to dziwne wrażenie, że tak sobie naprawdę wyobraża romans, ale to musi być skutkiem pomyłki.

  7. Ja też, jak inni komentujący, jestem w szoku, że ksioopko ma tylko 57 stron, bo byłam pewna, że z dziesięć razy tyle. Nawet przy tych samych treściach memłanych w nieskończoność, ciągnie się strasznie, jak telenowela na sto odcinków.

    Fun fact: zachowanie Agnieszki kojarzy mi się z cechami osobowości z pogranicza, znanej też jako borderline: ta chwiejność emocjonalna, błyskawiczne przeskakiwanie ze skrajności w skrajność (np. jestem taks szczęśliwa vs tak bardzo cierpię), impulsywność, niestabilny i kapryśny nastrój, nastawienie na szybką gratyfikację (i brak myślenia o konsekwencjach swoich działań), problemy z tożsamością, angażowanie się w intensywne, niestabilne związki prowadzące do kryzysów emocjonalnych…
    To oczywiście tzw. kanapowa diagnoza, ale nie mogę się od niej opędzić.

Napisz komentarz